Podarte listy, pęki i prawda / Zwady miłosne / Molier

Cóż to jest za opowieść! Poplątana, pełna pęków i węzłów, jak na tytułowe Zwady miłosne przystało. Rok 1656, zatem Molier wciąż przed-paryski, obficie jeszcze czerpiący i pożyczający, ale błyszczący już jasnym blaskiem humoru, geniuszu.

Poplątanie Zwad miłosnych jest tak wielkie, że w kolejnych wiekach teatr zrezygnował z odgrywania komedii w całości, zadowalając się w pełni dwoma jej aktami. Gordyjskie węzły, przy braku miecza z jednej strony i konieczności żywego ich splatania i rozplatania na scenie z drugiej, okazały się rzeczą zwyczajnie zbyt złożoną. Stałe zmiany planów, postaci uszeregowane w kilka przeplatających się ze sobą na różnych płaszczyznach par… wszystko to, dzięki błogosławieństwu druku, niemal zastyga, pozwalając na dokładniejsze przyjrzenie się w zwolnionym tempie.

Niech o gmatwaninie całości świadczy fakt, że samo streszczenie, zarysowanie fabuły, przywodzi na myśl labirynt. Rdzeniem historii jest opowieść o dziewczynie, chowanej w przebraniu jako chłopiec. Nikt nie wie niczego o jej prawdziwej płci – nawet ojciec i siostra. Owa siostra skupia na sobie uczucia dwu amantów, z kolei jeden z nich jest celem westchnień dziewczęcia w przebraniu, które pod osłoną nocy, podszywając się pod siostrę, ślubuje sobie z tamtym dozgonną miłość, rzucając iskrę na tę górę prochu. Siostra w przebraniu obiecuje bowiem miłość temu, którego tamta nie kocha, stając na drodze prawdziwym uczuciom tego drugiego. Tutaj każdy kogoś kocha, pragnie, nienawidzi, obawia się…

Boy Żeleński, we wstępie jak zwykle niezawodnie wprowadza w utwór, tłumacząc, że motyw dziewczęcia w przebraniu chłopca to stale powtarzający się refren w teatrze włoskim, skąd Molier zapożyczył go niemal w całości. Czy Zwady są zatem zaledwie kalką istniejących już wcześniej komedii z południa? Tak napisze o tym tłumacz i komentator:

Ale ta licha intryga sztuki ginie doprawdy pod obfitością tego, co już Molier daje z siebie: cała ta jego oryginalna, samodzielna część sztuki tętni humorem, werwą, nieraz uczuciem. Ten paradny Kasper (…) ze swoimi monologami; ten Metafrast (…) będący tak artystycznym rozwinięciem „doktora” z pierwszych fars Moliera; to nieporozumienie między dwoma starcami, to już rzeczy kreślone ręką mistrza.

(Proszę zauważyć, że w przytaczanym fragmencie Boy pisze o motywach, o których nie wspominałem wcześniej. Bogata scena pierwszego planu splata się bowiem z dodatkowymi pękami planu dalszego. Pisanie o całości wywołałoby jedynie zamieszanie. Nie bez powodu ponad połowy utworu na scenie zwyczajnie się nie gra.)

Figury już rozstawione, w ruch mogą już iść całe te Zwady miłosne! Nieporozumienia misternie splatane na przestrzeni kolejnych pięciu aktów, spiętrzają się i tylko Molier, czytelnik i kobieta w męskim przebraniu mają w ręku klucz do rozwiązania całego tego galimatiasu! Na moment ten czeka się z niecierpliwością, napięcie stale narasta nieznośnie, mimo że już w pierwszych aktach zdaje się sięgać absurdalnych szczytów. Od początku dobrze wiemy, na co czekamy, nic nas nie zaskoczy. Mieczem tnącym ten węzeł będzie zdjęcie masek, pokazanie prawdziwej twarzy, prawda.

Najlepszą rzeczą w komedii Moliera jest ten cudowny wielogłos: Erast kocha Łucję. Kasper, służący Erasta, kocha Marysię, służącą Łucji. Każda kłótnia między państwem niesie za sobą równoległą kłótnię między ich służącymi. Darcie listów, wypominki, urażona duma i obelgi, powtarzane jak refreny. Pan i sługa wzajemnie utwierdzający się w zapalczywości i gniewie, pokojowa, podsycająca gniew swej pani, jednocześnie dbająca o swą własną zawiść do niedawnego kochanka… Walery, nie rozumiejący, dlaczego Łucja, wcześniej przecież ślubująca mu miłość, teraz wszystkiego się wypiera i nic dziwnego, skoro ona o ślubowaniu niczego nie wie, bowiem podszyto się pod nią… wszystko to dzieje się naraz, napędzane jest wielkim nieporozumieniem, do samego końca zakrytym przed bohaterami. Cudowność!

Chyba jedynie Maskaryl, sługa Walerego, nieborak, chciałby tylko i wyłącznie świętego spokoju – zwłaszcza gdy w grę wchodzą szpady i groźby karalne; jego uniki są doprawdy przekomiczne! To jego za długi język sprawia, że nieporozumienie zatacza coraz szersze kręgi, ani się obejrzy i już – wszystkie ostrza mierzą w jego stronę!

Zwady miłosne, jako swego rodzaju dzieło „przedmolierowskie”, jest nie lada gratką, utworem zabawnym i wcale udanym (mimo wszystkich zawirowań i niejasnych tłumaczeń). Moment, w którym Maskaryl symuluje atak kaszlu, by uniknąć udziału w potajemnej, nocnej misji; moment, w którym para kochanków, do niedawna nie widzących poza sobą świata, czyta na głos listy miłosne, by po chwili ostentacyjnie je podrzeć; moment w którym z twarzy bohaterki spada maska i wszystkie zagadki, przecięte w jednej sekundzie, rozwiązują się…

Mimo że cała sztuka jest wyraźnie niedoskonała, to w wymienionych momentach pobłyskuje już Molier, który pewnym krokiem wejdzie do Paryża, zdobędzie go nie biorąc jeńców i wybuchnie śmiechem, mającym trwać przez wieki. To już ostatni etap jego tułaczki. Kolejny utwór, Pocieszne wykwintnisie, to Paryż, zachwycony król i świat kładący się młodemu, wędrownemu komediantowi do stóp. Zwady i poprzednie sztuki doskonale świadczą o tym, że jest już gotów!

Wasz Paweł M
Ilustracja zdobiąca artykuł to obraz z wydania Zwad Miłosnych z 1682 roku, autor: Pierre Brissart.
Reklamy

Komiksowe nostalgie / Ekspedycja. Bogowie z kosmosu

Prawdziwą przyjemnością była dla mnie możliwość zanurzenia się znów w wybitnie cudownej wyobraźni i nad wyraz też przeze mnie ulubionej, precyzyjnej i pełnej szczegółów, technicznej kresce Bogusława Polcha. Seria ośmiu komiksów, na którą składa się ta opowieść, zatytułowana tutaj: Ekspedycja. Bogowie z kosmosu, już we wczesnej mej młodości odcisnęła solidne i trwałe piętno także i na mojej wyobraźni. Albowiem już jako ośmio, czy dziewięciolatek, w swoich zeszytach od matmy i polskiego, w kółko rysowałem różne rakietki i lotoplany z trójzębem Des, graficznie wymyślone właśnie przez tego, wybitnego i zasłużonego dla polskiego komiksu, rysownika.

2

Opowieść ta, fabularnie dość mocno inspirowana teoriami Ericha von Dänikena, jest autorstwa Arnolda Mostowicza i Alfreda Górnego. Ci dwaj scenarzyści stworzyli takoż samo niezapomnianą, choć ewidentnie już nie tak wybitną warsztatowo historię. Na pewno sama w sobie zła ona nie jest, nie robi ona już jednak na czytelniku takiego wrażenia jak przed laty, w okresie dzieciństwa lat osiemdziesiątych zeszłego stulecia. Tekst, dialogi i fabuła są zwyczajnie proste, nieskomplikowane, banalne i przewidywalne, a postaci Ais, Zana czy Sathama są dosyć jednowymiarowe i czarno-białe. 

Pierwsze pięć albumów serii – Lądowanie w Andach, Ludzie i potwory, Walka o Planetę oraz Bunt Olbrzymów i Zagłada Wielkiej Wyspy, trzymają równy, wysoki poziom i czyta, a przede wszystkim ogląda się je z niekłamaną frajdą! Kreska Polcha, z albumu na album, staje się co raz bardziej precyzyjna, szczegółowa, realistyczna i niemal doskonała. Jego graficzne kreacje są wyśmienite, piękne i rozpalające wyobraźnię, szczególnie gdy na myśli mamy młodego fana rysunkowych opowieści. Ale i po latach, rzecz potrafi sprawić wizualną, czy nawet estetyczną przyjemność i takiemu staruchowi jak mnie! No rzućcie se okiem sami!

