Świadectwo niezłomności / Márai

Pierwszy tom „Dziennika”, obejmujący lata 1943-48, to nie tylko wybór zapisków pisarza; to również fragmenty dziennika, jaki pisałyby Węgry, i jaki pisałaby Europa. Losy Máraiego, jak losy wielu innych intelektualistów urodzonych na przełomie XIX i XX wieku, nieodwołalnie związane były bowiem z burzliwymi losami kontynentu. I mimo wspólnych mianowników, każda z tych historii posiada silny, odrębny rys, szczególnie wyraźnie zaznaczający się w osobistej, moralnej reakcji w zderzeniu z wielkimi narracjami dziejowymi. Postawa Máraiego była zaś konsekwentnie nieprzejednana, a sam zapis zmagań pisarza, łączącego talent z wykształceniem na wyżynach niedostępnych zdecydowanej większości adeptów tego rzemiosła, jest szczególnie cenny.

A rzemiosło to szczególne. Propaguje Márai szczególną odmianę mesjanizmu, w myśl której – parafrazując słowa wieszcza – to pisarze mieliby zostać Chrystusem narodów. Kładzie nacisk nie tylko na samotność artysty, ale i na jego wyjątkową odpowiedzialność. Pisarz – to nie tylko zawód, to również powołanie, a na to miano zasługują bardzo nieliczni. Pozostałych nazywa to literatami, to „uzdolnionymi ludźmi”, wynajdując mnóstwo eufemizmów, byle tylko nie przyznać im tego zasadniczego tytułu, na który trzeba zasłużyć – i na który zasłużyć jest bardzo trudno.

Co ciekawe, głosząc bardzo powszechną tezę o konieczności ciężkiej pracy na poletku literatury, nie odżegnuje się wcale Márai od znacznie mniej popularnego twierdzenia o istnieniu mitycznego stwora zwanego natchnieniem:
Wiersze, znowu wiersze. Dźwięczą mi w uszach, nachodzą mnie. Ktoś coś do mnie mówi z bardzo daleka. Drżącą ręką, z oczami pełnymi łez zapisuję, co do mnie mówi. Tak rodzi się wiersz.

Pisarstwo jest przede wszystkim wejrzeniem w siebie, we własną duszę. I w końcu należy powiedzieć, że nie jest to bynajmniej zajęcie dla każdego, zaś w poglądach na to, kiedy należy zacząć pisać, jest Márai zgodny z Jerzym Stempowskim:
Zapisujmy wszystko, każdy pomysł, okruch, bo nikt nie jest tak zapominalski jak człowiek myślący. Ale nie spieszmy się tworzyć dzieła z samego tylko pomysłu, póki nie nadejdzie odpowiednia pora. Dajmy pomysłowi czas inkubacji, a potem jeszcze czas dojrzewania, przeprowadźmy próby obciążenia go rzeczywistością. Jeśli wszystko to wytrzyma, jeśli się nam nie opatrzy, jeśli znamy go w każdym calu, aż do znudzenia, a jednak nas nie zanudzi… wówczas – ale nie wcześniej – trzeba zacząć pisać.

Pisarstwo mieści się jednak w szerszym kontekście: w kontekście kulturalnym. I tutaj znowu dochodzi Márai do konstatacji, którą dzieliło z nim wielu wybitnych twórców: to kultura jest filarem, na którym opiera się ład społeczny i szacunek dla niezbywalnych wartości. Zaniedbanie kultury na skalę narodową doprowadziło do moralnej degradacji narodu węgierskiego i jego służalczej postawy wobec kolejnych mocarstw, a zaniedbanie jej na skalę kontynentalną do masowych konfliktów, społecznych i zbrojnych, skutkujących milionami ofiar.

Ten lament nad upadkiem kultury i moralności przypomina może trochę niektóre piosenki, których refren wybrzmiewa zbyt wiele razy. Márai nie zniechęca się jednak tym, że powiela tezy wielkiej powieści europejskiej, Manna czy Brocha; nieprzerwanie snuje narrację o powolnym lecz uparcie postępującym upadku Europy. Ciekawym, choć nieco naciąganym chwytem mającym zobrazować skalę i tempo tego upadku jest porównanie zapisków z Włoch Goethego i Stendhala, których analiza wskazuje na przesunięcie, w ledwie trzydziestoletniej perspektywie, ciężaru zainteresowania ze sztuki i historii ku rozrywkom i plotkom.

Przy tym wszystkim jest autor „Dziennika” postacią ciekawą i niejednoznaczną. Surowości moralnej towarzyszą bowiem intrygujące cechy psychiczne. Dla Junga byłby Márai klasycznym melancholikiem, łączącym neurotyczność z introwersją. Sam autor pisze wprost o swej skłonności do chorobliwej depresji, mającej źródło w „maniacko-depresyjnej kompleksji duchowej”, którą dziś nazwalibyśmy chorobą afektywną dwubiegunową, gdzie epizody depresyjne pozostają w znaczącej przewadze. Nieustannie mierzy się więc Márai z bólem istnienia, co przybiera niekiedy przesadnie egzaltowaną formę:
Pisanie powieści wymaga takiego samego poświęcenia, a nawet bohaterstwa, co wojna. Nie mam dość siły, nerwów, zdrowia, by dać radę obu naraz. Teraz muszę żyć wojną.

Sam nazywa zresztą te zmagania walką z wewnętrznym demonem, a próby przygwożdżenia tego demona, oswojenia go sprawdzonym sposobem, czyli poprzez nadanie mu imienia, nieodmiennie kończą się niepowodzeniem. I nie może być inaczej, skoro prawdziwe imię tego demona brzmi Legion.

Rozmyślania o sprawach ważkich przeplata Márai adnotacjami na tematy prozaiczne; nawet wielki pisarz jest w końcu tylko człowiekiem. I ten człowiek już jako czterdziestotrzylatek narzeka na przykład na starość, mimo że nie znajduje się nawet w połowie swej drogi. Te wtrącenia, w rodzaju okresowych wyznań o słabości do alkoholu, tworzą nastrój szczerości, ale bez intymności. Między autorem a czytelnikiem ciągle pozostaje dystans. Bo jest to szczerość kontrolowana, daleka od ekshibicjonizmu. Zapiski te były w końcu redagowane przez autora przed publikacją. Są kwestie, które Márai przemilcza – nie mówi o swoim udziale w ratowaniu Żydów, ale też nie zdradza, skąd w tak trudnym okresie bierze pieniądze.

To jednak jego prawo, i może zresztą też mądrość, zachowanie pewnego obszaru do osobistego użytku. Innym objawem tej samej mądrości jest zrozumienie autora dla specyfiki sytuacji głęboko kryzysowych. Pisze więc, że o doświadczeniach wojny sądzić mogą jedynie ci, którzy sami ją przeżyli, że cenniejsi są ludzie wytrwali od odważnych, że wreszcie wojna stanowi doskonały probierz człowieczeństwa.

