Lektury uzupełniające #19 Czytanie arcydzieła

 książka: Czarodziejska góra; autor: Tomasz Mann

Jan

Najtrudniejsza w tej lekturze była niechęć, którą czułam do Hansa Castropa. Do tego Janka, Giovanniego, Johna. Przeciętnego młodzieńca z Hamburga (czy Lubeki) co przyjechał na Górę, do sanatorium, w odwiedziny do kuzyna. Przyjechał i nie wyjechał, bo nie wyjechać było łatwiej. A Jan przecież nie był pracowity i świetny leżak dokonał wyboru za niego.

Może zresztą odbyło się to jakoś inaczej, jedna lektura „Czarodziejskiej Góry” to na pewno za mało, żebym mogła mieć pewność i rację. Przecież już działał Settembrini, już kształtował duszę młodzieńca, ten złotousty literat, Mefisto i Anioł Stróż, więc może to nie gnuśność zatrzymała Jana na Górze. Są zresztą tacy co twierdzą, że to Kławdia Chauchat.

Ale ja długo widziałam w Janie monolit, może nadal właśnie tak go widzę. Jan posługujący się co najwyżej mimikrą, żeby lepiej pasować do otoczenia. Jan, który pracując w hamburskiej (czy lubeckiej) stoczni sklejałby uważnie i troskliwie miniaturowe modele statków zamiast wklejać wysuszone rośliny do zielnika; kochałby nieszczęśliwie pozornie inną mężatkę, gwiazdkę o skośnych oczach i kocim chodzie, mówiącą po francusku z obcym akcentem. Może tylko mentorów znalazłby mniej barwnych.

Przecież to fundamentalna prawda „Czarodziejskiej Góry” – John przez siedem lat dojrzewa, uczy się, nabiera kształtu (albo: John symbolizuje artystę, przez siedem lat przygotowującego się do wielkiego twórczego aktu). Skoro ja wcale nie jestem tego pewna, to znak, że powinnam czytać od nowa.

Bo mi na razie wydaje się, że to raczej zadanie czytelnika, dojrzeć w trakcie lektury, wybaczyć Johnowi jego lenistwo, niezdecydowanie, brak poglądów i marny umysł. Wybaczyć mu tę przeciętność, która odbija nas samych. Polubić Johna to jak polubić siebie samego i wszystkich wokół. Ale czy to nie za wielkie zadanie jak na jedną książkę, jak na jedno czytanie?

I czy pisarz może coś takiego zaplanować? Takie czytelnicze nawrócenie, oczyszczające katharsis (skusił mnie pleonazm), humanistyczny akt wiary? Gdy jest geniuszem i pisze powieść przez 12 lat, gdy jest Tomaszem Mannem z Lubeki, który dostał Nobla za „Buddenbrooków” choć tak naprawdę za „Czarodziejską Górę”.

W rozdziale „Śnieg”, Giovanni szusuje na nartach, rozkoszuje się samotnością, wpada w śnieżycę, śni i prawie zamarza. To bardzo piękne, poetyckie strony. Bo oto Giovanni przekracza przestrzeń i czas. Doświadcza wolności. Myśli najpełniej w swoim życiu.  Pojawia się tu jedyne zdanie napisane w tej monumentalnej powieści rozstrzelonym drukiem: „Człowiek w imię miłości i dobroci nie powinien dać śmierci panować nad swoimi myślami.”

Po trzech czwartych lektury, na sześćsetnej stronie, w tym właśnie rozdziale, wybaczyłam Hansowi.

Obraz

O tym jak bliskie są Manna związki z muzyką napisano już wiele stron, a „najulubieńsze” utwory Hansa Castropa, przedstawione szczegółowo, są muzycznym przewodnikiem po świecie Góry. Ale mnie uderzyło skojarzenie malarskie. Sen Castropa, ten z rozdziału „Śnieg”, w którym po scenie pełnej słodyczy i harmonii, następuje krwawy rytuał, wydał mi się w swej poetyce bratem bliźniakiem obrazu.