10

Być może nie wszystko jest jeszcze aż tak drobiazgowe i perfekcyjnie graficznie dopracowane, jak to zobaczymy później w pierwszych albumach przygód Funky Kovala, ale poziom miodności, z pracy i talentu Polcha płynący, jest już naprawdę bardzo wysoki! 

Co się zaś tyczy zawartych tutaj wątków fabularnych, czy może po prostu teorii paleoastronautycznych, modnych bardzo w latach 70-tych, głównie dzięki pracom i badaniom Szwajcara Ericha von Dänikena, to proponuję aby podejść do nich jak do świetnej przygody i ciekawej zarazem próby łączenia przeróżnych, budzących do dziś podziw, elementów prehistorycznych zagwozdek typu: rysunki z Płaskowyżu Nazca, piramidy (nie tylko te w Gizie), czy ultra precyzyjne,  a megalityczne budowle ery mocno prekolumbijskiej. Kto i jak je zbudował? 

Däniken, a za nim scenarzyści Ekspedycji, miksują i wplatają w historię powstania i rozwoju człowieka na Ziemi, elementy starotestamentowych ksiąg, starożytnych religijnych eposów i różnorakich mitów oraz wierzeń prastarych ludów, z teorią ingerencji wysoko rozwiniętej cywilizacji pozaziemskiej w ewolucję homo sapiens na naszej planecie. To wszystko tutaj jest jednak tylko, mniej lub bardziej wiarygodną i atrakcyjną, fabularną przygodą – i taką ją tu pozostawmy!

1

Trzy kolejne tomy Ekspedycji – Planeta pod kontrolą, Tajemnica Piramidy oraz Ostatni rozkaz, niestety ocenić muszę zdecydowanie niżej. Albumy przedstawiające historię Aistar oraz Marduka, pod względem graficznym, dość boleśnie wyraźnie odstają od swych poprzedników. Chwilami pojawia się tutaj, jakby niedbała oraz kapkę mniej szczegółowa kreska – głównie w Planeta pod kontrolą – oraz fatalne i również niedbale nałożone kolory na poszczególnych obrazkach. Opowieść, fabularnie może nie traci bardzo na swej, umówmy się – i tak dość przeciętnej jakości, rysunkowo jednak to już nie jest to… Spadek formy Polcha, na szczęście tylko chwilowy, jest tutaj odczuwalny.

Kilkoma kadrami i pomysłami można się jeszcze co prawda zachwycić, jak choćby krewki, narwany a uśmiechnięty „pełnoklawiaturowo”… Mojżesz, ale takich smaczków wydaje się być już dosłownie kilka. Czyżby zmęczenie tą, co nieco rozwleczoną już historią i twórcze nią wyeksploatowanie? Całkiem możliwe, gdyż z podobną sytuacją u tego rysownika zdajemy się spotykać we wspomnianym już wcześniej Funky Kovalu. Ale do tej serii powrócimy w następnych odcinkach tego cyklu!

13

Warto wspomnieć jeszcze o samym, ostatnim zbiorczym wydaniu Ekspedycji przez Prószyński i S-kaNiewątpliwie jest ono atrakcyjne! Wygodne w czytaniu, pomimo słusznych gabarytów (ponad 390 stron), zawierające komplet ośmiu komiksów, okraszone próbnymi szkicami Polcha do pierwotnych niemieckich wydań, oraz oferujące przyjemny z nim wywiad na koniec. Na słowa srogie zasługuje natomiast okładka tegoż wydania! Jest dramatycznie słaba, nieudana i nijak reprezentująca legendę tej historii. Nie warta nawet pokazania jej tutaj. Haniebnie spartolona i tyle!

Podsumowując już jednak – opowieści z serii Ekspedycja zaliczyć trzeba do najściślejszej czołówki polskiego komiksu fantastyczno-naukowego. To wręcz absolutny klasyk, którego prawdziwa siła i ponadczasowa moc tkwi we wspaniałej, wizjonerskiej pracy Polcha i jego kultowych już pomysłach. Polecam zdecydowanie, gdyż ciągle stanowić ona będzie prawdziwą ucztę dla każdego fana SF!

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Mix z okładek komiksów z serii Ekspedycja, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Szklanka wódki i razowy chleb na stole

O autorze.

Ten akapit zostanie wzbogacony jakimś sensownym słowem, kiedy przeczytam Nikołaja Gogola Vladimira Nabokova. Póki co wiem o nim tyle, że wyglądał tak, jak pisał – zabawnie i, jak się uważniej przyjrzeć, mądrze.

O książce.

Galeria postaci Gogolowskich jest roztańczona różnorodnością, a każda z nich cechę ma indywidualną, tę, która w chwili jej poznania rysuje nam myśl: „To ciekawa osoba, zapamiętam ją na długo!”, a po kilku stronach (czy minutach, literatura to życie), zapominamy jak ma na imię, bo nadeszły nowe, bo okazała się mniej podła od kolejnej, bo nie ma co rozpamiętywać.

Jest nurt powieści, a w nim – trakt. A na trakcie bryczka (resorowana!), a na niej – osobliwości. Cziczikow, kawaler chociaż stary, oszust ale najuczciwszy, ten, co tytułowe dusze skupić chce, ale najlepiej – za darmo i z dopłatą jeszcze. Obok niego Selifan, stangret, czyli woźnica. Selifan jest strasznie głupi, ale poczciwy, gada z końmi i ma dobre, lojalne serce. I jeszcze jest Pietruszka, jeszcze głupszy i mniej poczciwy od woźnicy. Z końmi nie gada, wódki lubi wypić, jak to mużyk rosyjski.

Idą oni przez niby dantejskie piekło rosyjskiej prowincji, idą i idą, i różne nimi wiatry rzucają, a z piekła się nie wydobędą, bo dzieło niedokończone. Cziczikow jest draniem, którego serce bardzo szczelnie owinięte jest plugastwem. Nie budzi we mnie odrazy; w zasadzie nikogo nie krzywdzi, ale to podlec. I śmieszny, dzięki temu że zmyślony, a zwinny jak wąż w ludzkiej skórze, któremu i Ty, gdy go spotkasz w swoim życiu prawdziwego, zaufasz, a nadaremnie i nicpotem.

Taka jest książka Gogola – groteskowa, zawiła, rozrośnięta jak gałęzie splątane w kępie drzewnej. Raz – narracją, która jak resorowana bryczka Cziczikowa raz to zwalnia, raz przyśpiesza, zależnie, czy woźnica przyśnie, czy przypije. A czasami i drogę gubi, bo zapomina dokąd idzie i mówi: „no dobrze, ale już powróćmy do naszego bohatera”. I dwa – jej nieprzystającymi do siebie fragmentami i dwiema częściami, które różnią się znacznie (czytelnicy pomstują na tę drugą, ale aż dziwne – nie są spragnieni bodaj jednej dobrej postaci po plugawych charakterach pierwszej części?). Po prostu przez Gogola przejawiła się troska, bo widział, co się z Rosją zadławioną kłamstwem i ohydą w relacjach ludzkich dzieje. Cóż, jest mniej subtelnie napisana, ale dobrze, że nie spłonęła cała.

O tym, co myślę o Martwych duszach.

Czytam Gogola jakbym patrzył na obraz van Eycka i chciał dopatrzeć wszystkich szczegółów. Jakby każda postać z obrazków Avercampa chciała opowiedzieć swoją historię, chociaż rozum ma nietęgi, a obowiązków ogrom. Jakby każdy refleks światła na pejzażach wedutystów czekał na swoją kolej opisu. A wszystko mieni się smutkiem rosyjskim, który duszę rosyjską tak nam przybliża. I jakkolwiekby pięknie napisane były książki zza mórz i oceanów, nigdy nie przekonają mnie bardziej, aniżeli mali rosyjscy ludzie, rozpaleni codziennością, samotni, strachliwi, których serce dobre jak kryształ zawinięte jest w szmaty przekupstwa, pijaństwa i bezmyślnej wiary w Boga, którego różnie, nawet carem czasem nazywają.

Przed czytaniem nie zajrzałem do żadnej recenzji, zatem spodziewałem się czegoś… posępnego, ale na inaczej rosyjski, niż ten przez Gogola przedstawiony sposób. Bo czy dusza może być martwa? Sama myśl o tym jest przeraźliwa; ale: może – jeśli w żywym zamieszkała ciele i żadne zdarzenie przez Boga (kto w Boga), czy przez los (kto w Los) zesłane nie ma siły jej odmienić. Cziczikow taki jest. Zamienia się w małego podłego karakana kłamliwości. Mawiał Dostojewski: „Człowiek jest podły i do wszystkiego się przyzwyczai!” i miał rację, co jest smutne. Ale im więcej w życiu pisarza smutku i strachu, bo dojrzał coś, na co inni nawet nie spojrzeli, tym w jego dziele więcej jest prawdy.