Mimo powagi tematyki, jak i samego autora, nie jest na szczęście „Dziennik” całkowicie wolny od humoru, choć ten pojawia się rzadko i jedynie pod postacią ironii, ba! niekiedy wręcz sarkazmu. Oto co pisze autor o Niemcach:
Jeśli akurat nie są instytucjonalnie zajęci masowymi mordami, bywają szalenie pożyteczni.
Bez tych chwilowych powiewów ciężko byłoby mi przez notatki Máraiego przebrnąć, i to mimo całego jego kunsztu.

Tym, co budzi mój szczególny zachwyt, jest łatwość, z jaką zawsze znajduje Márai odpowiedni przykład, metaforę dla zobrazowania jakiegoś zjawiska czy twierdzenia. I prawdziwie jest produktem dawnego świata, z taką swobodą i naturalnością odwołując się do dorobku światowej kultury i jej tuzów. Dla kontrastu, od współczesnych pisarzy często odstręczają mnie właśnie toporne i wymuszone nawiązania do wielkich.

Pierwszy raz czytałem też tak szczegółowy zapis długotrwałego procesu dochodzenia do decyzji o emigracji; zarówno sama decyzja, jak i proces są dla Máraiego jako patrioty szczególnie bolesne, zarazem jednak nie pozostają one dla niego kwestią wyboru, lecz obowiązku, jednoznacznego wobec intelektualnego zniewolenia narodu węgierskiego przez Sowietów. I gdy zapadła już decyzja, jak pięknie można o niej pisać!
W mojej świadomości rozlewają się, rozchodzą się jak kręgi i falują dwa rodzaje tęsknoty. Jedna żegna się ze wszystkim, co tu pozostawia. Druga jest bardziej pogańska, dzika, patetycznie powiedziałbym: odwieczna, odysejska.

I choć jest Márai w swej kulturze zdeterminowany i konsekwentny, pozostaje przecież człowiekiem i dlatego dochodzi w nim czasem do głosu ten element dzikości, pierwotności, bo wykorzenić się go zupełnie nie da, można go tylko tą kulturą tłumić, kiełznać. Gdy zaś grupa, warstwa społeczna powołana do tego zadania zawodzi, dzieją się właśnie takie „piękne” rzeczy, jakie przez pierwszą połowę XX wieku oglądała Europa i sam autor, że powrócimy na moment do refrenu „Dziennika”.

I na koniec tego tomu nagłe przejście, wytchnienie, pełny oddech włoskim powietrzem, w którym namacalne ślady szlachetnej kultury i historii mieszają się z brakiem przymusu, co dowodzi, że wbrew zapatrywaniom Máraiego, wolność wewnętrzna nie jest tak całkiem niezależna od wolności zewnętrznej.

W podsumowaniu trzeba więc napisać, że kultura językowa oraz umysłowa Máraiego pozostają na najwyższym poziomie; nieco gorzej jest z higieną umysłową. Porównując jego zapiski z dziełami innych autorów o zbliżonej tematyce i pisanymi w tym samym okresie, nad neurotyczne rozterki węgierskiego pisarza muszę przedkładać chłodny obiektywizm Jerzego Stempowskiego, a nade wszystko żarliwy obiektywizm Józefa Czapskiego. Moje osobiste preferencje nie zmieniają jednak faktu, iż zapiski Máraiego są najwyższej próby, pełne przednich myśli, do tego przyswajają się łatwo, a fermentują długo. Przede wszystkim stanowią zaś świadectwo moralnej niezłomności oraz apoteozę intelektualnej niezależności.

Polskie wydanie „Dziennika” zakrojone jest na pięć tomów, z których ukazały się dotychczas dwa. Stwierdzenie, że przeczytać to dzieło jest obowiązkiem każdego myślącego człowieka, byłoby wbrew moim przekonaniom; człowiek myślący sam zna swoje obowiązki. Niewiele potrafię sobie jednak przedstawić pożyteczniejszych zatrudnień.

utracjusz

Reklamy

Otwarte okno / Wierność / Romaniuk

mozaika

Sięgając po Wierność, mieć trzeba na uwadze rzecz jedną: to nie jest biografia. Nie da się, nie sposób z tej książki wyłowić czegoś, co można by uznać za chociażby mglisty kontur pełnej sylwetki Zbigniewa Herberta. Książka, złożona z ponad sześćdziesięciu wspomnień, przedstawia raczej mozaikę, archipelag rozrzuconych wysp, z których każda stara się opowiedzieć tę samą historię w swoim własnym języku.

Jedna historia w sześćdziesięciu czterech ustach, to tak naprawdę sześćdziesiąt cztery historie. Do postaci poety docieramy przez cały zastęp pośredników. Każdy z nich był świadkiem i uczestnikiem różnych okresów, w różnych miejscach, w różnych latach i w różnych okolicznościach się z Herbertem spotykał. Od osób najbliższych, żony, siostry, przyjaciół, przechodzimy przez tłum współpracowników, towarzyszów podróży i kolegów, kończymy zaś na ludziach, którzy zaledwie go mijali, zamieniali kilka zdań, kilka listów. Rozmaite są to wspomnienia.

 

co to jest Prawda?

Nie jest to zatem obraz spójny. Książka spięta w całość przez Annę Romaniuk, nie ma ambicji by stawać się biografią, czy choćby nawet jej próbą. To jest mozaika. Z resztą mozaiką jest każde patrzenie w przeszłość. Nie mamy bezpośredniego dostępu do rzeczy minionych – nawet w badaniu tych rzekomo najbliższych, pośredniczyć musi pamięć, ta zaś jest niepewna. Są jeszcze źródła, zapisy, pamiątki. Te, choć pewne, bywają jednak mnogie, często sprzeczne, często konkurujące o to, które najcelniej i najdosadniej odda prawdę. A co to jest Prawda?

Najbardziej chyba cenię w tej książce to, że jej autorka miała tę świadomość stania na dwu różnych nogach (jak dwie nogi Pana Cogito). Z jednej strony pamięta o niedoskonałości ludzkiej pamięci, z drugiej zaś o niepełności i fragmentaryczności źródeł. Do Herberta, centrum tych wspomnień, możemy się zatem jedynie zbliżać, pamiętając przy tym, że to nie jest droga prowadząca bezpośrednio do niego.

Wiele wspomnień powtarza się, przedstawia tę samą, zabawną, pełną życia, humoru i werwy postać, człowieka otwartego i wygadanego. Choć w trakcie lektury te skrawki wydawały się być najbardziej prozaiczne, zawierały bowiem niewiele szczegółów, czasem jakąś zabawną, wartą uwagi anegdotę, ale niewiele więcej, w końcowym obrazie robią coś ważnego: wydobywają poetę z marmuru. Moje wrażenia z lektury tych fragmentów, zgadzają się z zaskoczeniem wielu wspominających. Idąc na spotkanie z Herbertem, oczekiwali prawdziwego posągu, podniosłego, wielkiego i nieskazitelnego. Spotykali zaskakująco ciepłego, energicznego i zabawnego człowieka. A to niespodzianka!

