Wiersze podebrane #5 / Brewiarz / Herbert

Brewiarz

Panie
pomóż nam wymyślić owoc
czysty obraz słodyczy
a także spotkanie obojga płaszczyzn
zmierzchu i zaranka
wydobądź z fałdów morza
bas czystych głębin
a także dziewczynę
ślepą jak przeznaczenie
dziewczynę która śpiewa – belcanto

*

Poznawać Herberta zacząłem jakby naokoło: po pierwszym, dość oczywistym wyborze Pana Cogito, sięgnąłem po tomik ostatni, Epilog burzy i dopiero po nim zacząłem czytać kolejne tomiki już w kolejności powstawania. Mało z tego pierwszego spotkania zostało: słowo „archipelag”, „dałem słowo”, „nowa wędrówka do wyobraźni”, a wszystko to, po latach, jak przez mgłę.

I tylko Brewiarz (trzeci z Brewiarzy), jeden z pierwszych wierszy w książce, został we mnie i dźwięczy aż do teraz. Całą jego drugą połowę mam wypisaną już chyba na zawsze w pamięci, tkwi w niej mocniej niż wiersze czytane przed chwilą, dlaczego? A skąd mnie to wiedzieć?

Ale powtarzając te słowa, odwracam wszystko do góry nogami i tyłem na przód. Zamiast fałdów morza, ciemnoniebieskich, przechodzących w czernie i groźnych, widzę te same fałdy ale na niebie, jako chmury. Burzowe chmury. Kończący swoje życie Herbert, nazywa ostatni tomik epilogiem burzy, ale kiedy czytam jego Brewiarz kiedy czytam ostatnie w nim linijki, to dobrze wiem, że burza dopiero idzie, że nie można odetchnąć, wręcz przeciwnie – trzeba wziąć głęboki wdech i wstrzymać powietrze. A czyste głębiny z wiersza, rozbrzmiewają w moim uchu basem czystych wysokości. I jest też dziewczyna, która wraz z gromem schodzi z nieba i śpiewa.

Powtarzam te słowa nie do końca rozumiejąc. I w głowie obracam kolejne wyobrażenia, bo choć nie rozumiem, to przecież widzę jasno; Herbert przez całe życie goniący po muzeach, nie mógł zostawić nieczytelnego obrazu. On może być niezrozumiały, ale nieczytelny? Nigdy! Gdy Herbert pisze „fałdy morza”, to tak jakby Van Gogh kładł to morze (w którym ja widzę chmury) grubą warstwą farby; a gdy pada słowo „dziewczyna” to pada ono tak, jak białe plamy padały na płótno Podkowińskiego, układając się w dziewczynę w jego Szale.

Więc siedzę przez te lata i choć wiem dokładnie jak wyglądają te fałdy, ta dziewczyna, wiem jak brzmi bas czystych głębin, to jednak nie wiem i wciąż nie rozumiem nic. Ale skoro zasiane, musi wyrosnąć, nakazuje natura.

*

Dziś rano obudziłem się i znalazłem na wskazującym palcu prawej dłoni małą ranę. Pół centymetra długości i szerokość jak po kocim pazurze, tyle że z żadnym kotem bojów nie odbywałem, a ranka była świeża, wyglądała jak wykrojona przed minutą. Poranek spędziłem więc myśląc o jej zagadce.

I myślałem o niej przez cały dzień, bo choć wciąż o niej zapominałem, przypominała mi o sobie co chwila, gdy po cokolwiek sięgałem i gdy pracowałem.

Po pracy wybrałem się do domu na nogach, musiałem wstąpić do kwiaciarni w pół drogi. I gdy tak wracałem, w jednej ręce trzymając parasol, w drugiej zaś, mały bukiet, w pewnym momencie poczułem ukłucie. W palcu wskazującym prawej dłoni, tkwił półcentymetrowy kolec. I wiedziałem już skąd ta rana.

Zatrzymałem się na chwilę, zaczęło padać, spojrzałem w niebo.

*

I zobaczyłem na niebie „fałdy morza”, i zaraz po tym usłyszałem grom, szła burza. Ale zdziwiony patrzyłem to na rękę, to na niebo i dobrze wiedziałem, że to nie jest żaden grom. Przypomniał mi się ten wiersz, czytany lata temu i powtarzany nieraz w pamięci, i dobrze wiedziałem: to nie jest żaden grom. To jest bas czystych głębin. Potem fałdy falowały, otwierały się, pokazywały huczące wysokości.

I gdy wróciłem do domu, wiedziałem już dobrze: idzie. Idzie i śpiewa – belcanto!

boat-clouds-cloudy-skies-753619(1)

Wasz Paweł M

Zdjęcie burzy i morza autorstwa George’a Desiprisa, galeria tutaj: https://www.pexels.com/@george-desipris

Reklamy

Bardzo krótko / Jáchym Topol / Warsztat diabła

Gra w odrębność jest w literaturze grą ryzykowną, w której łatwo się zbłaźnić. A jednak Jáchym Topol zdecydowanie w nią wygrywa, choć pierwsze wrażenie zdaje się kierować ku konkluzji, że czeski pisarz istotnie błaznuje, traktując Holokaust czy w ogóle ludobójstwa jako pretekst do niezupełnie stosownych żartów.

Ale drugie wrażenie mówi co innego. Topol unaocznia mianowicie, że w czasach dyktatu pieniądza i technologii każde, najbardziej nawet tragiczne zjawisko można skutecznie, pomysłowo oraz atrakcyjnie skomercjalizować. Wystarczą sprzyjające okoliczności i brak zahamowań, a także potencjalni odbiorcy takiego produktu, gotowi niskim kosztem uporać się ze zbiorowym poczuciem winy.

Tylko że tym razem jest jeszcze miejsce na wrażenie numer trzy. A pojawia się ono po nieco szerszym spojrzeniu na „Warsztat diabła”. Okazuje się wówczas, że i Topola dręczy koszmarne dziedzictwo XX wieku, ale zamiast, wzorem innych, wprost dyskontować niesłabnącą modę na Holokaust, próbuje on to dziedzictwo rozpatrywać w dzisiejszym kontekście, z użyciem nowoczesnych narzędzi i odwołując się do bardzo świeżych niebezpieczeństw.

Zastanawia się zatem, gdzie w dzisiejszym świecie jest miejsce tamtych zdarzeń i okropności, gdy pozornie hołdujemy tym samym, klasycznym wartościom, a jednak gdy trochę je poskrobać, to okazuje się, że istotnie je przedefiniowaliśmy i sami też jesteśmy już inni. Brakuje nam więc adekwatnych kategorii – współczesnych nijak nie da się przyłożyć do tamtego piekła, bo w międzyczasie wytworzyliśmy sobie nowe, a raczej w stare tchnęliśmy nową treść, odzwierciedlającą zupełnie nowy świat.

Tak więc ostatecznie jawi mi się „Warsztat” jako minitraktat o zagubieniu człowieka w labiryncie współczesności, w nieposkromionym potoku coraz szybciej zmieniających się zjawisk, ideologii, narracji, z których niemal nie sposób już wyekstrahować prawdy i rzeczy wartościowych.

I ostatecznie jest to jednak trochę zabawne, że właśnie kiedy wydaje nam się, iż już całą tę środkowo- i wschodnioeuropejską traumę przepracowaliśmy oraz oswoiliśmy, przychodzi Topol i każe kopać głębiej, dosłownie i w przenośni.

Bo „kopać głębiej” w ogóle wydaje się uniwersalną, choć niezbyt modną formułą.

utracjusz

Obraz: Peter Booth – Diabeł i śmiejący się człowiek

Lektury uzupełniające #19 Czytanie arcydzieła

 książka: Czarodziejska góra; autor: Tomasz Mann

Jan

Najtrudniejsza w tej lekturze była niechęć, którą czułam do Hansa Castropa. Do tego Janka, Giovanniego, Johna. Przeciętnego młodzieńca z Hamburga (czy Lubeki) co przyjechał na Górę, do sanatorium, w odwiedziny do kuzyna. Przyjechał i nie wyjechał, bo nie wyjechać było łatwiej. A Jan przecież nie był pracowity i świetny leżak dokonał wyboru za niego.

Może zresztą odbyło się to jakoś inaczej, jedna lektura „Czarodziejskiej Góry” to na pewno za mało, żebym mogła mieć pewność i rację. Przecież już działał Settembrini, już kształtował duszę młodzieńca, ten złotousty literat, Mefisto i Anioł Stróż, więc może to nie gnuśność zatrzymała Jana na Górze. Są zresztą tacy co twierdzą, że to Kławdia Chauchat.

Ale ja długo widziałam w Janie monolit, może nadal właśnie tak go widzę. Jan posługujący się co najwyżej mimikrą, żeby lepiej pasować do otoczenia. Jan, który pracując w hamburskiej (czy lubeckiej) stoczni sklejałby uważnie i troskliwie miniaturowe modele statków zamiast wklejać wysuszone rośliny do zielnika; kochałby nieszczęśliwie pozornie inną mężatkę, gwiazdkę o skośnych oczach i kocim chodzie, mówiącą po francusku z obcym akcentem. Może tylko mentorów znalazłby mniej barwnych.

Przecież to fundamentalna prawda „Czarodziejskiej Góry” – John przez siedem lat dojrzewa, uczy się, nabiera kształtu (albo: John symbolizuje artystę, przez siedem lat przygotowującego się do wielkiego twórczego aktu). Skoro ja wcale nie jestem tego pewna, to znak, że powinnam czytać od nowa.

Bo mi na razie wydaje się, że to raczej zadanie czytelnika, dojrzeć w trakcie lektury, wybaczyć Johnowi jego lenistwo, niezdecydowanie, brak poglądów i marny umysł. Wybaczyć mu tę przeciętność, która odbija nas samych. Polubić Johna to jak polubić siebie samego i wszystkich wokół. Ale czy to nie za wielkie zadanie jak na jedną książkę, jak na jedno czytanie?

I czy pisarz może coś takiego zaplanować? Takie czytelnicze nawrócenie, oczyszczające katharsis (skusił mnie pleonazm), humanistyczny akt wiary? Gdy jest geniuszem i pisze powieść przez 12 lat, gdy jest Tomaszem Mannem z Lubeki, który dostał Nobla za „Buddenbrooków” choć tak naprawdę za „Czarodziejską Górę”.