Ciało Gogola ekshumowano i odnaleziono z twarzą skierowaną ku ziemi. O tym staram się powiedzieć, mówiąc o strachu, który przebija się nawet przez zmarzniętą, obojętną skorupę cmentarną.

Marcin

Na zgliszczach / Skrzydła Nocy / Silverberg

na zgliszczach

Szczęśliwie, nowe wydanie Skrzydeł nocy, wyposażone zostało w przedmowę autora, spisaną w roku 2001, to jest trzydzieści trzy lata po powstaniu opowiadania, które wkrótce miało rozwinąć się do rozmiarów pełnej powieści. Silverberg nakreśla tam przytłaczający krajobraz roku 1968; tego, jak wyglądało wówczas jego życie osobiste, tego, w jakich warunkach książka powstała.

W początkach roku 1968 spotkało Roberta Silverberga nie lada nieszczęście: spłonął mu dom. Kolejne akapity wstępu, pokazują, jakim szokiem i katastrofą okazała się dla niego ta strata. Szybkie szukanie zastępczego mieszkania, utrata rękopisów i cennych materiałów, dorywcze zdobywanie funduszy, no i Skrzydła nocy. Wszystko to odbywa się jakby w biegu, w wielkim pośpiechu, pod wielką presją

Jako pierwsze po pożarze – zacząłem je pisać po mniej więcej dziesięciu dniach i, choć nie całkiem przytomny, ukończyłem pięć dni później – powstało długie opowiadanie, liczące sobie 19000 słów „Skrzydła nocy”.

Niepodobna, by tekst powstający pod wpływem tak wielkich emocji i stresu, nie nosił w sobie żadnych ich znamion. Tytułowe opowiadanie (pierwsza z trzech części składających się na całość powieści) przedstawia świat jakiego nie znamy. Minęły kolejne epoki, ludzkość sięgnęła gwiazd, wzleciała wysoko… i jak Ikar, runęła do morza. Świat Skrzydeł nocy, choć nosi wiele świadectw postępu, przepełniony jest duchem ciemnych wieków. Piesze pielgrzymki, podział na kasty, feudalne stosunki między poszczególnymi grupami, i wielkie zabytki, echa dawnej wielkości, w których cieniu bohaterowie wydają się być śmiesznie mali…

Ale to dopiero zapowiedź prawdziwej ruiny, która zawisła nad tym światem. Cała ludzkość od wieków wstrzymuje oddech, w oczekiwaniu na zapowiedzianą inwazję i podbój. Jeśli na ścianie pojawia się strzelba, musi paść strzał, prawda? Zatem i tutaj jesteśmy świadkami najazdu. Wszystko dzieje się nagle, kilka godzin i o świecie, który znają od zawsze, bohaterowie mogą mówić już jedynie w czasie przeszłym. Wraz z autorem przeżywają utratę.

baśń

Przy odpowiednim dystansie i oderwaniu od rzeczywistości, każda opowieść zaczyna przybierać cechy baśni, podania, mitu, obrasta w alegorie. Czy dawno, dawno temu, różni się aż tak bardzo od: w dalekiej, dalekiej przyszłości? Nie bardzo.

Książka Silverberga umieszczona jest w tak odległej przyszłości, że z naszym światem nie ma już żadnej styczności. Minęły dziesiątki tysiącleci, ludzkość przeszła wielkie zmiany, Ziemia się zmieniła, próżno szukać tutaj jakichkolwiek znajomych rzeczy. Poza zniekształconymi nazwami starych miast, nie znajdziemy niczego.

Bohaterowie, na pierwszy rzut oka zdają się doskonale wpisywać w baśniowe kanony: bezimienny Strażnik, zwiewna Lataczka (niby wróżka) i Odmieniec, groźny, mądry, dobry (?)… Każdy stanowi tu zbiór pewnych cech i dopiero po pewnym czasie, spędzonym w towarzystwie starego Strażnika postaci te przestają być figurami, stają się pełnoprawnymi charakterami.

Książkę przepełnia niesłychany nastrój, spowija ją welon pewnej alegorii, pewnej magii. Być może to ten dystans, odległość i zupełna nierealność całej scenerii. A może to ruiny starego świata, wśród których bohaterowie muszą poprowadzić swoją nową, dziwnie małą historię? Nie wiem. Wiem natomiast, że Skrzydła nocy ma w sobie coś co sprawia, że już po kilku stronach mamy poczucie spotkania z czymś więcej niż kolejne, szablonowe science fiction. Posiadając cechy baśni, spełnia role baśni, jest polem pewnej przemiany, pewnego oczyszczenia.

oczyszczenie

To jest opowieść o drodze. Zaczyna się sceną wejścia do wielkiego miasta Roum. Miasto przyjmuje bohaterów łaskawie w objęcia swoich murów tylko po to, by wkrótce wypluć ich (tym razem Strażnikowi towarzyszy już ktoś inny) na kolejną wędrówkę. Po dotarciu do kolejnego celu, miasta Perris i przeżyciu w nim kilku miesięcy, bohater, wraz z nowym towarzyszem, znów wypchnięty zostaje w drogę, tym razem do Jourslemy. Droga do Jerozolimy, pielgrzymka, to czas największych zmian.

Droga jest tutaj miejscem, gdzie prześwietlane są dusze kolejnych bohaterów. Jedni przechodzą zmiany, inni zatwardziale tkwią w swoich błędach. Odarcie z godności i trudy wędrówki, są tutaj katalizatorem. Pod jego wpływem na powierzchnię wypływa prawda. Jednych wynosząca do góry, innych gubiąca.

Czy jest to zatem książka o oczyszczeniu, a raczej o kolejnych oczyszczeniach? O ukazywaniu prawdziwej twarzy, odkrywaniu jej w sobie? Tak. I dziwić może postać starego Strażnika, który zdaje się trwać niezmiennie w tym, czym jest. Czy to mądrość płynąca bezpośrednio z przeżytych lat, czy też jakaś niezwykła pokora brzmiąca w bohaterze pozwalają mu być cichym i cierpliwym towarzyszem coraz to nowych postaci?

Ale to także powieść o przemianie i uzdrowieniu ludzkości. Epoki pychy i okrucieństwa, epoki upadku, w końcu epoka pokuty. Skala dziesiątek tysiącleci pozwala na patrzenie w szerokiej perspektywie, na przyglądanie się nie tylko poszczególnym bohaterom, ale i namiętnościom napędzającym nas wszystkich.

Czytając tę książkę, zwłaszcza docierając do jej końca, trzeba pamiętać, gdzie się zaczynało. O tym, że ta droga zaczyna na zgliszczach – ruinach podbitego świata w książce, i ruinach w życiu osobistym jej autora. Kolejne części, dopisywane w następnych miesiącach (całość zamknięto jeszcze w tym samym roku), zdają się być coraz jaśniejsze, coraz spokojniejsze. I tak, jak Strażnik z pierwszej strony spoglądał w gwiazdy z niepokojem i lękiem, tak ten z ostatniej, widzi w nich jasną i dobrą przyszłość. To zatem także opowieść o przemianie autora, i kto wie, może również o naszych małych przemianach?

Wasz Paweł M
Słowa cytowane w trzecim akapicie, to fragment otwierającej książkę przedmowy.

Po tamtej stronie szafy / Lew, Czarownica i stara szafa

Powrót do Narnii, tym razem na sam początek. Lew, Czarownica i stara szafa, dla wielu z nas, ludzi z dzieciństwem wypadającym na lata 80 i 90 minionego wieku, jest rzeczą znacznie większą niż kolejna, z listy lektur czytanych w przeszłości. Zetknięcie z wyobraźnią Lewisa, było jednym z pierwszych tak ważnych dla naszej wyobraźni spotkań.

W mojej pamięci, obok Niekończącej się opowieści, albo Labiryntu (ze wspaniałym udziałem Davida Bowie), serialowa adaptacja Opowieści z Narnii produkcji BBC, jest jedną z fundamentalnych treści, kreślących granice magii dzieciństwa. Serial w pełni aktorski, pełen wspaniałych (choć dziś nieco już śmiesznych) strojów i rekwizytów, jakiejś dziwnej teatralności i umowności, zawładnął moją wyobraźnią, na stałe wykuł sobie miejsce w pamięci.