Są też wspomnienia, które wchodzą głębiej. Dzieciństwo opisane przez siostrę, młodzieńczy romans w ustach uwiedzionej kobiety, kilka opisów kłótni z Miłoszem, kilka wyjątkowo ciepłych zetknięć (głównie z innymi poetami). Jest kilka ciężkich sprawozdań – wszak Herbert w ramach swego radykalizmu (tytułowej wierności) różne sądy wygłaszał, zrażając do siebie nieraz wieloletnich przyjaciół. Jest w końcu najdłuższe z wszystkich wspomnienie (jednocześnie warte największej uwagi), słowa wdowy po poecie, Katarzyny Herbertowej.

Jaka jest końcowa prawda tej książki? Nie ma takiej. Dostałem w ręce sześćdziesiąt cztery zeznania. Często sprzeczne, momentami gorzkie (choć ta gorycz zdarza się tu niezbyt często). I tak, jak pisała we wstępie autorka, chyba spina je wszystkie słowo „Wierność”. Osobiście najbardziej cenię sobie słowa pani Katarzyny i kilku poetów tutaj piszących, jest to jednak mój własny wybór tego, jaki obraz chcę widzieć. Na pewno nie ma tu zbyt wiele obiektywności.

otwarte okno

Pisałem wcześniej o tych mniej i bardziej głębokich wspomnieniach. W żadnym jednak momencie nie zostaje przekroczona ostatnia granica, granica najważniejsza: sam Herbert, oraz to, co Herbert miał w głowie.

O dzieciństwie nie opowiadał prawie nigdy. Podobnie o swoim pisaniu. Mimo, że żona przyglądała mu się, ba, współuczestniczyła w tworzeniu, będąc pierwszym krytykiem, przepisującym później kolejne wiersze, ślizgała się jedynie po powierzchni. To była dla niej tajemnica. Kilka osób wspomina jego notatniki, kilka nawet do nich zaglądało, ktoś towarzyszył mu w wyprawach, ktoś rozmawiał z nim o poezji… Ale to wszystko powierzchnia. Nikt tam nie napisał, jak to się działo, że ten chłopak, a później mężczyzna, taki rezolutny, taki zabawny, z przeszłością raczej ciemną i charakterem ciężkim jak kamień… jak to się działo, że siadał przy biurku i pisał czystą jak kryształ harmonię? O tym nikt opowiedzieć nie umie.

Z każdym tekstem zbliżamy się więc, coraz bliżej, coraz bliżej. Gdy w końcu dociera się na miejsce i myśli, że to już tutaj… otwiera się drzwi, wchodzi do środka i zastaje pusty pokój i firankę powiewającą w otwartym oknie.

Wasz Paweł M

Lektury uzupełniające #15 Książki z obrazkami

książka: Szaleństwo katalogowania i Historia krain i miejsc legendarnych; autor: Umberto Eco; powód czytania: estetyczny

Umberto Eco zmarł dwa lata temu. W styczniu tego roku kończyłby 86 lat. Pozostawił po sobie bardzo bogatą i różnorodną spuściznę. Szerokiemu gronu znany przede wszystkim z powieści, opublikował także ponad trzydzieści prac naukowych i esejów. W tym drugim zbiorze można by umieścić tytułowe książki. W Polsce pięknie wydaje je Rebis. Cztery pozycje, które najlepiej sprzedają się w okresie świątecznym, kiedy to zwykle wydawnictwo robi dodruki. 

Jednym z nich jest Historia krain i miejsc legendarnych. Kolejną Szaleństwo katalogowania.  (Nie czytałam natomiast dwóch pierwszych i bardziej znanych: Historii piękna i Historii brzydoty – czekają na kolejną Gwiazdkę – może będzie o nich innym razem.)

Lubię piękne książki. Nie jestem w tym z pewnością odosobniona, domorosły bibliofil drzemie w wielu z nas (tu z miejsca przypomina się Klub Dumas, słynna powieść z nudną ezoteryczną intrygą i cudnymi opisami książek, księgozbiorów i księgarzy). Ceny starodruków i pożółkłych pierwszych wydań ulubionych książek można pośledzić sobie w internecie i powzdychać; ale na kredowy papier od czasu do czasu warto sobie pozwolić.

W obydwu książkach Eco stosuje tę samą formułę: esejowi jego autorstwa towarzyszą reprodukcje dzieł sztuki i obszerne fragmenty z literatury (czasem również nie-pięknej, w przypadku Historii krain zbyt często).

Szaleństwo katalogowania, chronologicznie kilka lat wcześniejsze (2009), ma przejrzystą formułę. Eco komentuje tu ludzką fascynację wyliczankami. I robi to bardzo wyrafinowanym językiem: nie ma list są enumeracje, nic nie jest spójne tylko koherentne, nie jednorodne lecz homogeniczne, nie rozrywkowe tylko ludyczne. I tak, zgodnie z założeniami tej książki, w nieskończoność.  Przyznam, że często definicje słów zbyt wolno odsłaniały mi znaczenia i musiałam czytać zdania dwa razy. Na swój sposób jest to fascynujące (chciałabym z taką łatwością wypluwać z siebie te trudne wyrazy) i … świetnie przykrywa pisanie o niczym. Ale odniosłam wrażenie, że w końcu Eco sam uległ sile wymyślonego tematu i mniej więcej od połowy książki eseje stają się coraz ciekawsze, a niektóre metafory w nich zawarte wręcz porywające (np. miasto-forma i miasto-lista). Może zresztą to ja oswoiłam się z enumeracją w co drugim akapicie i poniewczasie zauważyłam, że górnolotne słownictwo to przejaw hermetycznego poczucia humoru. Niemniej: piękno tej lektury leży nie w tekstach Umberto Eco, tylko w dokonanym przez autora wyborze. Wiele literackich fragmentów pochodzi z dzieł bardzo znanych jak choćby katalog okrętów z Iliady. I dzięki tej pracy i jej autorowi po raz pierwszy czytałam go z dreszczem przyjemności.

Jest tu takich przepięknych list wiele. Zresztą, gdy damy porwać się narracji, fascynujące okażą się i listy zbiorów skarbca w Wiedniu, i lista imion diabelskich, i niezrozumiały, bo nieprzetłumaczony z włoskiego, poemat opiewający urodę panienki Richmond. Rytm wyliczanek wciąga ze zdumiewającą siłą, a ich zróżnicowanie okazuje się atutem. Równie wspaniale ogląda się obrazy, w tym wiele dzieł mniej popularnych. Eco wydobywa je z muzealnych sal i ustawia w odpowiednim świetle. Nadaje kontekst, co trudno przecenić, zwłaszcza w przypadku sztuki współczesnej. Niezwykły kustosz i fenomenalna wystawa. (Różnorodności i zaskakujących artystycznych wyborów bardzo mi potem brakowało w Historii krain i miejsc legendarnych.)
Dla państwa, na zachętę, (i na zmianę poglądów dla tych, co nie ulegają fascynacji listami 😉 biurko Slothropa z Tęczy Grawitacji Thomasa Pynchona (tłumaczenie Robert Sudół):