W rozdziale „Śnieg”, Giovanni szusuje na nartach, rozkoszuje się samotnością, wpada w śnieżycę, śni i prawie zamarza. To bardzo piękne, poetyckie strony. Bo oto Giovanni przekracza przestrzeń i czas. Doświadcza wolności. Myśli najpełniej w swoim życiu.  Pojawia się tu jedyne zdanie napisane w tej monumentalnej powieści rozstrzelonym drukiem: „Człowiek w imię miłości i dobroci nie powinien dać śmierci panować nad swoimi myślami.”

Po trzech czwartych lektury, na sześćsetnej stronie, w tym właśnie rozdziale, wybaczyłam Hansowi.

Obraz

O tym jak bliskie są Manna związki z muzyką napisano już wiele stron, a „najulubieńsze” utwory Hansa Castropa, przedstawione szczegółowo, są muzycznym przewodnikiem po świecie Góry. Ale mnie uderzyło skojarzenie malarskie. Sen Castropa, ten z rozdziału „Śnieg”, w którym po scenie pełnej słodyczy i harmonii, następuje krwawy rytuał, wydał mi się w swej poetyce bratem bliźniakiem obrazu.

„Wielka dusza, której jesteś tylko cząstką, śni przez ciebie i na twój sposób o rzeczach, o których tajemnie śni zawsze: o swej młodości i nadziei, o swym szczęściu i pokoju, i o swej – krwawej uczcie”

433px-accademia_-_la_tempesta_-_giorgione

„Burza” Giorgione  – „decydujący moment dla malarstwa europejskiego” – liryczny, sielski pejzaż z karmiącą matką. W drugim rogu postać męska. Nie sposób powiedzieć kto kim jest i dlaczego jest (Żołnierz i Cyganka to pierwsza z interpretacji) – dzisiejsze, nowoczesne metody badawcze, mówią nam na przykład, że wcześniej mężczyzna z kijkiem był drugą postacią kobiecą. Burza to tylko zygzak na niebie, nie zapowiada niebezpieczeństwa. Delikatne, ciepłe kolory oznajmiają, że to piękny, letni dzień. Ale tajemnica czeka gdzieś za kadrem, nie mamy co do tego wątpliwości. Giorgione daje nam wybór, kontemplować piękno i spokój, albo ulec lękom.

Ołówek

„pozwól mi wchłaniać woń skóry pod twoimi kolanami, gdzie kunsztowna torebka stawowa wydziela swą śliską maź! Pozwól, by usta moje dotknęły ze czcią na przedniej części uda twej Arteria fermoralis , która dzieli się niżej na dwie tętnice goleni. Pozwól mi upajać się wyziewami twoich porów i dotykać twego meszku, istoto ludzka z wody i białka, której przeznaczeniem jest anatomia grobu, i pozwól mi zginąć z ustami na twoich ustach”.

W sieci znalazłam nawet dyskusję zatytułowaną: Czy Castrop przespał się z Kławdią Chauchat? Ja najpierw czytałam dwukrotnie końcówkę karnawałowej nocy, próbując zyskać pewność. Ale wiedziałam bez cienia wątpliwości tylko, że Hans Castrop pożyczył i zwrócił ołówek. Bo ta sprawa na dobre wyjaśnia się później, przy łożu osobliwego, karykaturalnego Dionizosa (Mynheer Peeperkorn „potężna indywidualność choć niewyraźny człowiek”).

Demokratyczni nauczyciele

„Sytuacja jest niebezpieczna, jeden diabeł z prawej, drugi z lewej, jakże z tego, do diabła, wybrnąć!”

Wbrew całej opozycji w jakiej stali wobec siebie, dwaj mentorzy młodego inżyniera, wbrew zasadzie kontrastów na jakiej zostali zbudowani, wbrew ich poglądom i wbrew tragicznemu zakończeniu ich podwójnej historii, te słowa o Settembrinim  i Naphcie najmocniej utkwiły mi w pamięci. Wzruszali mnie dwaj „demokratyczni nauczyciele” Hansa Castropa i ich głęboka wiara w intelekt i dyskusję.

Posiłki

i ich spożywanie to być może najsilniejszy obraz rozkładu w powieści. Sanatorium Berghof serwuje pięć i wszystkie obfite. Apetyt to zdrowie i życie. Nie objadają się tylko umierający.

„Czymże tedy jest życie? (…) choć niematerialne, jest zmysłowe, aż do rozkoszy i obrzydzenia, jest bezwstydem materii, która uzyskała wrażliwość na samą siebie i na bodźce z zewnątrz, jest wyuzdana formą istnienia (…) lubieżnie skrytym niechlujstwem przyswajania i wydalania. Jest w przyrodzone prawa powstawania ujętym bujaniem, rozwojem i przyjmowaniem kształtów przez coś napęczniałego, co składa się z wody, białka, soli i tłuszczów; zwie się je mięsem(…)”

Czas

-Ale zapewne czas upływa wam tu szybko -zauważył Hans Castrop.

– I prędko, i powoli, jak kto chce – odrzekł Joachim.

Sanatorium jest królestwem poza czasem, co jest paradoksalne, zważywszy, że już we wstępie autor ten czas ujmuje w bardzo konkretne ramy i uprzedza nas, że Hans Castrop spędzi na Górze  siedem lat. Tymczasem na Górze czas nie płynie. Pory roku zamieniają się miejscami. Przyjazdy i odjazdy to raczej przesunięcia w przestrzeni niż w czasie. Nawet śmierć niczego nie kończy (co udowadnia dziewczę z wyspy Andersena). Wszystko wydarza się razem. Werandowanie, posiłki, spacery: „wolny czas, niczym niezapełniony, nieobciążony pudowym ciężarem wysiłku, otwarty i rozległy, nieposiekany na części przeszkodami (…)”

Agnieszka Ardanowska

Post scriptum: Niezwykle trudno byłoby napisać recenzję Czarodziejskiej Góry, więc wyrzekłam się tej ambicji. Wszystkim ciekawym przemyśleń erudyty i specjalisty polecam serdecznie serię bardzo dobrych felietonów w dwutygodniku.com:  Alfabet „Czarodziejskiej Góry” Małgorzaty Łukasiewicz.

Charles Higham / Howard Hughes: brawura, szaleństwo, tajemnica

Napisana przez byłego dziennikarza New York Times biografia Howarda Hughesa, nie ma zbyt pochlebnych opinii wśród książkożerców, jak i fanów tej obrosłej już niejedną legendą, a absolutnie nietuzinkowej, postaci. Sporo z tych, krytycznie do książki nastawionych osób, ma zapewne w pamięci, świetny skądinąd, wyreżyserowany przez Martina Scorsese w 2004 roku film Aviator, z rewelacyjną (jak niemal zawsze) rolą Leonardo DiCaprio, w roli naszego głównego dziś bohatera.

Obraz ten, jak wspomniałem wcześniej – faktycznie znakomity, skupił się jednak na złotej erze losów teksańskiego miliardera, i zgrabnie a całkowicie pominął był co (jeszcze) bardziej pikantne i kontrowersyjne wydarzenia i fakty z jego przebogatego, w przenośni i dosłownie, życia. Stąd, o ile oczywiście możemy całkowicie wierzyć ex-żurnaliście, biografia ta wydaje się być chwilami niemal paszkwilem na tego amerykańskiego bohatera. Ja tak jej jednak nie odebrałem. Ale może po kolei. Kim zatem był ów Howard Hughes? Na sam początek był on spadkobiercą ogromnej, rodzinnej fortuny, zdobytej przez jego ojca podczas gorączki ropy naftowej z początku XX wieku, jednak nie z samego jej wydobycia pochodzącą, a z wynalazku specjalistycznego wiertła do jej wydobywania, a potem z założenia firmy, która już całkowicie żyła z produkcji i sprzedaży owego wynalazku.

To co Howarda niechybnie ukształtowało, a miało potem decydujący i katastrofalny jednocześnie wpływ na całe jego dalsze, niesamowite życie, to poza odziedziczonym bogactwem z Hughes Tools Company, nadopiekuńczość, hipochondria i paniczny strach przed zarazkami jego matki. 

Na pewno jednak nie był on człowiekiem skłonnym li tylko do trwonienia lekką rączką przejętego po ojcu bogactwa. (Choć faktycznie szastał kasą z iście barokowym rozmachem!) Majątek ów bowiem pomnożył był po wielokroć, prężnie i twardo zarządzając firmą, która wkrótce potem pozwoliła mu osiągnąć status jednego z najbogatszych ludzi w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Najbogatszych i jednocześnie najbardziej wpływowych. Na co więc ten status mógł mu wtedy pozwolić? Przede wszystkim na realizację swoich najskrytszych marzeń. Hughes intensywnie – w pewnych okresach – realizował się jako niezależny producent i reżyser filmowy. Splendor i sukces największy przyniosły mu filmy Hell’s Angels z 1930 roku oraz The Outlaw z 1943.

Z równą, jeśli nie jeszcze większą pasją Howard zajmował się konstruowaniem samolotów, jak i ich oblatywaniem. Co więcej, to do niego w 1935 roku należał światowy rekord prędkości lotu, wynoszący wtedy 567 km/h, a także rekordowy, 91-godzinny lot dookoła świata (1938). To te, niezwykle chlubne w jego biografii wydarzenia, nadały mu też status bohatera w USA.

56fc4f6f7c103b96ed2a6bb73a316d18d752

Baczny, a nie w ciemię bity czytelnik, szybko winien połączyć powyższe fakty z miłą aparycją naszego bohatera i wyjść mu powinno w konkluzji, iż taki facet musiał mieć nieliche branie wśród ówczesnych niewiast! Czy tak zatem było? No raczej… Jean Harlow, Ginger Rogers, Bette Davis, Joan Fontaine, Rita Hayworth, Ava Gardner, czy Katharine Hepburn – mówią Wam coś te nazwiska? A to tylko najgorętsze hollywoodzkie laski, w grubym notesie wieloletnich a pięknych kochanek Howarda. Nadmienić jednak należy, że poza fleszami aparatów, spotykał się on również na pęczki z pięknymi młodzieńcami. Hughes był bowiem biseksualistą, co w tamtych purytańskich w Ameryce czasach, musiało być mocno przez niego ukrywane. 