Po jakimś czasie, gdy stan dziecięcy miałem już za sobą, wciąż jednak dorosłym nie będąc, przeczytałem całą Narnię. Jakim zaskoczeniem było odkrycie, że cała ta magia, o której myślałem, że została gdzieś tam, hen, daleko za mną, jest nadal obecna! Mało tego – jej strumień, lejący się z lektury, był wielokrotnie obfitszy niż zapamiętałem! W międzyczasie Narnia z papieru i małego ekranu, przeniosła się do kin, stając się po raz kolejny ważnym wydarzeniem dla kultury masowej. To bardzo dobrze, kolejne pokolenie zostało porwane na tamtą stronę szafy! (Ekranizacje stanęły w miejscu po trzeciej części, dowiedziałem się jednak, że w przyszłym roku ruszają zdjęcia do Srebrnego krzesła – minęła dekada, zatem film, a wraz z nim ciekawość i fascynacja jego światem, trafi do kolejnego pokolenia!).

I ja, na fali filmowej popularności, wróciłem przed kilku laty do Narnii. Choć magia nie zniknęła, kolejne podejście sprawiło, że dostrzegłem pewne niedociągnięcia, zwłaszcza w późniejszych tomach, choć i część pierwsza nie była od nich wolna. Miałem wówczas wrażenie wielkiej skrótowości, z jaką pisał Lewis, kładł główny nacisk na sceny symboliczne i alegoryczne, wszystkie pozostałe miały służyć doprowadzaniu do nich. Nie zmniejszyło to w żadnym stopniu moich zachwytów, po prostu uznałem, że tworzywo nie idzie w parze z zachwycającą treścią.

Jak Lew, Czarownica i stara szafa wybrzmiewa w 2017 roku, podczas naszego trzeciego książkowego spotkania? Fantastycznie!

Lewis umieszcza swoją powieść w realiach doprawdy ponurych: jest wojna, trwają bombardowania. Dla bezpieczeństwa, pewne rodzeństwo zostaje wysłane na wieś, do pewnej starej posiadłości. I pobyt ten nosi niby wszystkie znamiona wakacji, w tle jednak huczy zły i ponury świat, nawet zabawy odbywają się pod pewną presją. Wielki, tajemniczy dom, również wtrąca w tę ponurość swoje trzy grosze. To właśnie w nim, w jednym z jego najnudniejszych pomieszczeń stoi pewna stara szafa… Lewis sprawia, że jego bohaterowie jednym krokiem pokonują odległość między tym ponurym światem, a najbardziej fantastycznym miejscem, jakie można by sobie wyobrazić. Największą magię umieszcza tuż za progiem codzienności, tuż za drzwiami starej szafy.

To, co mnie ostatnio raziło, tym razem okazało się wielkim plusem. Narnia to jest mistrzostwo świata w kategorii nielania wody. Gdy powracam do czytanych wcześniej książek i oglądanych już filmów, w zasadzie każdorazowo natrafiam na momenty dłużyzn, które najchętniej bym omijał, na których często się nudzę. Lew, Czarownica i stara szafa to jest historia opowiedziana jednym tchem, bez zbędnych scen, czy opisów. Jakże wspaniale brzmią w niej echa starego opowiadania, w którym baśnie, przechodząc z ust do ust wciąż żyły, zawierały tylko to, co konieczne. Narnia jest swego rodzaju odrodzeniem baśni. Żywym i świeżym do dziś.

To jest magia. Lewis potrzebuje zaledwie kilku stron dla rozpisania czwórki postaci, umieszczenia ich w ciemnych realiach i otwarcia przed nimi zupełnie nowego świata w najmniej spodziewanym miejscu. I żaden z tych elementów nie jest potraktowany pobieżnie. Bomby huczą gdzieś w oddali, ciemne korytarze z jednej strony fascynują, z drugiej nudzą, dzieci to wyraźnie nakreślone charaktery (autorowi starcza kilka gestów, wymiana zdań, kłamstwo, płacz… i czwórka bohaterów już żyje), a sama Narnia, już w pierwszej scenie nie pozostawia wątpliwości: to jest prawdziwa baśń.

Nie da się patrzeć na tę opowieść, nie dostrzegając jej elementów symbolicznych i alegorycznych, i dalej: patrząc na nie, nie można nie dojrzeć nawiązań do chrześcijaństwa. Lew…, poza tym, że jest opowieścią o walce dobra ze złem, o tęsknocie i wyczekiwaniu na słońce, na dobro i ciepło, jest też dość dosłownie nakreśloną opowieścią o zbawieniu (nie będę wymieniał konkretnych scen, kto czytał, ten wie, że niektórych rzeczy nie da się zinterpretować bez zahaczania o chrześcijaństwo i teologię). Ten ukryty, przemycany alegoryczny ładunek, jest istotą każdej baśni, nic więc dziwnego, że i tutaj autor pędzi co sił, by wziąć się za to, co najważniejsze.

Trzecie przejście przez szafę uznaję za najlepsze do tej pory. Może to wiek, ale w końcu doceniłem zwięzłość, pewną konsekwencję, z jaką Lewis śpiewa swoją opowieść. Opowiada tę baśń, a my, słuchający, dobrze wiemy, że nie kłamie; dobrze wyczuwamy kryjącą się między słowami magię i tajemnicę. Wciskamy nos w sprawy tego świata ze zwykłej ciekawości, z której zrodzić może się chyba tylko oczarowanie i zachwyt, bo świat za drzwiami starej szafy, to miejsce do którego wszyscy chyba, bardziej lub mniej świadomie, tęsknimy.

Wasz Paweł M
Grafika: Lew, Czarownica i stara szafa, Media Rodzina. Ilustracja Pauline Baynes.

A pan o czym myśli, kiedy marzy w samotności?

O AUTORZE

Wyobrażam sobie ten dzień – ulice Petersburga przed 171 laty rozpala ostatnie jesienne słońce. Dostojewski, serce namiętne i porywcze, staje w pośrodku placu, tłum się zatrzymuje. Nagła cisza, jeden tylko Turgieniew dziarsko idzie w stronę Fiodora Michajłowicza. Ten jeszcze nie może się z nim równać, ale niesie w sobie pychę geniusza – Dajcie mi tylko czas, a ja was wszystkich wdepczę w błoto!

Niedawno Turgieniew nazwał Dostojewskiego grafomanem, jak w Dramacie humanizmów pisze prof. Urbanowski. Autor Biesów – charakter dumny, umysł przenikliwy, którego myśli przelewał na papier, pracował nocami, po pięć, sześć godzin, następnie spał do piętnastej po południu, potem spotykał się z kobietami (niemalże nie miał przyjaciół wśród mężczyzn), spacerował i znów pisał.

Płomiennie, z fanatyczną pasją tworzył podpatrzone gdzieś w swojej codzienności charaktery na potrzeby powieści. Szczegóły z muzeów i mroczne wspomnienia swojej młodości znajdziemy w lekturach: niektóre sny, zachowania bohaterów (omdlenie Raskolnikowa na komendzie), śmierć ojca pisarza (o którą, wg Freuda, się obwiniał – po usłyszeniu o tym, iż trzech mężczyzn zamordowało ojca Dostojewskiego, zatykając mu usta szmatą i wlewając do gardła spirytus, pisarz miał dostać pierwszego w życiu ataku padaczki, która jest również chorobą księcia Myszkina), obraz Madonny, z powodu którego nieomalże utracił wiarę (znów jak Myszkin) itd…

I jednocześnie otwarta, chodząca rana, jak mawiano o Celanie. Tomasz Mann nazwał Dostojewskiego „pisarzem półcienia” – z jaką łatwością opisywał jurodiwych i ludzi skrajnie sprawiedliwych, które błyszczą w jego powieściach (Sonia, Alosza Karamazow, Myszkin) i „miedziane, karamazowskie czoła”, błyskające w ciemnościach oczami Parfiena Rogożyna, ludzi biegunowo złych, rozpojonych w szaleństwie, a chyba przede wszystkim – chorych własnymi demonami i umęczonych! Wyobrażam sobie Dostojewskiego, ilekroć widzę zło albo nieszczęście – na wieść o morderstwie myślę, że gdyby żył, uczyniłby z tego temat powieści, na słuch o pożarze – że wydobyłby z pozornie prostej historii ludzki dramat i ocalone szczęście. Jednocześnie czuję przebijającą z jego powieści wiarę w Boga Ojca, do którego powrócił i siłę wiary, że słowa rzucone w twarz Turgieniewa nie były czczą gadką megalomana.