 „Śmieci poukładały się z grubsza w warstwy, spajane biurokratyczną mastką, sięgającą niezawodnie samego podłoża, która składa się z milionów maleńkich czerwonych i brązowych paproszków po gumce do wycierania, spiralnych wiórków po temperowanych ołówkach, wyschniętych plam po kawie i herbacie, śladów cukru i pasteryzowanego mleka, mnóstwa popiołu z papierosów, pstrykniętych palcami mikroskopijnych drobinek zeschniętego tuszu, wybranych z taśm do maszyny do pisania, rozkładającego sie kleju introligatorskiego i rozkruszonych na miazgę tabletek aspiryny. Dalej idą porozsypywane spinacze do papieru, kamyczki do zapalniczek marki Zippo, elastyczne gumki, zszywki, niedopałki i zgniecione paczki po papierosach, zbłąkane zapałki, szpilki, stalówki piór, ogryzki kredek we wszystkich kolorach, nie wyłączając trudnego do zdobycia jasnego fioletu i umbry naturalnej, drewniane łyżeczki do kawy, pastylki na gardło z kory wiązu, przysyłane przez mamę, Nalline, aż z Massachusetts, kawałki taśmy, sznurka, kredy… a na tym wszystkim warstwa zapomnianych notatek, płowych okładek po kartkach żywnościowych, numery telefonów, listy bez odpowiedzi, postrzępione kalki, nagryzmolone akordy na ukulele do kilkunastu piosenek, między innymi: „Johnny Doughboy znalazł różę w Irlandii” (Obcykał parę żwawych aranżacji – donosi Chyży – bo to swego rodzaju amerykański George Formby, jeśli można sobie wyobrazić kogoś takiego”, lecz Bloat dochodzi do wniosku, że raczej nie można), pusta buteleczka po odżywce do włosów, zagubione fragmenty różnych układanek, ukazujące część bursztynowego oka wyżła weimarskiego, fałdy zielonej sukni z aksamitu, szaroniebieską żyłę w dalekiej chmurze, pomarańczową aureolę eksplozji (może to zachód słońca?), nity w powłoce latającej fortecy, różowe udo odymającej wargi seksbomby… kilka starych cotygodniowych sprawozdań wywiadowczych z G-2, pęknięta i skręcona struna do ukulele…

i tak dalej, jeszcze przez stronę.

Literaturę polską w zbiorze wyliczanek wspaniale reprezentuje Wisława Szymborska (wiersze: Możliwości i Urodziny)

Historię krain i miejsc legendarnych napisał Umberto Eco później, w 2013 roku, niestety po raz ostatni już wykorzystując tę sprawdzoną i niewątpliwie przynoszącą znaczne dochody, formułę. Lecz tym razem zawiodło mnóstwo elementów.

Ramy książki – tę przestrzeń w jakich pisarz zamyka swoje miejsca legendarne, bo przecież teoretycznie można by takie byty mnożyć w nieskończoność – Eco stara się ująć w definicje naukowe. Zakreśla je raz po raz i … nic  z tego nie wychodzi. Bo faktycznymi granicami pracy wydają się tematy bliskie autorowi, takie, o których mógł pisać bez przygotowania. Będzie tu więc w średniowiecznych obrazach świata i wyobrażeniach raju echo Imienia Róży, w XIX wiecznym okultyzmie pogłos Wahadła Foucaulta, będzie potępienie faszystowskich rojeń o nadludziach i dyskusja z bzdurami u Dana Browna.

Ideologicznie wszystkie poglądy Eco są moimi: faszyzm mierzi, popularność i wiara w fikcje Dan Browna zadziwia, podobnie jak XIX wieczny, arystokratyczny okultyzm, ale w samej polemice niekoniecznie znajduję przyjemność: chociaż rozdział poświeconym Rennes-Le-Chateau jest interesujący, bardzo trafnie i zabawnie Eco piętnuje brownowskie rewelacje, niedorzeczne dowody wszystkiego i sensacyjne podejście do historii. Długie strony poświecone Ultima Thule i Hyperborei wynudziły mnie jednak ogromnie, podobnie te poświęcone wędrówkom Graala.  Myślę, że czytałoby mi się to lepiej, gdyby Umberto Eco porzucił próby ogólnej „obiektywnej” klasyfikacji, i poprowadził tę wędrówkę uczciwie subiektywnie, według klucza własnych preferencji.

Ogólnie tom ten cierpi w części literackiej na złe proporcje ciekawej literatury i pseudonaukowych idiotyzmów. Jeśli chodzi o ilustracje, jest zbyt oczywiście, malarskie zaskoczenia policzyłabym tu na palcach jednej reki, prawie nie ma sztuki współczesnej. (Na przykład bardzo lubię Gustawa Doré, więc jego nadmiar mi tak bardzo nie przeszkadzał, zresztą Śnieżnobiała róża ilustrująca Raj Dantego jest fenomenalna, ale jako że nie przepadam za prerafaelitami pełen wachlarz rudych zadumanych piękności wywoływał u mnie ziewanie.)

No ale kilka cytowanych literackich fragmentów kupiło mnie całkowicie. Na przykład  pieśń XVI Jerozolimy (Jeruzalem) wyzwolonej Tasso w przekładzie bratanka Jana Kochanowskiego – Piotra, przezabawna, arcydziwna językowo – znowu Eco wskazał mi kierunek przyszłych lektur. Znakomite są też awanturnicze przygody Nielsa Klima (Świat podziemny Nielsa Klima Ludvig Holberg 1741), z pseudofilozoficznej powiastki w stylu Swifta (15 lat od Podróży Guliwera późniejszej), niestety poza dość obszernym fragmentem w Historii krain niedostępne po polsku.

Wyróżniłabym kilka rozdziałów. Ten dotyczący siedmiu cudów starożytnego świata -tu nie zawiodły ilustracje. Fantastyczne mity Ziemi pustej w środku uświadomiły mi jak długą literacką tradycję ma Alicjowe spadanie w króliczej norze. Znowuż rojenia o Ziemi wklęsłej rozbawiły mnie setnie – zwłaszcza te plany niemieckich okultystów z czasów II wojny światowej, obserwacji Anglii z Rugii na Bałtyku (przeciwległe końce łagodnego łuku). Nieźle czytało mi się o ziemskim raju i krainie pieczonych gołąbków.

Na koniec cytat. Marzenia trzynastowiecznego (mniej więcej 1250 rok) anonimowego autora w popularnych Li fabliaus de Coquaigne.

Kraj to jest zwany Kukanią, gdzie im więcej śpisz, tym więcej zarabiasz.

Czego i Państwu w Nowym Roku życzę.

Agnieszka Ardanowska

Złamana dusza / „Wilczy notes”

Rosja. Stan umysłu. Kraj, którego cudzoziemiec nie zrozumie. Tę tezę uczynił Mariusz Wilk mottem swego „Wilczego notesu”, a w toku opowieści wielokrotnie dowiódł jej prawdziwości. A jednak w prywatnym wymiarze postanowił ją obejść, skoro znieść się jej nie da. Eksperyment swój przeprowadził na jedyny możliwy sposób – postanowił w Rosji zamieszkać.