Tak, przyszły filmowy Aviator, potrafił był wykorzystywać do perfekcji swój status bogacza, wygląd playboya i charyzmę pasjonata kina oraz lotnictwa, aby zdobywać to czego akurat w danej chwili pragnął. Dosłownie. Problem z naszym Howardem był jednak taki, że jak mocno tego czegoś pożądał, tak szybko tracił tym zainteresowanie. Gdy tylko to zdobył. Owe, wymienione wcześniej, a najjaskrawiej świecące gwiazdy ówczesnego kina, zawsze i dość szybko były wymieniane na nowszy, piękniejszy czy zwyczajnie młodszy model. Często, a w zasadzie… zawsze, Hughes romansował z kilkoma na raz. Nie miało też dla niego znaczenia, czy dana wybranka jest akurat wolna, czy zamężna i posiada już w swym związku dzieci. Nie zaprzątał sobie tym zwyczajnie głowy.

Jednymi z nielicznych jego porażek na tym rozkoszy pełnym polu były: niezdobycie Marylin Monroe (być może ze względu na jej powiązania z Kennedym?), oraz Elizabeth Taylor, której zaproponował wręcz okrąglutki milion dolarów za ślub, a ta mu była odmówiła…

Jednak gdy Howard czegoś pragnął, po prostu musiał to mieć. I przeważnie cel swój osiągał. Ludźmi, po ich dla siebie zdobyciu, najczęściej finalnie pomiatał. Wykorzystywał ich i zostawiał. Nawet tych mu najwierniejszych. Był bowiem tak egocentryczny, jak bogaty i ekscentryczny! Gdy zapragnął mieć w swoim hotelu w Las Vegas całodobową telewizję, zakupił był dla siebie całą stację i nakazał puszczać tam swoje ulubione filmy. Gdy z innego tam hotelu chcieli go wyrzucić, wściekł się i kupił ten hotel. Wykupił blisko połowę hoteli i kasyn w Las Vegas. Czasem po to, aby móc zagrać swoim wrogom na nosie, a czasem, by tylko pozbyć się drażniącego neonu z hotelu naprzeciwko…

A o tym, jak nagle zapragnął był lodów bananowo-orzechowych, które jego wierni ludzie sprowadzili w trudzie i w naprawdę wielkich ilościach (1100 litrów!), po to tylko, by ten figlarz mógł natychmiast stwierdzić, że jednak jeść ich nie będzie i wraca do swoich ulubionych, waniliowych – wspominać nie będę! Jednak wspomniałem? No trudno. Takich historii, ujawniających pewną niedojrzałość, kapryśność i częstą zmianę decyzji Hughesa, jest w tej znakomitej biografii cała masa!

Howard-Hughes

Niedojrzały, nie oznacza jednak głupi. Nasz bohater był bowiem niezwykle inteligentny, choć wyrachowany potężnie, a łeb na karku, szczególnie do interesów miał w zasadzie do końca swoich dni. Biograf przedstawia zdobyte przez siebie dowody – bardzo bogate źródła – na ciągłe kontakty Hughesa z CIA, z ludźmi ówczesnych prezydentów USA, a nawet z nimi samymi. Howard kręcił przysłowiowe lody wszędzie tam, gdzie tylko było to możliwe, aby tylko móc pomnażać swój majątek. Jego firmy produkowały helikoptery (m.in. słynny AH-64 Apache), broń, radary i lasery dla wojska, satelity telekomunikacyjne i szpiegowskie.

Hughes angażował się ponadto czynnie i wymiernie w politykę wewnętrzną, jak i zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Miał pewien wpływ na inwazję w Zatoce Świń za Kennedy’ego, czy brał nie tak całkiem pośredni udział w aferze Watergate za Nixona. Był w pewnym sensie gorącym patriotą, nieznoszącym komunistów. W pewnym sensie, gdyż do ostatnich chwil swego życia kantował tamtejszego Fiskusa jak tylko mógł. Ach, byłbym zapomniał – był też zawołanym rasistą! Naprawdę, długo by tutaj jeszcze wymieniać, kim był i czym się zajmował ten Howard Hughes…

W ostatnich dobrych kilkunastu latach swojego życia był publicznie niedostępny. W swoich hotelowych apartamentach w Las Vegas, w Nassau, Nikaragui, na Bahamach, czy w Meksyku, mieszkał absolutnie sam, otoczony tylko swoimi najwierniejszymi ludźmi. Opiekunami, służbą i doradcami biznesowymi. Po pokoju chodził nagi, lub półnagi, potężnie zaniedbany, zarośnięty, brudny i śmierdzący… Oddawał mocz na drzwi lub do słoików, które skrycie magazynował. Śmiertelnie i paranoicznie wręcz przerażały go muchy, insekty, bakterie i kurz. Paradoksalnie nijak mu to jednak nie przeszkadzało w bardzo niehigienicznym trybie bytowania, jaki przez wiele lat prowadził. Wszędzie dookoła niego walały się chusteczki higieniczne Kleenexa, których używał na potęgę i często też obwijał nimi, jak bandażem, co raz to bardziej schorowane i wycieńczone ciało.

Był cierpiący psychicznie i obolały fizycznie oraz uzależniony od sporych dawek różnorakich środków przeciwbólowych. A mimo to, ponoć do końca, przytomnie zarządzał telefonicznie swoimi firmami. Zmarł był w 1976 roku, na pokładzie samolotu lecącego z Acapulco do rodzinnego Houston…

Bardzo ciężko jest móc w jakimś skrócie opowiedzieć o tym człowieku. Ta biografia, czytelnikowi ciekawemu jego legendzie, znakomicie jednak przybliży sylwetkę Howarda Hughesa. Nie jest ona może napisana porywająco, styl Highama jest dosyć szorstki. Autor skupia się zwyczajnie na przytaczaniu faktów i zdarzeń z życia opisywanego, które zdobył był na wskutek wieloletnich badań i dziennikarskich dociekań, a nade wszystko z rozmów z wieloma naocznymi świadkami z tamtych czasów. I wydaje mi się, iż starał się on być obiektywny w faktach owych przytaczaniu. A że zdarzenia owe, jak i samo życie Hughesa, nie było tak oczywiste, jak filmy o nim traktujące, cóż… życie!

Kapitan MO

Ilustracje w tle: http://www.bbc.co.uk/programmes/p016tlqp; http://betrending.com/celebrity-breakdowns-because-mental-illness/7/
Okładka
: Charles Higham, Howard Hughes: brawura, szaleństwo, tajemnica, Świat Książki, 2005

Bardzo krótko / Jacek Bierut / Pornofonia

Naukowcy radzieccy wyliczyli, że 66,6% dobrej literatury pozostaje poza jej głównym obiegiem i może zostać odkryte jedynie przez ekspertów bądź na skutek ślepego trafu. Jako że ekspert ze mnie żaden, muszę uznać, że z Jackiem Bierutem niebywale mi się poszczęściło.

To bowiem twórca nagradzany, ale niemal anonimowy; zamiast zgodnie z wymogami rynku udzielać się w mediach społecznościowych, siedzi pewnie gdzieś na Księżycu, pociąga z butelki i śmieje się z nas oraz z samego siebie.

„Pornofonia” to powieść, której streścić nie sposób. Można by wprawdzie spróbować określić ją jako dystopię o siermiężnych wakacjach nad polskim morzem, ale to jak powiedzieć, że „Gwiezdne wojny” to film o mężczyznach ze skłonnością do krzyżowania mieczy. Dwuznaczność jest tu oczywiście zamierzona, bo sprawy płciowe wypełniają sporą część przestrzeni między srebrnymi okładkami tego tomu.

Ale też pomieścił tu Bierut tyle wątków, że trzeba się w nich pogubić, tyle pomysłów, że starczyłoby i na sto powieści. Na pierwszy plan wybija się jednak komentarz społeczno-obyczajowy, tyle że podany w formule jakże odległej od dziewiętnastowiecznej klasyki! Oto bowiem refleksji o zbyt dynamicznych i chaotycznych przesunięciach w obszarze aksjologii towarzyszy forma rozbuchana, stanowiąca w istocie dowód dynamicznych przemian w obszarze literatury.

Narracja jest zakręcona, pełna fajerwerków językowych, myślowych oraz erupcji nietuzinkowego poczucia humoru lokowanego na różnych poziomach. Nie wyprze się Bierut pokrewieństwa ani z Barthem, ani z Vonnegutem, ale z żonglerki konwencjami wychodzi mu produkt spójny i mocno autorski. Do tego gęsty od bon motów, z których wynotowywania musiałem w końcu zrezygnować dla zachowania płynności lektury.

Przyznam zresztą, że mam problem ze zwerbalizowaniem swoich wrażeń, co zdarza mi się bardzo rzadko. „Pornofonia” zdaje się należeć do bardzo wąskiego grona dzieł literackich pozbawionych atrybutu intersubiektywności. Trudno chyba o większy komplement. Żeby jednak nie było tak różowo, wyznam również, że autorowi być może udało się na dobre obrzydzić mi obcowanie cielesne.

Podsumowując – to znakomita, ambitna i zabawna powieść, z wszelkimi danymi ku temu, by stać się modną, a nawet kultową. Zrealizowanie tego potencjału wymagałoby jedynie zastosowania zaawansowanych narzędzi marketingowych, takich jak gniewne wejrzenie, głoszone publicznie kontrowersyjne poglądy czy orkiestrowanie oskarżeń o plagiat.

Niestety, nieszczęsny Bierut, zamiast marketingiem, zajmuje się byciem i pisaniem, w związku z czym, w przeciwieństwie do bohaterów „Pornofonii”, nie ma chyba dla niego ratunku.

utracjusz

Gonitwa za dziką owcą / Murakami

scena z przeszłości

Kilka lat temu, jadąc do Krakowa, przez okno pociągu dostrzegłem Stado owiec. Siedziałem potem przez kilka chwil z nosem przyciśniętym do szyby i gapiłem się, jakbym zobaczył coś absolutnie niezwykłego. Nie wiem jak to się stało, ale jakimś cudem przez niemal trzydzieści lat swojego życia nie widziałem ani jednej owcy. To było przeżycie niemal magiczne!

moje spotkanie z Murakamim

To było w czasie, gdy jak najęty kursowałem między zachodem a południem, nigdzie na dobrą sprawę nie zapuszczając korzeni; przez okno pociągu widywałem wtedy owce, pagórki, cienie gór, tęsknoty wszystkie i inne rzeczy, których u siebie zobaczyć nie mogłem. W podróży sporo czytałem i zdarzyło się tak, że przeczytałem wówczas nową książkę Murakamiego – Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i Lata jego pielgrzymstwa. I było to dla mnie przeżycie tak silne i porywające, że w przeciągu tygodnia zorganizowałem sobie cała stertę książek: wszystko co Japończyk w swoim życiu napisał, i co zostało wydane nad Wisłą. Czytałem to przez kolejne miesiące, przeplatając od czasu do czasu czymś innym, ale tak czy inaczej, 2014 był u mnie rokiem Murakamiego.