O KSIĄŻCE

Idiota jest śmieszny i godny drwiny, naiwny i łatwowierny, dający się okpić w łatwy sposób. Galeria postaci, którą rysuje Dostojewski jest jak zawsze barwna i charakterna – zaczynając od trzymającej własny dom w silnej, apodyktycznej dłoni Lizawiety Jepanczyn, jej kłamliwego i zastraszonego męża oraz ich trzech córek-bogiń: Aleksandry, Adelajdy i Agłai. Następnie znajdziemy szalonego z beznadziejnej miłości i niezwykle bogatego Parfiena Rogożyna; dobrego, ale nieco wścibskiego przyjaciela domu Jepanczynów – małoletniego Kolę oraz jego kolegę, chorego Hipolita Tierientiewa, który ze swojego cierpienia i umierania czyni tragifarsę, w dodatku to charakter podły i obmawiający, jakie znajdujemy w osobach bez specjalnych zainteresowań, ale z podnietą namiętności śledzących życie sąsiadów, które lubią gorąco komentować. Oraz najwspanialsza i najgłupsza kobieta literatury rosyjskiej, Nastazja Filipowna Baraszkin, która zdobywała serca mężczyzn spojrzeniem i gestem, a potem drwiła z nich, nie umiejąc – nie chcąc – docenić siły uczucia. I gdzieś wśród nich jest Lew Nikołajewicz Myszkin, książę, ostatni z rodu, który przybywa do Rosji z odległej Szwajcarii, gdzie leczył się na idiotyzm; książę, który kocha.

Z tego tytułu godzien jest pogardy.

Do pewnego momentu nawet szczerej pogardy, albowiem opowieść o pobycie na leczeniu i pomocy biednej wieśniaczce wydaje się chrystusowo piękna, nieskazitelna, nieprawdziwa – a to jedna z pierwszych scen, którą czytelnik jeszcze może niewiarą podważyć, uznając Myszkina za szalbierza, za zwykłego oszusta. Wrażenie mylne – Dostojewski w Idiocie postanowił stworzyć postać krystalicznie dobrą, człowieka szlachetnego i dobrego. Również szczerego – relacja Myszkina prawie (nie zdradzając finału) zawsze jest prawdziwa, jego słowa współczujące, a serce – kochające.

Książę pokochał wszystkich, którzy go otoczyli. Nie znajdował wokół siebie wrogów. Był życzliwy i każdemu ofiarował swoją pomoc na tyle, na ile potrafił. Nastazję Filipowną, księżną, najpiękniejszą kobietę Petersburga, a przy tym żałośnie niestałe w uczuciu serce, kochał jak kobietę swojego życia, mimo kilkukrotnego odrzucenia. Kochał ją długo i beznadziejnie, a ona z niego drwiła, kilkukrotnie ośmieszyła przed przyjaciółmi, wreszcie zrujnowała miłość księcia i Agłai Jepanczyn, najmłodszej spośród trzech córek generała.

O TYM, CO MYŚLĘ O IDIOCIE

Pytanie, które znalazło się w tytule notki o powieści Dostojewskiego, zadała księciu Myszkinowi Agłaja Jepanczyn, kiedy ich miłość zdawała się rozkwitać, bardzo powoli, ale namiętnie, jak to często obserwujemy w rosyjskiej literaturze dziewiętnastego wieku. Myszkin roześmiał się i zażartował, nie odpowiadając szczerze.

Nienawidzę go za to, że nie odpowiedział po prostu: – O pani, Agłajo. Zamiast tego dobro, cierpliwość, brak potrzebnej szczypty egoizmu, która uczyniłaby mu szczęście. Jego miejsce jest tam, skąd przybył. Z nieziszczonej idei, z niemożliwości, z fałszu.

Marcin

W oparach Dicka / Labirynt śmierci

LABIRYNT ŚMIERCI – 1970. Czternaścioro, nieznanych sobie wcześniej osób, reprezentujących różne profesje, znudzonych już mocno i niezadowolonych takoż samo ze swych dotychczasowych miałkich egzystencji, trafia na planetę Delmak-O, by tam wspólnie prowadzić eksperymentalną kolonię. Cel zaistnienia owej kolonii jest jednak tajemnicą i taką też pozostać ma już do końca, gdyż podczas transmisji z instrukcjami, właśnie celu tego się tyczącymi, dochodzi do awarii przekaźnika i cała ta gromada bohaterów zostaje pozostawiona tam nagle samym sobie.

Ich sytuacji zdecydowanie nie poprawi również rychło bardzo pojawiający się w ich szeregach trup! Niemożność ucieczki z planety, brak zrozumienia pierwotnego celu utworzenia tego habitatu, narastający strach i paranoja – to nowe okoliczności przyrody, jakim świeżo upieczeni obywatele Delmak-O muszą sprostać, aby przeżyć, gdyż ewidentnie ktoś, lub coś, pragnie ich tam śmierci!

Philip K. Dick, w typowy dla siebie sposób, podejmuje po raz kolejny ulubioną dla siebie tematykę subiektywnego postrzegania świata. Robi to tym razem (poza klasycznym sztafażem SF) otaczając się co nieco scenerią rodem z kryminału. Trup bowiem ściele się tutaj dosyć gęsto, a kto i dlaczego zabija – pozostaje zagadką do rozwiązania. Natomiast ucieleśnieniem teorii nieobiektywnej percepcji zastanej rzeczywistości, Autor Przez ciemne zwierciadło czyni w powieści złowieszczy Budynek. 

1e7998760e1-labirynt-smierci

Budowla to niezwykle tajemnicza, owiana mroczną nutą grozy, ciężka też bardzo do fizycznego, wizualnego tam uchwycenia. Co jednak jest najważniejsze, w krytycznej fabularnie chwili, płata ona srogie percepcyjne figle całej grupie bohaterów, jednocześnie stając się tutaj kolejnym symbolem, ewidentnie końca niemającej, Dickowej obsesji.

„Zadziwiające, jak daleko potrafią się posunąć ludzie kierowani podświadomym pragnieniem uniknięcia kontaktu z rzeczywistością.”

Równie silnym wątkiem w powieści Autor, po raz kolejny zresztą, czyni kwestię wiary w Boga. Chociaż trudno tutaj mówić o samej wierze, wszak w świecie Labiryntu i systemie religijnym wymyślonym przez PKD na jego potrzeby, Bóg jest istotą jak najbardziej realną! Przy odrobince tylko szczęścia, można go wręcz fizycznie spotkać, jak i pogawędzić z nim co nieco – Chodzący po Ziemi – a modlitwy do Niego kierowane często bardzo przynoszą skutek całkiem wymierny!

Wątkiem trzecim znajduję w książce tematykę wirtualnej rzeczywistości, o której to za wiele jednak napisać się tutaj nie da, gdyż zrujnować by to mogło zabawę i radość płynącą z lektury tej to właśnie opowieści. Dodać jedynie pragnę, iż rzecz niezmiernie mocno skojarzyła mi się z jakimś całkowicie realnym opisem… życia przed życiem? Taki jakiś osobisty dryf, prozą i oparami Dicka spowodowany!

Konkludując, Labirynt śmierci jest powieścią więcej niźli dobrą. Bo dobrą z plusem! Klasycznie Dickowa, o świetnie znanej już wszystkim jego fanom problematyce, i w więcej niż przyzwoitym stylu napisana. I choć do Ubika, czy Trzech stygmatów… zdecydowanie jej brakuje, to czas spędzony przy jej lekturze, straconym na bank i nijak – nie będzie! 6,5/10.

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Philip K. Dick, mastered by Paweł M.
Okładka
: Philip K. Dick, Labirynt śmierci, Wydawnictwo REBIS, 2017

Wizja całościowa / Isaac Asimov – Fundacja

Do świata „Fundacji” powróciłem po dłuższej przerwie, ale siła jego wewnętrznej logiki wraz z potęgą wizji Asimova sprawiły, że był to powrót bezbolesny. Nawet jeśli w umyśle zatarły się pojedyncze szczegóły, to doskonale pamiętałem, o co toczy się gra i jakie są jej reguły.

Tym razem nareszcie pojawia się funkcjonująca Fundacja, pod którą przygotowywało grunt pięć pierwszych tomów cyklu. Hari Seldon, jej spiritus movens, występuje już tylko przez chwilę, w prologu powieści, który odgrywa ponownie epizod z „Fundacji i chaosu”. Oczywiście, w istocie jest dokładnie odwrotnie, wewnętrzna kolejność chronologiczna poszczególnych tomów zupełnie nie odpowiada bowiem kolejności ich powstawania. To „Fundacja” została napisana jako pierwsza i dała początek całemu cyklowi oraz światowi, stąd kusi mnie, by kiedyś przeczytać całość właśnie w porządku, w jakim Asimov (a w trzech przypadkach inni autorzy) je stworzył.