Rosyjskość to w ogóle pojęcie bardziej wyczuwalne niż definiowalne, ze sławetną duszą rosyjską najłatwiej jest nam spotkać się pośrednio, dzięki lekturze Czechowa, Gogola, Bunina, Lermontowa, Turgieniewa. Ten, przyznaję, nieco tendencyjny dobór nazwisk ma nam uświadomić jedno. Najbardziej rosyjskie nie są wcale Moskwa czy Sankt Petersburg. Najbardziej rosyjska jest prowincja.

Z tego właśnie założenia wyszedł Wilk, osiadając na położonych na Morzu Białym Wyspach Sołowieckich, od wieków odciętych od świata przez większą część roku. Jeszcze u schyłku średniowiecza prawosławni mnisi założyli tu ufortyfikowany klasztor, gdzie niewygodnych dla władzy nieszczęśników więzili i zamęczali najpierw carowie, a później bolszewicy. Po upadku ZSRR wyspy znacząco podupadły, stając się siedzibą zdegenerowanej, około tysiącosobowej społeczności, która dała okazję do obserwowania w małej skali wszystkich patologii toczących Rosję na skalę gigantyczną. Okazję tym lepszą, że brak jakichkolwiek perspektyw, wsparty przez barierę ekonomiczną uniemożliwiającą większości mieszkańców wysp ich opuszczenie, stanowił podatną glebę dla niezakłóconego rozwoju pełnego zestawu narodowych przywar.

Zapiski dwukrotnie nominowanego do Nike Wilka pochodzą z lat 1995-98 i stanowią fascynującą lekturę, nawet jeśli wiele spośród najcelniejszych ustępów „Wilczego notesu” to cytaty, uczciwie zresztą zaznaczone. Rzecz nie tkwi jedynie w unikalnej perspektywie, dostępnej dla autora i niedostępnej dla reszty ludzkości. Polega przede wszystkim na tym, jaki robi on z niej użytek. A dzięki zmysłowi obserwacji połączonemu ze sporą wiedzą i talentem językowym, kreśli Wilk obrazy sugestywne i zapadające w pamięć.

Talent językowy nie zawsze zostaje zresztą zaprzężony do właściwej karety; przepełnione miłością opisy przyrody potrafią być iście porywające, podczas gdy stylizacja zdaje mi się przeszarżowana. Wilk nie ogranicza się do wplatania w tekst rusycyzmów; nie, pożycza nawet elementy rosyjskiej gramatyki, by innym szykiem zdań imitować również rytm tamtejszej mowy. Dodatkowo stosuje liczne archaizmy i na nich właśnie czasem się wykłada, bo stylizacja jest wiarygodna jedynie wówczas, gdy pozostaje konsekwentna, w „Wilczym notesie” napływa zaś falami, do których nie znalazłem racjonalnego klucza.

Ten mankament uderza już od pierwszych stron, na których znajduje się również inny zniechęcający element, mianowicie mająca robić za autorekomendację lista miejsc, które autor odwiedził oraz osobistości, z którymi się w tych miejscach zetknął, i zazwyczaj napił. Nie jestem takim zwolennikiem enumeracji jak Rabelais czy Eco, tymczasem list jest w tym tomie więcej, bo i one służą Wilkowi do budowania rytmu.

A jednak nie żałuję, że sięgnąłem po tę książkę. Gatunkowo trudno „Wilczy notes” jednoznacznie zaklasyfikować, bo łączy on elementy reportażu, eseju oraz autobiografii. Ma on jednak jasno określony cel – przybliżenie Rosji inostrańcom – i stara się go uczciwie zrealizować. Gdzieś pomiędzy fascynacją Wilka Rosją a tęsknotą mieszkańców Dalekiej Północy za komunizmem, można odnaleźć interesującą historię i odmienne od naszego spojrzenie na świat. Może to i smutne, że nawet dwie słowiańskie mentalności potrzebują pośrednika do wzajemnego zrozumienia, ale autor sprawdza się w tej roli wyśmienicie.

utracjusz

Foto: Trasprd (CC BY-SA 4.0)

W oparach Dicka / Czas poza czasem

CZAS POZA CZASEM – 1959. Niniejsza powieść, napisana rok przed jej pierwszą publikacją, to Dick dosyć wczesny. Wczesny, nie oznacza jednak tutaj słaby, niepełnowartościowy, czy też szmirowaty! Absolutnie nic z tych rzeczy. Książka ta zawiera bowiem już w zasadzie całą tę typową i dla późniejszego PKD problematykę. A więc znajdziemy tutaj nade wszystko to słynne a ciągłe kontestowanie zastanej rzeczywistości i tego, co jest, lub wydaje się tylko być, realnym.

Oczami głównego bohatera, Ragla Gumma, 46-letniego arcymistrza w szaradziarskiej grze logicznej „Zielony ludzik”, przeżywać i poznawać będziemy lekkie, i te nieco cięższe, paranoidalne stany oraz teorie spiskowe, próbujące tłumaczyć jakoś świat przedstawiony bohaterom tej to powieści. 

„Tak, coś tu nie gra.”

A świat na pozór jest to całkiem normalny i podręcznikowo wręcz idylliczny, świat Ameryki z przełomu lat 50. i 60. XX wieku. Dodajmy – bardzo sugestywnie i plastycznie przez Dicka tutaj literacko odmalowany! Gdy zatem w takich przyjemnych okolicznościach przyrody pojawi się coś, drobnostka jakaś, ledwo odbiegająca od normy, nad którą zapewne większość z nas przeszłaby do porządku dziennego, machnąwszy lekko ręką, Ragle Gumm, i po części także jego szwagier Victor Nielson, rękami swymi machać nie będą, a staną się nieufni, podejrzliwi i zaczną się zastanawiać…

180945_czas-poza-czasem_532

„Lecz myślę, że tak naprawdę żyjemy w zupełnie innym świecie niż ten, który postrzegamy, i wierzę, że przez chwilę dokładnie widziałem, jaki on jest.”

Bohaterowie dociekać będą więc prawdy, która jednak w każdej chwili okazać się może zwyczajnie ich chorobą psychiczną i urojeniami, które ona powoduje. Każdy zatem czytelnik, znający choć parę pozycji (tych książkowych!) Philipa K. Dicka, poczuje się w Czasie poza czasem jak w domu u siebie, i z przyjemnością, lub też z niejakim niepokojem, towarzyszyć będzie aktorom tej powieści w ich drodze do granic ich własnej rzeczywistości! A nawet ciut-ciut dalej…

Czas poza czasem czyta się szybko, przyjemnie i ze sporą dozą czytelniczej satysfakcji, gdyż to po prostu bardzo dobra, fantastyczna rozrywka jest! Różnicę jakościową, w stosunku do dzieł późniejszych i zapewne co nieco dojrzalszych, stanowić jedynie może fakt, iż Autor w zakończeniu tej książki wyraźnie sugeruje, a w zasadzie odkrywa przed czytelnikiem prawdę tyczącą się świata nam tutaj zaprezentowanego.