Tylko kilka razy w życiu zostałem tak porwany. To byli Herbert z Miłoszem, to był Philip Dick, to był Molier obecnie chyba mam tak z Hrabalem. Tak mocne zafascynowanie czyimiś literami, przeżyłem zaledwie kilka razy, zatem każde z tych spotkań jest dla mnie bezcenne. Ale dlaczego, jak to się dzieje, że ktoś tak celnie trafia? Teraz, po czterech latach wróciłem do Przygody z owcą, powieści bardzo wczesnej, trzeciej w dorobku autora, w Polsce zaś przez wiele lat najstarszej dostępnej pozycji spod jego pióra (sytuację zmieniło dopiero scalone wydanie dwu pierwszych powiastek w 2014 albo 2015 roku, o ile mnie pamięć nie myli). Wróciłem i z zaskakującą jasnością dostrzegam, co uwiodło mnie w prozie Japończyka.

Cechą charakterystyczną dla snutych przez Murakamiego opowieści, jest pewne zderzenie. Z jednej strony jego bohaterowie wiodą życia aż do bólu zwykłe i szare. Wrażenie to podkreśla dodatkowo to, jak te życia są opisywane. Każdy bohater pali jakieś zwykłe papierosy, lubi jakąś whisky, słucha muzyki, którą i my znamy, chodzi do kina na filmy, o których słyszeliśmy. Nie ulega wątpliwości – to są zwykłe życia, które dzieją się tu i teraz (wrażenie to towarzyszy mi mimo różnic kulturowych). Ta twarda, surowa realność, zderza się jednak u Murakamiego ze światem szaleńczo surrealistycznym, nienaturalnym. Bohaterowie, w pewnym momencie swojego życia wkraczają w obszar, którym rządzą jakby inne prawa. Dzieją się tam rzeczy niewyjaśnione… i nikogo to nie dziwi. I tak na przykład w 1Q84 na niebie wiszą dwa księżyce, w Sputnik Sweetheart jedna z postaci dosłownie znika z powierzchni ziemi, a w Kafce nad morzem upośledzony staruszek rozmawia z kotami. Świat czasem działa w niezrozumiały dla nas sposób, zdaje się nam mówić japoński pisarz, i nie ma co robić wokół tego niepotrzebnego szumu. Tak już jest.

jeszcze jedna scena z przeszłości

OWCA2

Murakami wszedł we mnie jak nóż w masło. A to dlatego, że w pewnym momencie mojego życia, doświadczyłem tego, co opisałem powyżej. Między październikiem 2011 a lipcem 2012, świat działał w sposób, którego nie potrafię ani opisać ani wyjaśnić. Nie zdziwiłbym się, gdyby nad moją głową przez te miesiące wisiały dwa księżyce. Poważnie. Nie zdziwiłbym się. Może nawet tak było, ale nie przejmowałem się wówczas takimi sprawami.

Trzeba było wtedy wstawać, pracować, albo nie pracować, czytać kolejne książki, słuchać kolejnych zespołów… ale wszystko to robiłem jakby z konieczności, z powinności wynikających z bycia na tym świecie. Tak naprawdę ważna była tylko pewna obecność. Przez kolejne miesiące wszystko działo się jakby we śnie, świat działał w spowolnionym tempie, zdarzyło się kilka rzeczy, których nie rozumiałem, ale nie przeszkadzało mi to; mówiłem i słyszałem słowa tak celne, jak nigdy dotąd i nigdy później.

A potem wszystko znów zaczęło dziać się normalnie. Obecność w świecie, z aktywności pobocznej, znów stała się moim wiodącym zajęciem. A z dziwnego czasu nie pamiętam nic poza tą cichą obecnością i rzeczami z nią związanymi. Jak na ironię, Osobliwości, która wszystkie te wydarzenia spowodowała, niemalże nie pamiętam. W pamięci nie ma już ani twarzy, ani głosu. Nie zostały też żadne ślady, ani dowody na tamten czas; nie ma zdjęć, Osobliwość bała się aparatu, jakby obecność na fotografii, miała ujawnić jakąś jej dziwną, pozaświatową naturę. Świadkowie co prawda są, ale jest ich niewielu i boję się ich pytać, wzięliby mnie za dziwaka. Dostałem od niej książkę, ale nie nosi ona na sobie żadnych śladów, świadczących o jakiejkolwiek niezwykłości. Czasem siadam i zastanawiam się nad prawdziwością tamtego czasu. Jedynym co mnie w tym upewnia, jest dziura, którą w sobie noszę, którą poniosę aż do końca. Horyzont zdarzeń ma zadziwiająco precyzyjny kształt. To wszystko, co udało mi się wynieść poza granicę lipca 2012. I starczy mi tego, żeby cieszyć się i boleć (naprzemiennie) już do końca.

A potem, jakieś półtora roku później, trafiłem na Murakamiego, który opowiadał właśnie takie historie. Dosiadłem się więc do niego i słuchałem, dziwiąc się, jak prawdziwe wydawały mi się te wszystkie niestworzone opowieści. Miałem śmieszne wrażenie, że na całym świecie tylko my dwaj, połączeni jakimś dziwnym braterstwem, dobrze wiemy, że świat może od czasu do czasu znienacka wykoleić się ze swoich zasad i torów, oraz że nie ma w tym absolutnie nic dziwnego.

o Owcy

OWCA3

Za bibliografię Japończyka wziąłem się w kolejności chronologicznej. Dwie pierwsze powiastki wydano w Polsce, gdy przeczytałem już wszystkie inne, zatem zaczynać musiałem od Przygody z Owcą. I jest to moim zdaniem jedna z lepszych, jeśli nie najlepsza książka w dorobku autora. Zatem to do niej wracam w pierwszej kolejności.

Z wielkim zdziwieniem przyglądałem się kiedyś ocenom znajomych, którzy uważali książkę za dobrą, ale raczej przeciętnie dobrą, niż bardzo dobrą. Może to przez to, że sięgnęli najpierw po wyżej ocenione i częściej rekomendowane powieści, po Kronikę Ptaka Nakręcacza, Norwegian Wood, albo Kafkę nad morzem. Problem w tym, że to powieści znacznie późniejsze (poza Norwegian wood, również w miarę wczesnym), bardziej złożone i rozbudowane, przez co robiące większe wrażenie.

Ilekroć rozmawiam o Murakamim z kimś, kto jeszcze go nie czytał, gorąco zachęcam do poznawania jego książek zgodnie z kolejnością powstawania. Bogactwo późniejszych powieści, może rzeczywiście sprawić, że Owca będzie robić wrażenie ubogiej krewnej, surowej powiastki z prostą historyjką, przyjemnej, ale rozczarowującej. W ten sposób można ominąć jedną z najlepszych opowieści jakie Murakami ma w ogóle do opowiedzenia!

Motyw owcy, która przychodzi do pewnego człowieka i pyta się, czy może wejść do środka, a potem, wpuszczona, żyje w nim, tak długo jak jej się tylko spodoba… No i główny bohater wyrwany ze swojego nijakiego, średnio udanego życia, próbujący zrozumieć, co niezwykłego jest w tej owcy, o której nie wie nic, poza tym, że ktoś ważny i wpływowy bardzo chce ją znaleźć. I im bardziej się do niej zbliża, im więcej elementów prawdy do niego dociera, tym bardziej oddala się od świata i od rzeczywistości. Dosłownie i w przenośni – akcja ostatnich rozdziałów ciągnie nas w północne, nieprzystępne rejony wyspy Hokkaido, między góry, drzewa i tajemnice.

Ilość scen, które zapadają w pamięć, jest tak wielka, że wyliczanie ich nie ma najmniejszego sensu. Jest tu Dziewczyna z uszami (i każda, dosłownie każda rozmowa z nią jest świetna!), jest szofer, mający w zanadrzu numer telefonu do samego Pana Boga; jest Owczy profesor, przez całe życie tęskniący za owcą, którą w młodości spotkał; jest Człowiek-Owca, jakby żywcem wyrwany z filmu Lyncha; jest w końcu Szczur. O tym nic nie mówię. Rozmowa ze Szczurem, to jest najlepszy moment w całej bibliografii Murakamiego!

No i jest ta tytułowa owca. Czym, lub kim ona jest? Tego Murakami tłumaczyć nie zamierza. Sceny spotkań z owcą są u niego tak naturalne, jakby opowiadał o minięciu się z sąsiadem na klatce schodowej. Już z okładki macha do nas cytat, opisujący spotkanie ze zwierzęciem: „Człowiek budzi się rano i wie, że ma w sobie owcę. To bardzo naturalne uczucie.” Pogoń za owcą, okaże się pogonią za swoją przeszłością, być może jakimś krokiem naprzód, któż to wie. Z pewnością jest to czas wielkich zmian.

I te sceny, w których pojawiają się ludzie, których owca już zostawiła. Zdruzgotanych i na zawsze tęskniących. Każdy z nich mówi, że mówienie o tym nie jest łatwe, często nawet niemożliwe. Bycie „bezowczym” to jest coś, co niesie się ze sobą do końca. Idzie się, i ma się w sobie dziurę w przerażająco określonym kształcie. Wiem jak to jest i wiem, że chyba każdy wie, jak to jest.

Czy owca z powieści była dobra, czy zła? Czy Twoja owca, która zostawiła po sobie puste miejsce, była dobra, czy zła?

Wszyscy jesteśmy zdruzgotani i na zawsze tęskniący.