Sama „Fundacja” przypomina zaś tyle razy dowiedzioną przez historię, a jednak wciąż lekceważoną prawdę: dzieje ludzkie to ciągły proces, którego zasadą jest zmiana; nie ma w nim stałości, są tylko jej pozory. Ta sama prawda ma zresztą zastosowanie i do skali znacznie mniejszej, czyli indywidualnej: procesem jest też każdy pojedynczy człowiek. Tyle że to nie pojedynczy człowiek jest obiektem zainteresowania Asimova.

Kolejne epizody powieści pooddzielane są mianowicie kilkudziesięcioletnimi interwałami, co pozwala autorowi zbudować fascynującą, pełną rozmachu wizję psychohistorii jako narzędzia precyzyjnej inżynierii społecznej. Na tym odejściu od szczegółu tracą jednak postaci, których charakterystyki są pobieżne, a motywacje niekiedy dość niewiarygodne. Taka jest uroda tego cyklu i nie jest to bynajmniej uroda przejrzała, mimo niekłamanego wieku Starej Damy, że posłużę się futbolową analogią.

W tym tomie podejmuje Asimov również bardzo zaawansowaną polemikę z twierdzeniem, że najlepszą obroną jest atak. Gdy wziąć pod uwagę datę wydania „Fundacji”, czyli krótko po zakończeniu II wojny światowej i w środku wojny koreańskiej, czytelną staje się jej wymowa pacyfistyczna. Amerykański pisarz odwołuje się zresztą nie tylko do współczesnej sobie sytuacji politycznej, ale i do historii; śledzenie paralel między Imperium Galaktycznym i Fundacją a Cesarstwem Rzymskim i chrześcijaństwem może przynieść sporo satysfakcji.

A skoro to nie siła powinna być pierwszym argumentem, do kierowania zbiorowością predestynowane są jednostki wybitne, zdolne już w okresie prosperity dojrzeć zalążki upadku. A jako że nie wszystkie kryzysy da się przewidzieć, konieczna jest również umiejętność odpowiedniego na nie reagowania i nietuzinkowego myślenia. I „Fundacja” przynosi przykłady zastosowania nieszablonowych rozwiązań w praktyce, co przypomina mi trochę utwór z innego słynnego cyklu SF, czyli „Taktykę błędu” Gordona R. Dicksona. 

Mam jednak przykre wrażenie, że w rzeczywistości wszystkie nietuzinkowe umysły już od dawna trzymają się z dala od polityki.

 „Fundacja” to przy tym powieść krótka, ale bardzo filmowa. Sam tytułowy tom z powodzeniem wystarczyłby na zmontowanie pełnowartościowej serii dobrego serialu; cały cykl można by przerobić na machinę, której kultowość i komercyjne powodzenie wcale nie musiałyby się wzajemnie wykluczać. I aż dziw bierze, że nikt tego do tej pory nie uczynił. George Lucas inspirował się wprawdzie podobno światem Fundacji przy tworzeniu swego legendarnego dzieła, ale myślę, że cykl Asimova zasługuje na hołd bardziej bezpośredni. Być może rewolucja w kinematografii, która dokonuje się w tej chwili za sprawą Netfliksa, zmieni coś w tej materii.

utracjusz

Zawsze nie w porę / Wartogłów / Molier

Wartogłów, czyli zawsze nie w porę, to Molier wciąż przedparyski. Molier francuskiej prowincji, wędrowny aktor, autor, sztukmistrz, o tym, co ma przyjść, pewnie jeszcze nie śniący.

Wartogłów zaś, jest dziełem ważnym, choćby przez wzgląd na swoją pięcioaktowość – to pierwsza „pełna” komedia Moliera. Pierwotnie przedstawiona w Lionie w 1653 roku (choć część źródeł mówi o roku 1655), ponownie zaś w Paryżu, w tryumfalnym roku 1658. Jean-Babtiste Poquelin to nie jest nagłe zjawisko, pojawiające się znikąd i znienacka w Paryżu (choć większości paryskich elit właśnie kimś takim musiał się jawić). Droga do Paryża była długa i ciężka, o czym wiemy, znając historię wzlotów i upadków poety. Ale droga do Paryża i do sukcesu to nie tylko droga samego Moliera ale także molierowskiej komedii, która od prostych form farsy, przez pokrewieństwa z komedią włoską i hiszpańską, przez liczne naśladownictwa i zapożyczenia, przez hybrydy i chimery, koniec końców wiedzie do gwałtownego wybuchu śmiechu, mającego brzmieć przez kolejne wieki.

We wstępie, jak zwykle niezawodny Boy, wymienia źródła i inspiracje sztuki z 1653 roku. Molier łączy kilka motywów z ogrywanymi wcześniej włoskimi komediami, przyprawia całość Cervantesem (Piękna Egipcjanka). Wartogłów to swego rodzaju pole ćwiczebne, na którym autor ostrzy swoje pióro i myśl; tak forma, jak i fabuła są tu w sporej mierze zapożyczone, elementem autorskim jest z pewnością treść przepełniona najprzedniejszą komedią. Co ciekawe, owych prób autor dokonuje będąc już po trzydziestce, wieku w którym często największe talenty świecą już wysoko na niebie. Może w tym tkwi jego niezwykłość? W tym, że jego apogeum zapłonie nie tyle młodzieńczym ogniem wyobraźni, co nieco już dojrzałym, znającym upokorzenie i pokorę ogniem prawdy… Ale to nieważne, to dopiero w Paryżu, to dopiero za kilka lat! Wróćmy do Wartogłowa.

Mimo że do powstania molierowskiej komedii charakterów jest jeszcze daleko, to wspaniały duet, nakreślony już tutaj, Maskaryl i Leliusz, zdaje się przejawiać pierwsze oznaki posiadania własnych, prawdziwych osobowości. Tutaj, w tym duecie tkwi cała historia, cały humor, cały sens tej opowieści. Otóż Leliusz, młody szlachcic kocha się w Celii, niewolnicy. Rzecz jasna ojciec bohatera nie chce słyszeć o podobnym mezaliansie, szykuje już dla syna inny, lepszy związek. Jedynym ratunkiem okazuje się Maskaryl – rezolutny hultaj, sługa młodzieńca. Za pomocą kolejnych podstępów będzie on wyprowadzał w pole kolejnych adwersarzy, tak by utorować swemu panu drogę w ramiona wybranki. Młody szlachcic to postać cokolwiek naiwna, wyposażona w szlachetne intencje, nie mająca jednak szczególnych oporów, gdy w grę wkraczają nieraz i niegodziwe podstępy. Boy opisze to tak: „Doskonale jest tu uwydatniony kontrast człowieka, który myśli leniwo, nieściśle i na krótką metę, gdyż życie go do tego zmusza, a tego Maskaryla, który zawsze oglądał świat od dołu, drogo kupił wiedzę życia za cenę kijów i upokorzeń, i który szelmostwo swoje pielęgnuje jako artyzm.”

I cały dowcip polegać będzie na tym, że we wszystkich tych zmaganiach największą przeszkodą będą… działania samego panicza! Ilekroć biedny Maskaryl ustawi intrygę, rozepnie sznurki i zacznie za nie pociągać, w drogę będzie mu wchodził Leliusz, przekonany, że czyni jak najlepiej. I tak, gdy sługa znajdzie pośrednika, który wykupi dlań niewolnicę, pan, nie wiedząc niczego o podstępie, przepędzi tamtego, a potem jeszcze pójdzie się pochwalić, jak dzięki niezwykłej przemyślności ocalił ich sprawę… Cała sztuka jest sztafetą takich właśnie scen, coraz to śmieszniejszych, bo przecież wszystkie te zniweczenia powtarzają się jak refreny, na które czytelnik w pewnym momencie zaczyna czekać. Gdy kolejny plan wchodzi w życie, dobrze wiemy, co zdarzy się lada moment. Maskaryl, również te przeczucia podzielający, jako pierwowzór późniejszego, wspaniałego Skapena, jest w tych intrygach fantastyczny!

Kończy się, jak to często bywa u Moliera, na nagłym i niespodziewanym, szczęśliwym rozwiązaniu akcji. Ale to nie zakończenie jest siłą komedii, tylko wszystkie drogi doń wiodące. W przyszłości, gdy Poquelin będzie poruszał zagadnienia ciężkie, mogące równie dobrze służyć za podstawę komedii jak i tragedii, rozładowujące napięcie pojawienie się deus ex machina będzie elementem niezbędnym, by sztuka nie wybrzmiała tragicznie (jak głośno zabrzmi to w Świętoszku!). Tutaj rozwiązanie takie wymusza maksymalne poplątanie wszystkich wątków – intrygi Maskaryla, a raczej przedsięwzięcia Leliusza, sprawiają, że finalnie wyjścia z sytuacji, przynajmniej wyjścia szczęśliwego dla głównego bohatera, już nie widać. Pozostało albo długie i żmudne rozplątywanie, albo cudownie spadające z nieba nożyce, rozcinające ten supeł. A komedia to nie kryminał, ma bawić a nie zaskakiwać zmyślnie splątanymi rozwiązaniami i wątkami.