W przyszłym Ubiku czy ukochanych Trzech stygmatach Palmera Eldritcha już tak dobrze ani komfortowo nie będzie… Tak czy siak – 7/10!

Józek z bagien

Ilustracja w tle: http://paradoks.net.pl/image_files/text/33526/2.jpg
Okładka
: Philip K. Dick, Czas poza czasem, Wydawnictwo REBIS, 2013

Prawda ukryta w trzewiach / Wit Szostak, „Wróżenie z wnętrzności”

Mnie nie ma, a raczej jestem, ale inaczej niż ludzie są. Bo ja tylko zajmuję miejsce w przestrzeni i wszyscy mogą na mnie patrzyć, i ja mogę na nich patrzyć, ale to tylko miejsce w przestrzeni.[1]

Tako rzecze Błażej, stworzony przez Wita. Gdyby ktoś jeszcze nie znał tego drugiego, spieszę z ekspresową lekcją.

Wit Szostak – polski pisarz, zupełnie nie stary, nie całkiem najmłodszy (1976), o nazwisku zgoła odmiennym od wspomnianego tu pseudonimu, pod którym się NIE kryje. Jak twierdzi, pragnie po prostu oddzielić twórczość literacką od naukowej, którą firmuje tym, co wpisano mu w dowodzie. No właśnie – naukami się też para, choć humanistycznymi; konkretnie doktorat zrobił w dziedzinie tak wszechpotężnej jak filozofia (jak wiadomo, królowa wszystkiego i niczego). Krakus z niego z zamieszkania. Zamiłowany w twórczości Tolkiena, zaznajomiony z muzyką ludową, „przerabiacz” dźwięków wydawanych przez skrzypków ludowych na nuty, gracz na skrzypcach, gęślach i dudach. Z niebagatelnymi już dokonaniami literackimi – zgarnął Nagrodę im. Janusza A. Zajdla (za opowiadanie Miasto grobów. Uwertura opublikowane w antologii Księga strachu), będąc przedtem kilkakrotnie do niej nominowanym. Chochołami zaskarbił sobie przychylność jury, które zdecydowało się przyznać mu Nagrodę Literacką im. Jerzego Żuławskiego, i bynajmniej nie był to słomiany zapał w sięganiu po laury, bowiem w 2013 roku nominowano go do Nagrody Literackiej Nike, dzięki jego Fudze. Przy takiej dynamice laurozbieractwa należałoby się spodziewać, że sięgnięcie i po tę nagrodę jest tylko kwestią czasu.[2]

Jeszcze później, ba – całkiem niedawno (jako że tempus fugit dynamicznie, czyż rok 2015 nie był zaledwie przedprzedwczoraj?) – Witowi zdarzyło się wydać na rynek coś, co intryguje tytułem Wróżenie z wnętrzności. Owo coś jest strumieniem świadomości wspomnianego już tutaj Błażeja, który pewnego dnia po prostu przestał mówić. Przestano też móc patrzeć na niego tak, by rzeczywiście go zobaczyć. Zamieszkał w swoim wnętrzu i stał się przezroczysty.

Ja jestem gdzie indziej, we własnym wnętrzu, cały czas tam siedzę, a jak się siedzi we własnym wnętrzu, to nie wiadomo, gdzie się jest, bo nie wiadomo, gdzie jest wnętrze. (…) Myśli nie mają miejsca. Stół ma miejsce i stołki, te miejsca są obok siebie i możemy być pod stołem albo na stołku, albo przy stole. Ale myśli nie zajmują miejsca, wspomnienia nie sięgają od do, są sobie inaczej, jak całe nasze wnętrzności.[3]

A z wnętrzności się tu wróży. Błażej – „głupi brat mądrego brata” – snuje swoją wewnętrzną opowieść o ludzkich wnętrzach, o konsystencji człowieka; o tym, z czego wynika jego siła lub słabość, skąd można czerpać swoje piękno. Do języka Wróżenia… z pewnością trzeba przywyknąć, stanowi on bowiem specyficzną mieszaninę prostoty i rozsądku z jednej strony, pokrętnych filozofii – ze strony drugiej. Jakby umysł człowieka upośledzonego był tożsamy z umysłem mędrca. Rzeczywiście, z biegiem lektury te dwie jakości zdają się ze sobą zlewać. Błażej widzi świat takim, jakim jest naprawdę i tłumaczy go w sposób naturalny – czasem prosty, czasem pokrętny, lecz zawsze naturalny. Jeśli przywyknąć do tej stylistyki „masła maślanego”, do sposobu tłumaczenia ludzkiego życia w oparciu o pozorne pleonazmy, można już bez oporów ani ograniczeń delektować się głębią i – nierzadko – oryginalnością spostrzeżeń. Niekłamaną naturalnością słów. Uniwersalnością uogólnień. Bogactwem metaforyki. I – w warstwie fabularnej – pięknem ludzi, którzy niepozbawieni są usterek, lecz i tak jawią się nam jako istoty niemal boskie; posiadają swoją prawdę, konsystencję, formę, kształt i wielkość; słowem – oryginalność wartą uwagi obserwatora.

Powieść wyjątkowa, nietuzinkowa – to na pewno. Inspiruje i zostaje w pamięci jako zbiór migawek, mieniących się światłem zmiennym i tajemniczym. Doprawdy ujmujące jest to rozbieranie świata na części i składanie go na nowo niczym klocków, krok w krok z narratorem, któremu się buzia nie zamyka i który każdy ruch w obrębie tej konstrukcji musi skomentować.

Podczas czytania zaznaczyłam wiele cytatów, z myślą o recenzji. Później chciałam porzucić je wszystkie, bo książka jest tak nasycona ciekawymi spostrzeżeniami, że żadne z nich nie wydawało mi się bardziej transparentne od innych – jak więc spośród nich wybierać, jakimi kryteriami się kierować; jak uzurpować sobie prawo do arbitralnego czynienia jednych bardziej sztandarowymi od innych?

W końcu, dobierając dwa powyższe cytaty, zdecydowałam się na taki oto klucz: jeden z nich może stanowić pierwsze zapoznanie z narratorem, drugi – z tytułem. W ten szczwany sposób pozbyłam się problemu, pozostawiając Wam decyzję, czy warto zabiegać o drugie.

Ewa Wasiak

***

Zdjęcie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wit_Szostak (edytowane)

[1] Wit Szostak, Wróżenie z wnętrzności, wyd. Powergraph, Warszawa 2015.

[2] Akapit zredagowany na podstawie informacji zawartych w Wikipedii pod hasłem Wit Szostak: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wit_Szostak

[3] Wit Szostak, op. cit.

Cervantes / Niezwyczajne przygody Persilesa i Sigismundy

Z miejsca przywodzą „Niezwyczajne przygody” na myśl „Rękopis znaleziony w Saragossie”, choć kudy tam Cervantesowi do subtelności Potockiego! Narracja jest jednak zbliżona i mocno podniosła, pojawia się też konstrukcja szkatułkowa, toteż nie uwierzę, by Potocki dzieła Cervantesa nie czytywał.