Wasz Paweł M

_________________________________________________________________
Autorzy zdjęć i linki do ich galerii, w kolejności pojawienia się:

Tyler Lastovich: https://www.pexels.com/@lastly
Skitterphoto: https://www.pexels.com/@skitterphoto
Dana Geisser: https://www.pexels.com/@dana-geisser-259514

Załóż nowe ciało! Ekranizacje #1

Modyfikowany  węgiel to dopiero pierwszy tom trylogii – zatytułowanej Takeshi Kovacs – od imienia głównego bohatera. Książki napisane w latach 2002 -2005 wychodziły po polsku już raz, zaraz po brytyjskiej premierze, w wydawnictwie ISA, ale nie było łatwo zdobyć te stare tomy. Dlatego decyzja Maga o wykupieniu praw i wznowieniu cyklu ucieszyła, podejrzewam, wielu fanów sf.  Drugi tom Upadłe anioły ukazał się tydzień temu. Nie bez znaczenia dla popularności powieści Richarda Morgana jest oczywiście fakt, że Netflix na podstawie pierwszego tomu (i motywów zaczerpniętych z trzeciego) nakręcił 10-odcinkowy serial (na kanale od lutego 2018). Prawdopodobnie powstaną kolejne sezony. 

Książka

To oczywiście cyberpunk. Stechnologizowany świat XXVI wieku, w którym za sprawą umieszczanego  między kręgami szyjnymi małego dysku (stos), zawierającego ludzką świadomość, ciało staje się wymienialną powłoką. Reperkusje tego faktu są niezliczone, od podróży międzygwiezdnych, do nieśmiertelności. W pierwszym tomie poznamy odmienioną Ziemię. (W serialu zmieniono daty, wszystko dzieje się 200 lat wcześniej; jeden z tych zabiegów, które z pewnością miały jakąś przyczynę, ale jaką, trudno samemu wymyślić; jakby uznano że przeciętny widz poczuje się bardziej komfortowo gdy przyszłość będzie bliższa). Morgan nie ma ambicji wyciągać z faktu istnienia stosu wszelkich możliwych moralno-filozoficznych implikacji. I wcale nie oznacza to, że pokaże nam nieprzemyślane uniwersum. Poznamy te problemy, które dotyczą naszych bohaterów, a że z pewnością nie są oni przeciętni, dylematy też będą nieliche. Będą one jednak zawsze tylko tłem.

Można oczywiście pisać, za wikipedią, że jest to utwór dystopijny, choć ja bym zastrzegła, że mniej więcej w takim zakresie w jakim dystopijna może być, pod odpowiednim kątem ukazana, nasza współczesność. Niemniej zaspokoi oczekiwania tych czytelników, którzy lubią czarne proroctwa. Ja tam wolę karmić się nadziejami i pięknem futurystycznych wizji, i Modyfikowany węgiel daje mi ku temu niejedną okazję. 

Zatem przede wszystkim, od pierwszych stron, jest Modyfikowany węgiel dynamiczną powieścią akcji. Emisariusz Takeshi Kovacs, mężczyzna o japońsko-słowiańskim rodowodzie, jak wszyscy koloniści z planety Harlana, to agent do zadań specjalnych, wyjątkowy nawet w swoim świecie. Superbohater, który sprawnie posługuje się umysłem, ciałem i bronią. Wewnętrznie skomplikowany, ale z jasnym azymutem moralnym. Ma w sobie i coś z Jamesa Bonda, i z Philipa Marlowa. Rozwiąże na Ziemi zagadkę morderstwa, którego ofiara, nie tyko wciąż żyje, ale wręcz jest nieśmiertelna.

Jest to książka zbudowana na akcji i dialogu, czyta się więc Modyfikowany węgiel łatwo i szybko, raczej w dwa wieczory niż siedem. Dialogi tworzy Morgan błyskotliwe (co ciekawe choć przeniesiono na ekran całe frazy, nie udało się wykorzystać tego potencjału powieści), a sceny akcji są bardzo dobrze zbudowane. Dla mnie istotną cechą pisarstwa Morgana jest także fakt, że buduje silne charaktery kobiece, nie tylko towarzyszki męskich bohaterów (bo to znoszę tylko na ekranie). Na deser dostajemy erotykę, napisaną odważnie i sugestywnie.

Znakomicie się bawiłam czytając Morgana i zdecydowanie wielbicielom sf go polecam. Przyznaję też, że żadnych głębszych przemyśleń z lektury Modyfikowanego węgla nie wyniosłam. Co gorsze odpowiada mi ten stan rzeczy i mam nadzieję, że kolejne tomy też mnie do refleksji nie zmuszą.

Serial

Trochę inaczej było z serialem. Zapewne dlatego ulegam nieco plotkarskiej chęci podzielenia się luźnymi przemyśleniami. Spojlerów unikam.

Zacznę od tego, że obejrzałam zdecydowanie bez przykrości, choć chwilami z irytacją.

W stosunku do powieści pojawia się sporo zmian. Niektóre są bardzo dobre. Antropomorfizacja hotelowej SI pod postacią Edgara Alana Poe okazała się udanym zabiegiem (w książce to Hendrix – Jimi oczywiście- ale postać z białą gitarą pojawia się tylko raz i to na chwilę). Może dlatego, że Poe to jedna z najlepiej obsadzonych ról w serialu. Chris Conner jest i świetnie ucharakteryzowany, i naprawdę uroczy. Warto jednak pamiętać, że uczynienie ze sztucznych inteligencji ludzkich kopii, to olbrzymie i bajkowe uproszczenie. Podobało mi się wzbogacenie o dodatkowy rozbudowany wątek postaci Reileen Kawahary. Co interesujące – grająca ją Dichen Lachman idealnie odzwierciedla książkowy opis bohaterki.  Przynajmniej w moim wyobrażeniu trudno o lepszą „elfią twarz”.

Wiele rzeczy kogoś, kto polubił książkę może jednak drażnić. O ile powieści dystopią bym nie nazwała to serial niestety tak. Schematyczną i niedopuszczającą niedopowiedzeń. Pisałam już o niczym  nieuzasadnionym przesunięciu czasowym. Uproszczono charaktery postaci – gdy dobro i zło dzieli mur, nie da się bohaterów postawić pośrodku. Właściwie serialowy scenariusz każdy szczegół świata wyjaskrawia i podaje w formie zwalniającej widza z obowiązku samodzielnego myślenia, i to od pierwszej sceny – niepotrzebnie histerycznej reakcji Kovacsa na wybudzenie. Polityczne tło wydarzeń narysowane zostało z subtelnością kina klasy B. W rezultacie uniwersum Morgana odarto z całej tajemnicy. Dosłowność jest wrogiem każdej sztuki, ale przecież twórcom serialu nie o sztukę chodziło. Dodatkowo mroczna brutalność niektórych scen książki w serialu zostaje przesunięta w akceptowalne, choćby nie wiem jak okrutne i obrzydliwe regiony (tygrys na talerzu sprawdziłby się w filmie artystycznym – u Bunuela czy Passoliniego – tu był niesmaczny do granic mojej wytrzymałości). Jest to dziwny zabieg. To nie tylko wartościowanie niewartościowalnego – serial pokazuje to, co się sprzeda widzowi, może też to, co mniej ograniczy odpływ bardzo młodych widzów, czyli wybiera atrakcyjniejsze formy okrucieństwa. Nie podważam właściwie celowości akurat tych zabiegów, drażniła mnie ich świadomość.

Produkcja sprawia wrażenie taniej. Nie wiem jak się to wrażenie ma do konkretnych liczb. Ale scenografia jest uboga, niektóre komputerowe krajobrazy piękne, jak na przykład  „Głowa w Chmurach”, ale już wnętrzom, ulicom, wszystkim zdjęciom „studyjnym” brakuje rozmachu. Nie wnoszą też nic nowego do estetyki cyberpunka. Nie rażą nieudolnością, ale trudno przegapić ich wtórność (wzorcem jest niewątpliwie pierwszy Balde Runner). Najlepszym elementem scenografii są kostiumy.

Oddzielny akapit poświęcę postaci Miriam Bancroft i myślę że wszyscy, którzy obejrzeli ten serial po przeczytaniu książki, zrozumieją moją potrzebę. Pomijając nawet wyobrażenie uwodzicielskości narzucane nam przez  twórcę konceptu, że zawsze musi być widać piersi – a przecież jest to koncept, który budzi pewne wątpliwości – jest to postać, która choć robi mniej więcej to samo, co Miriam książkowa, całkowicie odbiega od tamtego wizerunku. I właściwie nie jest to wina charyzmatycznej aktorki (Kristin Lehman). Odnosi się raczej wrażenie, że producent serialu całkiem zerwał z pomysłem, że Miriam ma być ideałem (choć tekst, że jej powłoka jest dziełem sztuki i tak się pojawia). Postacią, która epatuje seksualnością,  niedopuszczającą obojętności. Nie wiem tylko dlaczego doszło do tej rozbieżności. Bo fabuła wyraźnie na tym traci. Cóż. Bogaci mają być jednoznacznie źli i grzeszni, a widz nie powinien nawet na chwilę zapomnieć, że Miriam Bancroft ma grubo ponad 100 lat (to także zmiana w stosunku do powieści, w której Matuzalemowie są jeszcze starsi). Kompletnie przenicowano także wątek neokatolicyzmu (spowiadająca się Ortega!). Kontrowersja dusza – ciało jest dla twórców serialu wyjątkowo średniowieczną i oczywistą opozycją. W powieści Morgan dużo subtelniej i całkowicie inaczej wtrąca się w ten dylemat.

Ogólnie serial został niestety zagrany przeciętnie. Z dużych fantastycznych projektów ostatnich lat najbardziej tematycznie przypomina  Westworld – i niestety nie ma na tu nawet ułamka kunsztu aktorskiego z tamtej produkcji. Jedynym aktorem Modyfikowanego węgla, który potrafi grać niuanse jest James Purefoy – i tylko sceny z jego udziałem potrafią wyzwolić w widzu podziw – na przykład w bardzo dobrej, nowej w stosunku do powieści, scenie z zarażonymi. Na szczęście Takeshi Kovacs został obsadzony nieźle. Joel Kinnaman wygląda świetnie (naprawdę dziewczyny, miło popatrzeć!) i wydaje się stworzony do roli ponurego, szlachetnego detektywa z przeszłością. Zresztą aktorsko Kinnaman także sobie radzi, wychodzi obronną ręką nawet z durnych scen. Gorzej z  Ortegą, okrojoną w stosunku do książki z charakteru i na ekranie fatalnie, niekonsekwentnie egzaltowaną (Martha Higareda).