Młody Molier, na kilka lat przed wzięciem szturmem Paryża, mimo archaicznej i zapożyczonej formy, mimo podebranych, oklepanych już motywów (para kochanków z zakazem na miłość…), nie zawodzi! Na czele stawia tę parę przeciwieństw, stale wchodzących sobie w drogę i niweczących swoje plany (mimo wspólnego celu) pana i sługę. Pierwsza pełna sztuka Moliera to rzecz z pewnością piękna i, co więcej, pięknie śmieszna!

Wasz Paweł M
Ilustracja: rycina autorstwa Laurenta Carsa ilustrująca Wartogłowa, 1734 / Za Wikimedia Commons.

Petecki na życzenie / Rubin przerywa milczenie / Ludzie z gwiazdy Feriego

„RUBIN” PRZERYWA MILCZENIE – 1976. To kolejna klasyczna, smaczna i oldskulowa fantastyka rodem z naszego PRL-u lat 70-tych XX wieku. Kolejna też ze świetnego cyklu APF!

Petecki bez dwóch zdań ma swój charakterystyczny styl snucia opowieści. Jest on suchy, twardy i jednak nie zawsze do końca zrozumiały. Można by rzecz nawet, że stanowi wręcz przeciwieństwo lekkiego, niezwykle zgrabnego i precyzyjnego stylu Zajdla. Cóż, ten typ widać tak ma i trzeba nam to zwyczajnie zaakceptować. Od razu dodam, iż warto to zrobić!

„Rubin” przerywa milczenie jest bowiem pozycją… no tak, musi tutaj paść to słowo: solidną! Tym razem może bez większych zachwytów, głównie ze względu na ten nieco chropowaty styl, który jednak finalnie potrafi nadrobić swymi fantastycznymi walorami smakowymi. Bowiem książka ta, to 100% polskiej SF, z nostalgicznego i chyba najlepszego (wraz z latami 60-tymi) okresu dla tego gatunku rodzimej literatury.

Historia tutaj opowiedziana jest przyjemnie interesująca. Gdy pojawia się szansa na zaludnienie zupełnie nowego świata, gdzieś na trzecim globie w układzie Alfy, wyrusza tam ekspedycja ziemian-kolonistów, których to po czasie, z powodów różnic ideologicznych, traktuje się z lekceważeniem i niechęcią ze strony macierzystej Ziemi.

W dokładnie te same rejony, około osiemdziesiąt lat później, leci druga grupa osadników, która już niewiele po swym starcie, dość niespodziewanie deklaruje, iż z Ziemią to nie chce już mieć absolutnie nic do czynienia! Obie te grupy przedstawicieli ludzkości, przy okazji wrogo do siebie nastawionych, pragną wcielać w życie swe własne ideologie i pomysły na rozwój technologiczno-duchowy człowieka.

Tuż po tym, gdy milknie stacja „podsłuchowa”, zainstalowana skrycie przez Ziemian na drugiej planecie Układu, tytułowy statek Rubin, z trzema osobami na pokładzie, leci by wyjaśnić sprawę nagłej ciszy, jak i zapoznać się z sytuacją i drogą jaką wybrali dla siebie ziemscy odszczepieńcy.

Klasyczny i klimatyczny, z delikatną nutką nostalgii, watek i kąsek dla smakoszy gatunku! 6,5/10.

***

LUDZIE Z GWIAZDY FERIEGO – 1974. Stęskniony znów mocno rodzimej, twardej, no i przygodowej też fantastyki, sięgnąłem po raz kolejny, pewną ręką, po powieść Bohdana Peteckiego. 

No i chłop normalnie nie zawodzi! W Ludziach z gwiazdy… dostałem bowiem dokładnie to, czego chciałem i oczekiwałem po tego typu prozie z lat siedemdziesiątych. Staroszkolnej i pełnej klimatu rozrywki science-fiction, dodatkowo na bardzo znów przyzwoitym poziomie spisanej. Jakże słodko i rozkosznie było móc się w tym znowu czytelniczo zanurzyć! Pełen relaks, no i banan na twarzy!

Styl Autora Stref zerowych także znajduję tutaj bez zmian. Mało-płynny i niewygładzony taki, acz kto Peteckiego czytał ten wie, że inaczej być nie może. I zdecydowanie nie będzie!

A sama opowieść? Jak zwykle smaku pełna! Uczestniczymy w międzyukładowej misji ratunkowej, podczas której dosyć szybko okazuje się, iż członkowie zaginionej załogi żyją, lecz zostali kubek-w-kubek skopiowani/sklonowani/skserowani przez jedną z rozumnych ras i potraktowani dalej, bez pardonu, jako mięso armatnie w wojnie przeciwko rasie drugiej, zamieszkującą tę samą planetę. 

Czy zatem owe superklony, nie różniące się pomiędzy sobą fizycznie, ni mentalnie absolutnie niczym, to jeszcze ludzie, czy jednak już obce, humanoidalne ksera-cyborgi? Załoga misji ratunkowej musi rozstrzygnąć ową biologiczno-moralną kwestię, ratując jednocześnie tych nieszczęśników z wojennych tarapatów.

Kolejny solidny kawałek polskiej, twardej fantastyki, spod pióra Peteckiego. Bez specjalnych fajerwerków, acz smakoszom – dobrej rozrywki dostarczy on z pewnością! 7/10.

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Własnej produkcji, jedyny i niepowtarzalny a wysokogatunkowy „kolaż” z okładek „Rubin przerywa milczenie” oraz „Ludzie z gwiazdy Feriego”, Bohdan Petecki, Wydawnictwo Solaris, 2014-2015

Józef Czapski / „Na nieludzkiej ziemi”

Lektura „Tumultu i widm” pozwoliła mi zafascynować się postacią Józefa Czapskiego; „Na nieludzkiej ziemi” z pewnością tę fascynację pomoże utrwalić. Źródło tego uczucia nie tkwi oczywiście w tematyce książki, na którą składają się trzy teksty, pierwotnie opublikowane w latach 40., z których pierwszy opowiada o pobycie autora w obozie w Starobielsku, drugi – tytułowy i najdłuższy – obrazuje jego tułaczkę po ZSRR, formowanie Armii Andersa i poszukiwania zaginionych żołnierzy polskich, trzeci zaś w bardzo zwięzłej formie ujmuje ustalenia autora w sprawie zbrodni katyńskiej.

Fascynuje patriotyzm Czapskiego. W dzisiejszych warunkach łatwo można zapomnieć, że postawę tę konstytuuje miłość nie tylko do Polski, ale także do Polaków oraz do języka polskiego. Dzieje się tak dlatego, że dwa ostatnie uczucia zdają się występować obecnie nader rzadko, a ich brak łatwo jest zdiagnozować; przy tym brak ten stał się tak powszechny, że łatwo uchodzi już za normę. Zetknięcie z Czapskim pozwala sobie przypomnieć, jak nienormalna to norma, a jego kosmopolityczny (a do tego, biorąc pod uwagę jego biografię, niepodważalny) patriotyzm pozwala bez trudu zawstydzić zdecydowaną większość osób reprezentujących w ostatnich latach Polskę na arenie międzynarodowej. Jakkolwiek bowiem nie zachwycaliby się Niemcy Robertem Lewandowskim, to nie on powinien pełnić obowiązki naszego ambasadora.

Przede wszystkim ujmuje jednak Czapski inną cechą. Anatole France otrzymał Literacką Nagrodę Nobla za „głęboki humanizm”; pisarstwo polskiego twórcy mogłoby posłużyć za tegoż humanizmu definicję. Wrażliwość na krzywdę ludzką (a i zwierzęcą), uporczywa walka z wszelkimi jej przejawami i przyczynami, wreszcie zadziwiający u arystokraty egalitaryzm każą spoglądać na Czapskiego z sympatią i podziwem. Jego postawę najlepiej wyraża chyba pozorny oksymoron „żarliwy obiektywizm”. Każdemu – dobremu czy złemu – stara się oddać sprawiedliwość. Więcej pisze jednak o tych dobrych. Daje świadectwo tym, o których pamięć inaczej by zaginęła: bohaterom, ludziom prawym, ludziom niewinnym. Ale także całym narodom, bo przecież w swym polskocentryzmie łatwo zapominamy, że nie byliśmy wcale jedynymi ofiarami Rosji. Aby nam to uświadomić, Czapski opisuje, jak wyglądała przez ostatnie półtora wieku polityka Rosjan wobec rdzennej ludności na Kaukazie.