Z lektury „Kubusia Puchatka” wyniosłem wiedzę, że przypowieści nie należy czytać dosłownie; a jednak chwilami nie było mi lekko nad tymi kartami. Te nadzwyczajne zbiegi okoliczności, ciągłe popadanie w tarapaty i łatwe się z nich wyplątywanie można jeszcze, jako przejawy pewnej konwencji, zaakceptować. Ale dlaczego postaci dopuszczają się tylko jednoznacznie dobrych albo złych czynów? Nie tyle nawet bodzie mnie nieuwzględnienie szarości w jej różnych odcieniach, co zupełne pominięcie potężnej siły – ludzkiej obojętności.

Jeden wszakże element czyni tę książkę zupełnie niewiarygodną. Wszyscy bez reszty mężczyźni chcą się w niej żenić.

Tej bzdurze niemal dorównuje kolejna, a to wyrażane wielokrotnie przekonanie, że uczuciem, jakim piękne kobiety obdarzają inne piękne kobiety, jest natychmiastowa i bezwarunkowa przychylność.

Powieść charakteryzuje się również nadreprezentacją transwestytów. W ogóle w jej pierwszej części, której akcja toczy się niebezpiecznie blisko naszej ojczyzny, natrafiają bohaterowie na bardzo niekiedy dziwaczne obyczaje ludów tubylczych.

Prezentuje w końcu Cervantes poglądy charakterystyczne wprawdzie dla swej epoki, ale dziś zdolne mu przysporzyć sporo kłopotów u feministek; w szczególności pochwalne w zamierzeniu porównania niewiast do zwierząt domowych mogą nie przynieść współczesnym czytelniczkom spodziewanej satysfakcji.

Ale czytać się to oczywiście da, choć, w przeciwieństwie do dziejów pewnego szlachcica z La Manczy, raz powinien wystarczyć.

utracjusz

O mordzie / Studium mordercy / Carter, Kepler, Franklin

Póki jesteśmy, nie ma śmierci, gdy jest śmierć, nie ma nas.

Epikur

Gdyby podążać za myślą Epikura, problem własnej śmierci w ogóle by nie istniał. Jeśli jednak dołączyć do tego jeszcze pojęcie umierania, otwiera się przestrzeń dla nieokiełznanych lęków rządzących naszymi instynktami i atawistycznych wręcz obaw przed cierpieniem. Te z kolei rozpościerają pole do popisu mordercom i sadystom, żerującym na męce i bezsilności ofiar, a sami oprawcy stanowią pożywkę dla twórczej inspiracji autorów kryminałów, thrillerów i horrorów.

Dziś więc słowo o psychopatach. O, przepraszam – o ich twórcach.

***

Chris Carter, Egzekutor

Chris Carter to autor kryminałów i thrillerów, najbardziej znany z serii, której sztandarem jest detektyw o jakże wymownym nazwisku – Robert Hunter (z ang.: ‘łowca, myśliwy’). Przy okazji zimowego ochłodzenia świata zewnętrznego (choć w tym roku ów chłód wykazuje swoistą nieśmiałość) zdarzyło mi się sięgnąć po drugą część owej serii, prawdopodobnie mniej lub bardziej świadomie szukając odzwierciedlenia tegoż chłodu w atmosferze czytanej lektury. Cóż może zmrozić krew w żyłach bardziej skutecznie niż podążanie tropem seryjnego mordercy, który sumiennie przygotowuje się do przeprowadzania nieszczęśników na drugą stronę, organizując im jak najdłuższe obcowanie z obiektami ich największych lęków? Tak działa tytułowy zabójca w powieści Egzekutor.

Lepiej więc, Moi Drodzy, nie rozgłaszać wszem i wobec, że panicznie boicie się ciemności, wody, ognia, strzykawek, krwi, szczurów, węży, pająków, dentysty czy ciasnych pomieszczeń. I choć wymieniłam tu najpowszechniejsze z przedmiotów ludzkich fobii, czujny obserwator z pewnością wychwyci również te bardziej wyszukane, jeśli bezceremonialnie ogłosimy światu, że nawiedzają nas koszmary, odkąd dziadek opowiedział nam o zrywaniu paznokci podczas wojennej niewoli, czy też od wizyty w muzeum średniowiecznych narzędzi tortur, gdzie z nazbyt niewielkiego dystansu ujrzeliśmy maszynę służącą do rozrywania ludzi na pół. Ostrożnie, Moi Drodzy, ostrożnie. Wiele wokół nas bólu, frustracji, poniżania, niespełnionych ambicji i wychowawczych błędów, a to wszystko potrafi stanowić psychopatotwórczą mieszankę. Chris Carter dowodzi, że sami kreujemy swoich egzekutorów.

Bój się, bój, Czytelniku. Może i Ty komuś kiedyś podpadłeś? – to pytanie zdaje się wisieć nad całą opowieścią o psychopacie skonstruowanym przez jego wrogów. Agresja rodząca agresję. I zemsta. Zemsta słodka niczym krew…

I nagle chciałem czegoś więcej niż tylko ich życia i ich lęku. Same tortury i pozbawianie ich życia nie wystarczały. Musiałem popróbować ich krwi i ciała.

Chris Carter, Egzekutor

Tak oto samo dręczenie i zabijanie śmiertelnie przerażonych ofiar okazuje się niewystarczająco satysfakcjonujące wobec pokusy ich pochłonięcia…

Zdaje się, że jestem dość wybrednym czytelnikiem kryminałów i thrillerów – nie sięgam po nie zbyt często, a kiedy już mi się to zdarza, nierzadko odczuwam rozczarowanie powszechnie rekomendowanym autorem czy też konkretnym jego dziełem, zwykle zrażona miałkością. Tym razem absolutnie nie miało to miejsca – Carter zapewnia nam głębokie studium psychologiczne kata i ofiary, z uwzględnieniem społecznych uwarunkowań kształtowania tego pierwszego. Kompozycja bez zarzutu, sprawnie trzyma w napięciu. Poszukiwaczom mocnych wrażeń mogę z czystym sumieniem polecić tę pozycję.

***

Lars Kepler, Świadek

Specyficzna atmosfera domu dla trudnych dziewcząt udziela się od pierwszych stron książki. Niechęć do życia, depresje, zachowania buntownicze, chwiejność emocjonalna, samookaleczanie się, brak poczucia sensu, arogancja, wulgarność, sarkastyczny, cyniczny, a nawet nihilistyczny stosunek do rzeczywistości. Idealne tło dla zbrodni. Można podejrzewać każdego. Nikt tu nie jest stabilny…

Całość jest trzymana w ryzach przez głównego bohatera, jakże charyzmatycznego komisarza Joonę Linnę, sprawiedliwego, hołdującego ludzkim wartościom i zawierzającego sprawy instynktowi. Nie sposób nie ulec urokowi jego osobowości tropiciela. Nic, tylko dać mu się prowadzić przez karty tego dobrego thrillera.