Niemniej jak już pisałam oglądałam ten serial bez przykrości i kolejne sezony także obejrzę. Po pierwsze to w końcu cyberpunk. Po drugie po najsłabszych trzech pierwszych odcinkach, serial poprawia się. Po trzecie każdy lubi jakiś rodzaj kiczu 🙂

I tym spostrzeżeniem, wcale niekoniecznie prawdziwym, kończę.

Agnieszka Ardanowska

Małe Litery / Życie bez smokingu / Hrabal

Czytam właśnie Hrabala. Skończyłem Życie bez smokingu i leżę na łopatkach. To jest mała literatura i zaglądanie w małe życia, nad którymi świat nawet się nie zatrzymuje, o których wiedzieć i pamiętać nie chce. Chce się toczyć gdzieś tam do góry, wśród tych ważnych, mądrych i wielkich.

A my idziemy za nim i wciąż marzymy o tamtym życiu, życiu jak z reklamy, w którym wszystko się zgadza i wszystko pasuje. W którym nosimy najlepsze ubrania, spotykamy najpiękniejsze kobiety, najlepiej w świecie gramy na gitarze i czytamy 52 książki rocznie. Chcemy żyć tym życiem na szczycie, równie odległym (albo i dalszym), jak życie pozagrobowe. Tymczasem prawdziwe życie jest tutaj. Prawdziwe życie to jest małe życie i Hrabal dobrze o tym wie i nam to podpowiada. Może pora już skończyć się bawić w te pozy, w to strojenie min, udawanie i niespełnione gonitwy.

Dzieci Boże, pierwsze opowiadanie w zbiorze, to kilka krótkich opowieści z rodzinnego Nymburka. Wspomnienia o małych, zamieszkujących miasto postaciach, którymi nikt przy zdrowych zmysłach by się nie zachwycił; ludziach skrzywionych przez nędzę, chorobę, nieszczęście, niepełnosprawność… Śmierdzących, brudnych, nienormalnych i pozbawionych piątej klepki. Ale Hrabal patrzy na nich ze szczerym zachwytem, czułością i miłością; i pisze o nich, jakby pisał o świętych, klei szaleńcze hagiografie, ratuje od zapomnienia tych, o których nie pamiętano już za ich życia. Ale to właśnie dla nich otwiera się niebo, to właśnie do nich wyciąga się biała, święta ręka i zabiera w obłoki.

Tytułowy tekst to opowieść o upokorzeniu i wstydzie. O zepsutych wydarzeniach w życiu i o tym, że z naszymi ułomnościami żyć można, a nawet trzeba dalej. Pocieszająca w tej dziedzinie jest myśl Herberta, że „las jest jednym z wielu lasów”, każdy niesie swoje wstydy i nie jest w tym osamotniony. Może właśnie z tego zrozumienia płynie ten Hrabalowy zachwyt nad wszystkim co niedoskonałe i zniszczone? Zachwyt nad Kamieniem Odrzuconym. W Mojej Libni, ekscytuje się autor swoją starą dzielnicą właśnie przez to, że ta jest opustoszała i ulega rozkładowi. Płynące z nurtem rzeczki śmieci, są mu powodem nie tylko do fascynacji ale i zdziwienia: dlaczego nie fascynuje to innych? I tak samo zachwyca się Hrabal nad tym małym życiem, przed którym przecież wszyscy uciekają, bo liczy się tylko to, co wielkie i tylko to, co na górze.

Ciekawym jest umieszczenie między kolejnymi opowieściami tekstu o Vladimirze Boudniku, swego rodzaju uzupełnienia do Czułego Barbarzyńcy (proszę nie czytać opowiadania Dandys w drelichu przed przeczytaniem Barbarzyńcy!). Ale i Vladimir był w końcu niekompletny, niezrozumiany i często nieszczęśliwy. Dzielił z Hrabalem ten jego zachwyt nad codziennością, rozkładem i brudem, on także zaglądał w miejsca, od których inni odwracali wzrok. Zatem chyba nic dziwnego, że i jego wspomina Hrabal w tym tomie poświęconym małości, błahości i złamanym życiom.

Literatura Hrabala, ta mała literatura, jest swego rodzaju oczyszczeniem i pocieszeniem, poklepaniem po plecach – dokładnie tym, czym powinna być. Hrabal odkrywa przed nami prawdę: małe życie nie jest powodem do wstydu, śmieszną (bo trudną i często bezowocną) może być natomiast pogoń za życiem wielkim. Tymczasem osiem błogosławieństw jest tam na dole, wśród ubogich, cichych, prześladowanych i płaczących; nie ma co ich szukać na górze.

Wasz Paweł M

Autorka zdjęcia głównego to Kat Smith. Więcej jej zdjęć tutaj: https://www.pexels.com/@katlovessteve

Lektury uzupełniające #18 Zaklęta Bruksela

książka: Bruksela noir; autor: antologia pod redakcją Michele Dufranne’a

„Bruksela Noir” to jedna z pozycji wielotomowego cyklu, wydawanego od lat przez nowojorskie wydawnictwo Akashic Books, a w Polsce przez warszawskie Claroscuro. Miasta świata zostają nam przedstawione przez różnorodnych autorów w opowiadaniach  w klimacie noir – przy czym co owo noir znaczy – zmienia się dość mocno w każdym tomie. Te miejskie antologie nie zastąpią nam przewodników, ale specyfikę danego miejsca wykażą od nich dużo wyraźniej.  I właśnie odmienność każdej książki jest najbardziej interesującą cechą projektu. Zapewne można by się spierać, czy na różnice bardziej wpływa osoba tom redagująca, czy charakter miasta, ja jednak sądzę, że Czarne Miasta całkiem nieźle udowadniają, że są czymś więcej niż wspólnotą miejsca, architektury i mieszkańców. (Literacko w przeważającej części słaba „Wenecja noir” zostawiła mnie na przykład z frapującym pytaniem, o to czym jest tożsamość miasta i trochę straszną a trochę piękną sugestią, że miasto bez mieszkańców może tej tożsamości nie tracić.)

Z każdym tomem serii  obracamy się oczywiście w klimatach mniej więcej kryminalnych, wykreowanych przez twórców z danym miastem związanych.

Redaktorem tomu brukselskiego jest Michele Dufranne („specjalista od dzieł w złym guście”) i już jego wstęp zapowiada książkę bardzo dobrą. Otwiera przed nami Brukselę kosmopolityczną, wielojęzyczną, wielkomiejską i wiejską, flamandzką i frankofońska, intelektualną i drobnomieszczańską, zawsze rozbawioną i wiecznie pełną obaw. Przez miasto poprowadzi nas brawurowo trzynastu pisarzy, wszyscy na stałe mieszkający w stolicy zjednoczonej Europy.

Zasadą serii jest krótkie przedstawienie autorów w notkach biograficznych – bo często są to twórcy nieznani szerzej na wodach międzynarodowych i poza swoim krajem rzadko wydawani.

Kilka cech tomu brukselskiego jest bardzo wyraźnych. Po pierwsze autorzy swobodnie i z wielką inwencją potraktowali owo „noir”. Da się je oczywiście przypisać do każdego opowiadania, czy to będzie ponura postapokaliptyczna sf, sowizdrzalskie marzenie senne brukselczyka, ciężka społeczna proza antyrasistowska, czy filozoficzna przypowieść oparta na tezach René Girarda. To szaleństwo tematyczne kupiło mnie całkowicie. Jest w nim wolność, szczerość i brak respektu dla utartych ścieżek.

Po drugie choć jest tu kilka tekstów głęboko smutnych (ze świetnym, przygnębiającym „Ekwadorem” Alfreda Noriegi na czele) to i tak większość opiera się na jakimś rodzaju poczucia humoru: kpiąca z drobnomieszczańskiej mentalności „Papuga” Barbary Abel, obłąkańcza (i znakomita) „Inna wojna Marolle” Sary Doke, szydercze, zawsze aktualne i okrutne w swej lakoniczności (bardzo charakterystyczny, ostry sposób pisania) „W cieniu wieży” Emilie de Béco, uroczy i zabawny „Pszczelarz” Jean-Luca Cornetta, błazeński Patrick Delperdange w opowiadaniu o bardzo długim tytule, będącym chyba przysłowiem. Trzecia cecha była uderzająca zwłaszcza w porównaniu z „Wenecją noir”  – „Bruksela” jest bardzo społeczna -tu wszyscy bohaterowie, nawet najsmutniejszych tekstów, istnieją w związkach międzyludzkich: przyjaźniach, miłościach, wspólnotach (choćby barowych). W „Wenecji” każdy był paskudnie oddzielny.

Fascynujący jest kosmopolityzm miasta (i w tym pomieszaniu jest jakiś radosny, nie do końca uchwytny element – ten sam który przyprawia o zawrót głowy w „Innej wojnie Marolle”). Obecny zarówno w konkretach: bohaterami będą tu czarny Ekwadorczyk, belgijski Turek, koreańska studentka, udający Żyda Libańczyk, francuska trzpiotka, belgijski król i angolska krawcowa, jak i w pełnej absorpcji przez autorów tematów, które ich fascynują – Piotruś Pan staje się tu całkowicie brukselskim Londyńczykiem i sprawdzałam, czy Girard nie urodził sie przypadkiem w Belgii (nie).

Nie mam wątpliwości co do faktu, że opowiadania w tomie są znakomite (Doke, de Béco,  Görgün, Zamora -to autorzy , których chętnie poczytałabym więcej, ale ktoś inny mógłby sobie stworzyć całkiem inny zestaw nazwisk). Trzy z opowiadań spokojnie odnalazłyby się w antologii fantastyki (dwa inne w tę stronę dryfują). Są tu teksty „lokalne” odnoszące sie do prawdziwych zbrodni i wydarzeń belgijskiego życia publicznego, ale i tak ewidentnie czuć jak bardzo Bruksela jest połączona z i istnieje w świecie. Co prawda na lotnisku kończy się tylko najsmutniejsze z opowiadań, ale najbardziej romantyczne właściwie całe rozgrywa w pociągu.