W „Na nieludzkiej ziemi” pojawiają się już dwa zagadnienia, które powrócą w „Tumulcie i widmach”. Jednym jest wiara w jednostkę ludzką i sprzeciw wobec stosowania odpowiedzialności zbiorowej. Zarysowaną tu pochwałę indywidualizmu późniejszy zbiór głosi już z pełną mocą. Innym motywem najwyraźniej przenikającym całą twórczość Czapskiego jest wewnętrzne rozdarcie człowieka między dwiema siłami, rozdarcie, przed którym nie ma ucieczki. Czy chodzi o starcie wiary z rozumem, czy życia ze sztuką, istota ludzka pozostaje w rozkroku, którego tragiczny wymiar jest niepodważalny – i nieprzezwyciężalny.

Warto czytać Czapskiego, bo może on być źródłem jakiejś miary, pozwala uchwycić właściwą perspektywę w opozycji do dzisiejszej literatury fałszywych, wybujałych, niewspółmiernych emocji. Tak istotny moment polskiej historii, naznaczony okrucieństwem sowieckich oprawców i cierpieniami tysięcy niewinnych jednostek, potrafi oddać bez patosu i fajerwerków, choć absolutnie nienagannie pod względem literackim. Wyjątek od tego suchego stylu czyni tylko od czasu do czasu dla piękna, obok którego jako malarz nie potrafi przejść obojętnie. Wówczas pojawiają się ujmujące ustępy dowodzące jego niezwykłej wrażliwości na barwę i światło.

Swoją drogą, zamiast czerpać wiedzę o Katyniu z filmu Andrzeja Wajdy o znikomej wartości artystycznej, znacznie lepiej czytać raport Czapskiego, z założenia tej wartości pozbawiony.

utracjusz

Obrazek zmontowany przez kolegę Pawła M. z (od prawej strony): autoportretu autora (1951), zdjęcia z Berlina (1950, za stroną wojciechkarpinski.com), autoportretu (1947) oraz autoportretu (1973).

Na wieży / Dick / Labirynt Śmierci

Znów Bruegel. Tym razem Wieża Babel. Koloseum dumnie wbite w niebo. Ciemne chmury rozbijają się o jego kształt, ludzie jak mrówki krążą po kolejnych kondygnacjach, spirala cegieł i mięśni, którą gigant sięgnie jeszcze wyżej. W dole zatłoczony port, praca trwa w najlepsze. Bruegel nie miał wątpliwości: nigdzie nie poszliśmy, nadal jesteśmy na wieży. Dick zdaje się, sądził podobnie i często do tej niewiary w dialog powracał.

Najbardziej jaskrawe przykłady to spisane w połowie lat pięćdziesiątych Oko na niebie, jedna z pierwszych powieści Dicka, w której autor mocno uderzył w fantastyczne tony, przenosząc grupę bohaterów do kolejnych wizji rzeczywistości, kreowanych przez następujące po sobie wyobrażenia każdego z nich. Okazuje się, że codzienność jednych, dla innych jest koszmarem. Niemożność dialogu jest także motywem przewodnim Klanów Księżyca Alfy, dość prostej powiastki wydanej w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. To jest stale powtarzający się u Dicka motyw. Nawet jeśli nie odgrywa przewodniej roli, to przecież często jesteśmy świadkami tego, jak ambicje, duma albo emocje biorą górę w podejmowanych decyzjach, wpływając na interakcje między bohaterami. Dick i jego postaci nigdy nie zeszli z Wieży Babel. Bohaterowie niby się rozumieją, ale pragnienia, gniew i emocje, sprawiają, że mówią tak naprawdę innymi językami. Ale czy rzeczywiście chodzi tylko o te czynniki? Ta niezgodność wynika u Dicka raczej z pewnej właściwości rzeczywistości: tego, że daje się poznawać jedynie subiektywnie, z osobna. Pisarz wątpi nie tylko w dialog, ale i w samą możliwość jego zaistnienia.

W tym punkcie przejść można do Labiryntu Śmierci, nowo wydanego przez Rebis, kolejnego powtórzenia owego refrenu. Na tle wcześniejszych tytułów, ten rysuje się wyjątkowo ponuro i ciężko. Książka powstaje w okresie niesłychanej formy autora – dość powiedzieć, że jej bezpośrednimi sąsiadami są Czy androidy marzą o elektrycznych owcach z jednej i Ubik z drugiej strony. Powieści legendarne, stale wpływające na kształt science fiction jako takiego. Samemu Labiryntowi nie udało się osiągnąć ani poziomu, ani popularności swoich kuzynek; Dick nie zawsze był doskonałym pisarzem, mamy jednak to szczęście, że dość często okazywał się być autorem bardzo dobrym. Tak jak tutaj.

Książka maluje przed nami tajemniczą scenerię: grupa ludzi ląduje w eksperymentalnej kolonii, gdzie bohaterowie mają podjąć zlecone im odgórnie zadanie. W wyniku usterki wytyczne nie docierają do grupy nowych kolonistów. Wszystko zaczyna komplikować się, gdy próby nawiązania jakiejkolwiek łączności i wezwania pomocy okazują się bezowocne; całość zaczyna przypominać szczelnie zamkniętą klatkę, bez możliwości wycofania się. Sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy kolejni uczestnicy eksperymentu zaczynają ginąć w tajemniczych okolicznościach.

Przywodzi mi na myśl motyw statku głupców. Wśród bohaterów znajdą się reprezentanci niemal wszystkich grup społecznych: ludzie młodzi, ludzie starzy, rozsądni i głupi, porywczy i spokojni… Każdy tutaj myśli, że dzierży ster, a Bogiem a prawdą, wszyscy dryfują w kierunku, na który tylko pozornie mają wpływ.

Cała ta poplątana historia, choć jej opis może sprawiać wrażenie opowieści czysto sensacyjnej, maluje się w typowo Dickowych odcieniach. Rzeczywistość w której znajdują się bohaterowie, dość szybko zaczyna przypominać mistyfikację: krążące pod nogami żuki, wyposażone są w filmujące ludzi kamerki; elementy krajobrazu okazują się być rozmywającą tuż przed nosem projekcją…

Koniec końców tak bohaterom, jak i czytelnikowi, towarzyszy mętlik w głowie. Czy dziwne wydarzenia, z którymi spotykają się bohaterowie są kwestią działania jakiejś nadnaturalnej, boskiej albo szatańskiej siły? A może są oni infiltrowani przez wojsko w jakimś dziwnym eksperymencie? Całkiem możliwe jest też, że przez izolację i wewnętrzne napięcia tracą zmysły i popadają w paranoję, w pewnym momencie okaże się bowiem, że sami są dla siebie jednym z większych zagrożeń.

Okazuje się, że jakkolwiek niesprzyjające byłyby warunki zewnętrzne, najwięcej napięć i tak zachodzi w tarciach międzyludzkich. Dick upycha grupę obcych, nieznających się ludzi w szczelnej, zacieśniającej się przestrzeni i każe im żyć razem. W krótkiej przedmowie, autor wspomina o nacisku, jaki położył na subiektywne patrzenie na rzeczywistość. I faktycznie, narracja zmienia się, przeskakuje z bohatera, na bohatera, ukazując, jak różne światy widzą kolejne postaci. Czy dialog jest możliwy? Czy czternaście osób, żyjących obok siebie, może żyć razem? Może żyć ze sobą? Dick zdaje się powtarzać dobrze już znane obrazy.

Skojarzenie z wieżą Babel wydaje mi się trafne także przez miejsce religii w świecie Labiryntu. Biblijna wieża miała być symbolem pychy, próbą sięgnięcia Boga, wkroczenia w boską rzeczywistość. Człowiek chciał dzielić świat z Bogiem, za co spotkała go kara. Tutaj dostajemy przewrotne odwrócenie tego obrazu. To Bóg dzieli świat z człowiekiem: schodzi na dół i żyją na równi. W swoich Manifestacjach kroczy ulicami miast, uzdrawia, podnosi na duchu. Chyba i tutaj można doszukiwać się źródła zgubnych tonów Labiryntu. To jest świat, z którego znikł podział na sacrum i profanum, dosłowność wyparła wiarę, a boskość stała się elementem rzeczywistym, stąpającym po ziemi, a zatem przyziemnym.

Cały Labirynt śmierci to jest cholernie trafna obserwacja. Czy my przypadkiem wciąż nie tkwimy na Wieży Babel? Ta celność nie dotyczy jedynie Ameryki późnych lat sześćdziesiątych – czy nie wydaje się wybrzmiewać z jakąś ponurością także tu i teraz? Pogubienie granicy między sacrum a profanum chyba także brzmi dziś wyjątkowo znajomo. Może stąd cały ten mrok szczelnie wypełniający książkę. Dobrze go znamy.

Wasz Paweł M