„Wielka dusza, której jesteś tylko cząstką, śni przez ciebie i na twój sposób o rzeczach, o których tajemnie śni zawsze: o swej młodości i nadziei, o swym szczęściu i pokoju, i o swej – krwawej uczcie”

433px-accademia_-_la_tempesta_-_giorgione

„Burza” Giorgione  – „decydujący moment dla malarstwa europejskiego” – liryczny, sielski pejzaż z karmiącą matką. W drugim rogu postać męska. Nie sposób powiedzieć kto kim jest i dlaczego jest (Żołnierz i Cyganka to pierwsza z interpretacji) – dzisiejsze, nowoczesne metody badawcze, mówią nam na przykład, że wcześniej mężczyzna z kijkiem był drugą postacią kobiecą. Burza to tylko zygzak na niebie, nie zapowiada niebezpieczeństwa. Delikatne, ciepłe kolory oznajmiają, że to piękny, letni dzień. Ale tajemnica czeka gdzieś za kadrem, nie mamy co do tego wątpliwości. Giorgione daje nam wybór, kontemplować piękno i spokój, albo ulec lękom.

Ołówek

„pozwól mi wchłaniać woń skóry pod twoimi kolanami, gdzie kunsztowna torebka stawowa wydziela swą śliską maź! Pozwól, by usta moje dotknęły ze czcią na przedniej części uda twej Arteria fermoralis , która dzieli się niżej na dwie tętnice goleni. Pozwól mi upajać się wyziewami twoich porów i dotykać twego meszku, istoto ludzka z wody i białka, której przeznaczeniem jest anatomia grobu, i pozwól mi zginąć z ustami na twoich ustach”.

W sieci znalazłam nawet dyskusję zatytułowaną: Czy Castrop przespał się z Kławdią Chauchat? Ja najpierw czytałam dwukrotnie końcówkę karnawałowej nocy, próbując zyskać pewność. Ale wiedziałam bez cienia wątpliwości tylko, że Hans Castrop pożyczył i zwrócił ołówek. Bo ta sprawa na dobre wyjaśnia się później, przy łożu osobliwego, karykaturalnego Dionizosa (Mynheer Peeperkorn „potężna indywidualność choć niewyraźny człowiek”).

Demokratyczni nauczyciele

„Sytuacja jest niebezpieczna, jeden diabeł z prawej, drugi z lewej, jakże z tego, do diabła, wybrnąć!”

Wbrew całej opozycji w jakiej stali wobec siebie, dwaj mentorzy młodego inżyniera, wbrew zasadzie kontrastów na jakiej zostali zbudowani, wbrew ich poglądom i wbrew tragicznemu zakończeniu ich podwójnej historii, te słowa o Settembrinim  i Naphcie najmocniej utkwiły mi w pamięci. Wzruszali mnie dwaj „demokratyczni nauczyciele” Hansa Castropa i ich głęboka wiara w intelekt i dyskusję.

Posiłki

i ich spożywanie to być może najsilniejszy obraz rozkładu w powieści. Sanatorium Berghof serwuje pięć i wszystkie obfite. Apetyt to zdrowie i życie. Nie objadają się tylko umierający.

„Czymże tedy jest życie? (…) choć niematerialne, jest zmysłowe, aż do rozkoszy i obrzydzenia, jest bezwstydem materii, która uzyskała wrażliwość na samą siebie i na bodźce z zewnątrz, jest wyuzdana formą istnienia (…) lubieżnie skrytym niechlujstwem przyswajania i wydalania. Jest w przyrodzone prawa powstawania ujętym bujaniem, rozwojem i przyjmowaniem kształtów przez coś napęczniałego, co składa się z wody, białka, soli i tłuszczów; zwie się je mięsem(…)”

Czas

-Ale zapewne czas upływa wam tu szybko -zauważył Hans Castrop.

– I prędko, i powoli, jak kto chce – odrzekł Joachim.

Sanatorium jest królestwem poza czasem, co jest paradoksalne, zważywszy, że już we wstępie autor ten czas ujmuje w bardzo konkretne ramy i uprzedza nas, że Hans Castrop spędzi na Górze  siedem lat. Tymczasem na Górze czas nie płynie. Pory roku zamieniają się miejscami. Przyjazdy i odjazdy to raczej przesunięcia w przestrzeni niż w czasie. Nawet śmierć niczego nie kończy (co udowadnia dziewczę z wyspy Andersena). Wszystko wydarza się razem. Werandowanie, posiłki, spacery: „wolny czas, niczym niezapełniony, nieobciążony pudowym ciężarem wysiłku, otwarty i rozległy, nieposiekany na części przeszkodami (…)”

Agnieszka Ardanowska

Post scriptum: Niezwykle trudno byłoby napisać recenzję Czarodziejskiej Góry, więc wyrzekłam się tej ambicji. Wszystkim ciekawym przemyśleń erudyty i specjalisty polecam serdecznie serię bardzo dobrych felietonów w dwutygodniku.com:  Alfabet „Czarodziejskiej Góry” Małgorzaty Łukasiewicz.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s