No zdecydowanie muszę tę Brukselę zobaczyć.

Agnieszka Ardanowska

U góry Siusiający chłopiec, figurka-fontanna, symbol Brukseli, autor zdjęcia: Pbrundel, za wikimedia commons

Skrzydła nad wodą / Pamiątki z pożaru Itaki #8 / Herbert

Zbigniew Herbert, Dedal i Ikar.

Mówi Dedal:
Idź synku naprzód a pamiętaj że idziesz a nie latasz
skrzydła są tylko ozdobą a ty stąpasz po łące
ten podmuch ciepły to parna ziemia lata
a tamten zimny to strumień
niebo jest takie pełne liści i małych zwierząt
Mówi Ikar:
Oczy jak dwa kamienie wracają prosto do ziemi
i widzą rolnika który odwala tłuste skiby
robaka który wije się w bruździe
zły robak który przecina związek rośliny z ziemią
Mówi Dedal:
Synku to nie jest prawda Wszechświat jest tylko światłem
a ziemia jest misą cieni Patrz tutaj grają kolory
pył się unosi znad morza dymy idą ku niebu
z najszlachetniejszych atomów układa się teraz tęcza
Mówi Ikar:
Ramiona bolą ojcze od tego bicia w próżnię
nogi drętwieją i tęsknią do kolców i ostrych kamieni
nie mogę patrzeć się w słońce tak jak ty patrzysz się ojcze
ja zatopiony cały w ciemnych promieniach ziemi
Opis katastrofy
Teraz Ikar głową w dół upada
ostatni obraz po nim to widok dziecinnie małej pięty
którą połyka żarłoczne morze
W górze ojciec wykrzykuje imię
które nie należy ani do szyi ani do głowy
tylko do wspomnienia
Komentarz
Był taki młody nie rozumiał że skrzydła są tylko przenośnią
trochę wosku i piór i pogarda dla spraw grawitacji
nie mogą utrzymać ciała na wysokości wielu stóp
Istota rzeczy jest w tym aby nasze serca
które toczy ciężka krew
napełniły się powietrzem
i tego właśnie Ikar nie chciał przyjąć
módlmy się

Skrzydła są tylko ozdobą”, powiada Dedal do syna. Komentator katastrofy mówi zaś: „były tylko przenośnią”.

Inżynier Dedal pragnął wrócić do ojczyzny; wrócić po oszałamiającym sukcesie zawodowym, jakim okazał się słynny labirynt. Dowiódł praktycznej wyobraźni i technicznego kunsztu, rozwiązując problem wagi państwowej. Mogłoby się wydawać, że opromieniony sławą wróci do rodzinnego kraju z laurowym wieńcem, a podziw obrodzi zyskami. Tak wygląda powierzchnia opowieści: lekka różowa mgła wijąca się nad Morzem Ikaryjskim.

Tymczasem biografowie Dedala wiedzą, co kryje się za oficjalnym podaniem. Talos był jego siostrzeńcem, który od drugiego roku życia przetapiał codzienne odkrycia na wynalazki. Wuj nie od razu zauważył, z jakim talentem ma do czynienia. Talos uczył się bowiem sam, odbywając długie wędrówki po gęstych lasach i skalistych górach, opuszczając rodziców, którzy opuszczali i jego. Kiedy stał się młodym mężczyzną, podjął pracę nad łukiem, który przewyższał łuk Artemidy precyzją lotu strzały. Łuk miał też zupełnie inne zastosowanie, o którym nikt poza konstruktorem nie wiedział. Najsłynniejszy wynalazek Talosa był echem dziwnego zdarzenia. Chłopiec natknął się na martwego węża, który połknął łanię. Rozciął ciało gada i zwrócił uwagę na budowę jego szczęki. Zaczął gromadzić materiały potrzebne do skonstruowania piły.

Dedal próbował skłonić siostrzeńca do nauki w swojej pracowni. Obiecał mu sowite wynagrodzenie – swego rodzaju stypendium naukowe – oraz posadę asystenta przy ważnym zleceniu. Talos kilka razy odwiedził pracownię wuja w jednej z grot nieopodal Aten. Dedal czujnie przyglądał się pracy rąk młodzieńca, widział krople ciepła na jego czole i ciemny blask dużych oczu. Pewnego dnia inżynier przeraził się. Zobaczył coś, co wprawiło go w obłędny, paraliżujący lęk. Kiedy zapadła noc, pod pretekstem spaceru przyprowadził siostrzeńca na szczyt Akropolu i zepchnął go w przepaść. Rozżarzony, z pianą w oczach i lawą w zębach, wydał długi okrzyk i rzucił się przed siebie, opuszczając Ateny, krainę swego dzieciństwa i dorosłości. Odtąd zaczął nowe życie. Zatrudnił go król Krety, a jego syn nauczył się chodzić.

Ikar rzadko widywał ojca. Dorastał szybko. Zajmował się pracami gospodarskimi, hodował kozy i grał na fletni. Dedal odetchnął z ulgą. Nie rozmawiał z Ikarem o swojej przeszłości i nie pytał go, co myśli o swojej przyszłości. Wszystko zmienił labirynt. Ikar nie cieszył się z sukcesu ojca, był milczący, jeszcze bardziej w sobie zamknięty. Dedal potajemnie pracował nad skrzydłami i pewnego dnia zaproponował synowi wspólną ucieczkę.

Ikar od początku leciał nisko i niezdarnie. Dedal wznosił się za nim. Nie ostrzegał; czekał. Ospałość Ikara Zbigniew Herbert tłumaczy nielotną miłością ziemi:

Ramiona bolą ojcze od tego bicia w próżnię
nogi drętwieją i tęsknią do kolców i ostrych kamieni
nie mogę patrzeć się w słońce tak jak ty patrzysz się ojcze
ja zatopiony cały w ciemnych promieniach ziemi

Tymczasem Ikar wprawdzie poruszał od czasu do czasu ustami, ale nie wypowiadał ani słowa. Nie oglądał się na ojca. Co jakiś czas zwalniał i patrzył na krajobraz pod sobą.

Nagle nastąpił skok w przepaść. Dedal poczuł ten sam lęk, wykrzyczał imię, ale Ikar spadał szybko i godnie jak kolumna.

Istota rzeczy jest w tym aby nasze serca
które toczy ciężka krew
napełniły się powietrzem
i tego właśnie Ikar nie chciał przyjąć

Istota rzeczy tkwi w tym, że dziewczyna, w której zakochał się Ikar, była morską nimfą. Nie chciała być z nim na ziemi. Jeśli powietrze wypełniało jej serce, Ikar nie zginął w morzu.

Ale tego biografowie nie mogą wiedzieć.

Mersault

Reinterpretacje #2 / Arthur Schnitzler / Powrót Casanovy

To bodajże u Lema wyczytałem pochwałę Arthura Schnitzlera. Ten zmarły blisko sto lat temu wiedeński prozaik i dramaturg byłby dziś zapewne całkowicie zapomniany, gdyby nie szczególne upodobanie filmowców do jego twórczości. Najsłynniejszą ekranizacją są oczywiście „Oczy szeroko zamknięte” Kubricka, a i sam „Powrót Casanovy” został sfilmowany dwukrotnie, w tym w 1992 roku z Alainem Delonem w roli podstarzałego uwodziciela.

Zainteresowanie Schnitzlera tą archetypiczną postacią można zapewne przypisać jego znajomości z Sigmundem Freudem, choć równie dobrze może ono wynikać z uniwersalnej nośności charakterów w typie Casanovy czy Don Juana. Niedawno pisałem przecież o swobodnej interpretacji dziejów tego drugiego spod pióra Ferenca Karinthyego. Związków między obydwoma kawalerami jest więcej, bo Casanova sam przyczynił się do utrwalenia legendy Don Juana, pomagając przy pisaniu libretta do „Don Giovanniego” Mozarta.

Trzeba podkreślić, że sama metoda artystyczna sytuuje Schnitzlera daleko od rozbuchanego Karinthyego juniora. Austriacki pisarz oddaje uniesienia duszy stylem precyzyjnym i ostrym jak brzytwa. Ta oszczędność ujawnia się nawet w opisach. Schnitzler po prostu nie potrafi pisać zbędnych słów. Co ciekawe, to naprawdę działa. Krótki ustęp, jak na przykład opis wędrówki po ogrodzie klasztornym, dzięki właściwemu a nawet koniecznemu doborowi wyrazów, kreuje atmosferę lepiej, niż uczyniłoby to kilka stron wypełnionych po brzegi kwiecistymi opisami.

Niechybnie to właśnie ze względu na tę niesamowitą precyzję pisał Schnitzler rzeczy krótkie. Jego dorobek prozatorski jest mniej obszerny od dramaturgicznego i składa się przede wszystkim z nowel oraz opowiadań. „Powrót Casanovy” bez trudu można by rozdąć choćby trzykrotnie, ale straciłby on wówczas charakterystyczną dla autora siłę wyrazu.

W „Powrocie” silnie pobrzmiewają echa filozofii Nietzschego: Casanova, żywe uosobienie dionizyjskości, dzięki „ogromnej sile swej nieśmiertelnej natury”, czyli wielkiej woli mocy, usiłuje wykroczyć poza normy moralne, a nawet prawa natury, by ziścić w sobie ideał nadczłowieka, dokonać aktu transcendencji egzystencjalnej.

Musi polec, co jednak nie czyni jego próby ani mniej piękną, ani mniej przerażającą.

utracjusz

Lektury uzupełniające #17 Civis Romanus sum

książka: SPQR; autor: Mary Beard

Mary Beard jest filologiem klasycznym, profesorem Cambridge, uznanym akademikiem i wykładowcą, autorką bestsellerowych książek. Przygotowuje również filmy historyczne dla BBC – obecnie na ekranie Cywilizacje – nowa wersja popularnego serialu dokumentalnego z 1969 roku. Wypowiada się się publicznie na aktualne tematy z życia społeczno-politycznego, od wielu lat prowadzi popularnego bloga, na jej widok uczennice piszczą i pstrykają fotki, a na londyńskiej ulicy można zobaczyć t-shirty z napisem „Kiedy dorosnę chcę być Brodą Mary”. Jednym słowem Mary Beard jest celebrytką. (Przykładem kontrowersji w jakie włącza się w publicznej debacie jest choćby świadome głosowanie – klasyczka opowiadała się jako zwolenniczka ponownego referendum w sprawie wystąpienia WB z Unii; zasłynęła też z rzeczowych i zdecydowanych odpowiedzi na liczne protesty obrońców jedynego słusznego wizerunku Imperium Rzymskiego, jakie przetoczyły się w brytyjskich mediach i sieci, gdy w animowanym serialu BBC pojawił się -o tempora, o mores! – czarny rzymski legionista.)

Sława Mary Beard (bo uznanym naukowcem była już wcześniej) chyba zaczęła się z Pompejami. Wydane po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii w 2008 roku, w Polsce ukazały się już w 2010 (wydawnictwo Rebis) i doczekały dwóch wznowień. Jest w Pompejach wszystko co w Mary Beard najlepsze. Po pierwsze, warto to zaznaczyć bo nasze oczekiwania wobec literatury popularnonaukowej często nie obejmują (niesłusznie) tego elementu, to po prostu świetnie napisana, pasjonująca opowieść. Nie trzeba wybierać się do Pompejów (choć w moim przypadku, i sądzę że nie jestem wyjątkiem, lektura stała się motorem do pokonania prawdziwych i wyimaginowanych przeszkód i odbycia podróży), nie trzeba też -tak mi się wydaje -specjalnie lubić historii.  Beard opowiada ze swadą i talentem i w rezultacie jej książki czyta się jak beletrystykę, z wypiekami i wzruszeniami. Zostajemy zarażeni pasją odkrywania starożytności. Brytyjskiej naukowiec udaje się to osiągnąć, choć niczego nie upraszcza, nie stosuje tanich sztuczek, nie ulega pokusom anachronizmów.

Przeszłość u Mary Beard nigdy nie jest zbiorem dat, wielkich nazwisk, podbojów i granic. Jest czymś jednocześnie nieosiągalnym – poznajemy interpretacje i drogi, które do nich prowadzą, ale Mary Beard bardzo rzadko oferuje nam pewność i bardzo bliskim – Beard skupia się na tym, co nas ze starożytnością łączy. W przypadku Partenonu i Pompejów widać to zresztą po tematach – obie książki można traktować jako przewodniki (moim zdaniem fenomenalne), ale dużo szersze tematycznie SPQR – także jest swoistym zbiorem miejsc, architektury,  rzeźb, inskrypcji, które warto zobaczyć.  Niemniej  pomosty łączące nas z antykiem nie zawsze są natury materialnej, szczególnie dużo Mary Beard znajduje ich w strefie języka: dlatego w SPQR, książce w stosunku do omawianego przedziału czasowego, objętościowo skromnej, zmieści się tak wiele komentarzy do językowych pozostałości: od etymologii słowa kandydat (candidatus -odziany na biało – od śnieżnobiałych tóg kandydujących do stanowisk urzędniczych Rzymian, noszonych publicznie w trakcie kampanii) poprzez „I ty Brutusie„; kości , które zostały rzucone; pyrrusowe  zwycięstwo (kręte ścieżki autoironii), Cyncynata – symbolu bezinteresownej postawy obywatelskiej; „Carthago delenda est” Katona Starszego; czy najsłynniejsze fragmenty z mów Cycerona (o tempora! o mores!;  Quo usque tandem abutere, Catilina – jako że Statek jest apolityczny, nie wstawię tu współczesnego nazwiska – patientia nostra? -jak długo jeszcze będziesz, Katylino, nadużywać naszej cierpliwości?). I przepraszam, za niezachowanie w tej wyliczance chronologii.

Jest to historia Rzymu opowiedziana od początków: mitów założycielskich -Romulusa i Remusa i słynnego roku 753 p.n. e. (co ciekawe, w świetle najnowszych badań, Rzym a właściwie osady, które istniały na wzgórzach nad Tybrem przed Rzymem stają się coraz starsze) i porwania Sabinek –  do roku 212 n.e. Ta ostatnia nietypowa cezura to rok, w którym cesarz Karakalla nadał obywatelstwo rzymskie wszystkim wolnym mieszkańcom Imperium. Książka na niespełna 500 stronach (plus przypisy) obejmuje więc okres królewski, Rzym republikański i 200 lat Rzymu cesarskiego (cesarzy 14 plus 3 efemerycznych). Tytuł – SPQR (Senatus Populsque Romanus -Senat i Lud Rzymski – wskazuje też od razu na główny profil tomu, którym jest opowieść o rzymskim społeczeństwie. Mary Beard stara się odtworzyć jak najwięcej z jego złożoności,  trosk i codzienności.

Beard ma talent do znakomitych porównań, wyłuskiwania tego, co trafia do wyobraźni. Gdy przytacza epitafium nagrobne Lucjusza Korneliusza Sulli, które dyktator sam dla siebie obmyślił: „Nikomu, kto wyrządził mi zło, nie pozostałem w najmniejszym stopniu dłużny”, trudno nie mieć wrażenia, że oddaje sedno osobowości autora niesławnych proskrypcji (list senatorów opozycji skazanych na śmierć). Jej podejście do źródeł historycznych celnie ilustrują słowa o spisku Katyliny, poznawanego przede wszystkim z pism adwersarza – Cycerona: „Ujmując rzecz brutalnie, podstawowym pytaniem, jakie powinniśmy zadać, jest nie, czy Cyceron wyolbrzymił szkodliwość spisku, ale w jakim stopniu.” Wskazówką co do „beardowego” ujmowania przeszłości mogłaby być też autorska uwaga w przypisie do rozdziału VII: „zwróćcie uwagę, że określam Pompejusza, Cezara i Krassusa jako „bandę trzech”, choć powszechniej znani są dziś pod myląco oficjalnym tytułem „pierwszego triumwiratu””(podkreślenie moje).

Beard fenomenalnie utrzymuje równowagę między ciekawostką a płynną narracją historyczną. Znakomicie i często odkrywczo podsumowuje różnorodne zjawiska rzymskiego świata. (O schyłkowych dziesięcioleciach Republiki: trzeba pamiętać o „nadzwyczaj cienkiej granicy między normalnym miejskim życiem -bywaniem w teatrze, bawieniem się występami komików – a krwawą masakrą.” O powstaniu cesarstwa: „to imperium stworzyło cesarzy  – a nie na odwrót.). SPQR nie ma słabszych fragmentów. Po kilkuset stronach opowieści odczuwamy niedosyt, ale nie jest on spowodowany źle utkaną narracją, tylko naszą rozbudzoną ciekawością. (Czytając SPQR zdałam sobie sprawę, że za krótka wydawała mi się każda książka klasyczki).

Na koniec kilka ilustracji – w książce także jest ich sporo.

800px-einblick_panorama_pantheon_rom

Bardzo ciekawe są rozważania o religii starożytnego Rzymu, która „skupiała się głównie na należytym odprawianiu rytuałów”„Rzymianie wiedzieli, że bogowie istnieją, nie wierzyli  w nich w zinternalizowanym sensie znanym z większości religii współczesnego świata.”  Nie był to z pewnością żaden zbiór zasad etycznych. (W ubiegłym roku wyszła po polsku monografia z 1998 roku, której Mary Beard jest współautorem „Religie Rzymu”. Piękną ilustracją dla wielu rozważań Mary Beard, w tym tych o religii -wspaniała scena z rzucająca klątwę Serwillą, matką Brutusa – może być też serial Rzym (2005-2007) – rusza ponownie na HBO w kwietniu). A na fotografii oczywiście Panteon, zachowana w całości, imponująca świątynia rzymska, w centrum współczesnego Rzymu – przetrwała adaptowana na świątynię katolicką, dziś stanowi grobowiec wielkich postaci.

640px-the_rape_of_the_sabine_women

 

O Rzymie okresu królewskiego – w legendarnych datach: od założenia miasta 753 p.n.e. do obalenia Tarkwiniusza i pierwszych konsulów w 509 roku – Mary Beard pisze tak : „mamy tu rywalizujące ze sobą bandy, wędrujących z miejsca na miejsce wodzów, osobistą lojalność, zmienne tożsamości(…)”  Tu porwanie Sabinek w jednej z dwóch wersji Nicolasa Poussin z 1633 roku. Obraz wisi w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.

369px-part_of_tabula_peutingeriana

W epoce republikańskich podbojów półwyspu niezwykle ciekawe są rozważania geograficzne, uzmysławiające nam jak bardzo dzisiejsze pojęcia, którymi zazwyczaj opisujemy historię odbiegają od tego czego doświadczali ówcześni ludzie. Wygodnie jest mierzyć rzymską potęgę w Italii w kategoriach obszaru geograficznego, jednak rzymska dominacja dotyczyła przede wszystkim ludzi nie miejsc -pisze Beard. Podkreśla, że jest to era „prekartograficzna„, mało który Rzymianin uzmysławiał sobie, że żyje na półwyspie, zalążki tej koncepcji pochodzą dopiero z drugiego wieku p.n. e. kiedy to w literaturze pojawiają się wzmianki o Morzu Górnym (Adriatyku) i Dolnym (Tyrreńskim) – choć warto uzmysłowić sobie to kompletnie odmienne od dzisiejszego zorientowanie góra -dół (wschód -zachód).  I to wszystko w epoce ciągłych podbojów, „wojny jako głównej organizującej zasady historii”, czasach gdy w legionach służyło „od 10 do 25 procent rzymskiej populacji dorosłych mężczyzn, odsetek większy niż w jakimkolwiek przedindustrialnym państwie i, jeśli przyjąć wyższą wartość, porównywalny ze wskaźnikiem powołań z I wojny światowej”. Na rysunku najbardziej znana rzymska mapa – czy raczej schemat dróg, z IV wieku naszej ery, (do dziś przetrwała w późniejszych kopiach): Tabula Peutingeriana (u góry fragment) – całość w zwoju

320px-extends_of_the_tabula_peutingeria

ma prawie 7 metrów długości, znajduje się w Austriackiej Bibliotece Narodowej w Wiedniu – być może jej twórca opierał się na mapie przygotowanej jeszcze przez Marka Agrypę, przyjaciela Oktawiana Augusta.

*wszystkie zdjęcia za wikimedia commons. Mary Beard sfotografował Tristan Ferne; panoramę wnętrza Panteon Stefan Bauer

Agnieszka Ardanowska