To również powieść należąca do serii – konkretnie trzecia część pięciotomowego cyklu: Joona Linna. Lars Kepler to pseudonim, pod którym kryje się para szwedzkich pisarzy: Alexander Ahndoril i Alexandra Coelho Ahndoril*. Zgrany duet, nie ma co!

***

Tom Franklin, Skrzywiona litera

Tutaj nowość, bowiem Skrzywiona litera jest pierwszą książką tego amerykańskiego pisarza przetłumaczoną na język polski. Za granicami naszego kraju zebrała niezmiernie przychylne recenzje (których fragmenty można przeczytać na okładce polskiego wydania).

Oś konstrukcyjną stanowi tajemnica nastolatki zaginionej w niewielkiej miejscowości, nigdy nie wyjaśniona sprawa sprzed lat, odkurzona za sprawą nowej zagadki – gnijących w lesie zwłok mężczyzny. Czy te dwa przypadki są ze sobą powiązane? Czy mężczyzna zamieszany w pierwszą z nich, któremu nigdy niczego nie udowodniono, lecz którego bezwzględnie skazano na ostracyzm, ponownie dał dojść do głosu swoim najmroczniejszym instynktom? Problematyka społecznego wykluczenia i spekulacji piętrzących się na niewyjaśnionym sekrecie jak na drożdżach, potrafi utrzymać zainteresowanie czytelnika wrzuconego w przeplatankę sprawy świeżej i tej sprzed lat. Franklin zasadnicze elementy układanki ujawnia w retrospekcjach, jakby sugerując, że bez właściwego zrozumienia przeszłości nie można pójść naprzód albo – co gorsza – idzie się jak taran, brnąc w ślepą uliczkę i siejąc zniszczenie.

Całkiem nieźle, panie Franklin, całkiem nieźle.

***

Niezbadane są ludzkie pobudki, gnające nas – nieszczęśników – do fascynacji psychopatami, zimnokrwistymi mordercami, metodologią ich myślenia i działania. A jeśli zbadane jednak zostały, cały chwyt retoryczny wziął w łeb! Zakończę więc prostymi słowami Chrisa Cartera z Egzekutora:

Nie wiadomo, z kim człowiek dorasta i jakie mogą z ludzi wyrosnąć świry.

Tak więc siejmy dalej potępienie, wzgardę i nienawiść, a psychopatyczne przedmioty naszej fascynacji będą rosły duże i nie(zdrowe).

Ewa W.

 

***

* Informacja zaczerpnięta z serwisu lubimyczytac.pl.

Zdjęcie: http://www.publicdomainpictures.net/view-image.php?image=82435&picture=&jazyk=PL

Jarosław Grzędowicz / Azyl dla starych opowieści

Pisałem już gdzieś kiedyś, a było to bodaj po lekturze ostatniej jego powieści Hel-3, iż Grzędowicz nie zawodzi. No, przynajmniej mnie jego proza jeszcze nie zawiodła była!

Po przeczytaniu Azylu, najnowszego wydawnictwa tego świetnego, rodzimego autora ogólnopojętej fantastyki, stwierdzam dodatkowo, że Grzędowicz również i nie zawodził! Pozycja ta bowiem składa się z dziewięciu, jak sam Autor o nich mówi: już zaginionych i co nieco zapomnianych opowiadań, którym pragnie dać (no i daje) drugie, a pierwsze: pełno-książkowe życie!

Opowieści te różni czas ich powstania, pierwsze pisane były bowiem we wczesnych latach osiemdziesiątych XX wieku, a te ostatnie już pod koniec pierwszej dekady lat dwutysięcznych wieku XXI. Różni je również długość samych historii w nich zawartych – od ledwie kilku po kilkudziesięciostronicowe. Co jednak wydaje się być wyraźnym a wspólnym ich mianownikiem, to ich charakterystyczny i rozpoznawalny język oraz styl.

azyl-tytul-front-470x748

Już pierwsze, najstarsze w tym zbiorze opowiadania – Azyl dla starych pilotów, Ruleta, czy Twierdza Trzech Studni – czyta się z przyjemnością, lekkością i sporym zainteresowaniem. Zdania tam płyną, a kartki książki radośnie szmerają, będąc szybko przez czytelnika przewracane. 

No i w zasadzie tak już będzie do samego końca tejże pozycji. A nawet lepiej! Gdyż Śmierć szczurołapa, Przespać piekło, czy wyjątkowo intrygujący Dom na Krawędzi Światła, to już smakołyki iście pełnomleczne! I aż dziw normalnie bierze, jak i niedowierzanie pospolite, w obliczu faktu tego, iż nie były one wcześniej zawarte w jakimkolwiek autorskim tomie opowiadań! Jakże czas to już więc był najwyższy!

Opowiadania spodobały się i czytelniczo zafrapowały mnie wszystkie. W większości okazały się mi być więcej niźli dobrymi, bo nawet znakomitymi! Grzędowicz po raz kolejny jest tutaj gwarantem smakowitej, gatunkowej rozrywki. W Azylu bez trudu znajdziemy elementy fantastyki twardej i tej co nieco o odcieniu fantasy, SF klasycznej a socjologicznej, jaki i postapo, czy też cyberpunku.

A w każdym z tych stylów Autor radzi sobie wybornie. Zaskakująco wybornie! I choć żadne z tych opowieści szczególnie wybitne może nie jest – patrząc tak realnie i przekrojowo na polską fantastykę – to zapoznać się z tym wyborem wybitnie już trzeba! Bo po pierwsze – to książkowe dopełnienie pisarskiego dorobku tego pisarza, a po drugie i zarazem już ostatnie – to zwyczajnie kawał znakomitej, fantastycznej zabawy dla każdego fana dobrego SF! No normalnie polecam!

Józek z bagien

Fotografia w tle: https://fabrykaslow.com.pl/azyl-tapety-pobrania
Fotografia w tekście: Jarosław Grzędowicz, Azyl, Wydawnictwo Fabryka Słów, 2017

Dziegieć i miód / Szymborska / Wołanie do Yeti

Czym jest poezja, która nie ocala
Narodów ani ludzi?

Zapytał Czesław Miłosz w swojej Przedmowie. Niechże to pytanie odbija się echem w tym tekście. Wszak jesteśmy w wysokich górach.

Nie umiem myśleć o Wołaniu do Yeti bez porównań. Chciałem i próbowałem od tego odejść, ale się nie da. A więc Herbert i Szymborska w latach pięćdziesiątych. Jedno żyje w biedzie, dorabia na boku i publikować nie może, drugie ma się dobrze, pisze, dostaje nagrody, wznawia tomik, wydaje drugi, trzyma się socrealizmu. Można by teraz przejść do ocen tych dwu postaw i zrobić kolejny tekst z Herbertem w środku, ale dajmy temu spokój. Niech krótkie porównanie nie będzie niczym więcej, jak punktem wyjścia. Przychodzi Odwilż. Herbert oddaje dwa strzały – 1956 i 1957, dwa spore tomiki z poezjami chomikowanymi w ciężkich latach. W 1957 Szymborska wydaje Wołanie do Yeti, które właśnie trzymam w rękach.

Właśnie z kontrastu między pierwszymi tomikami H., a trzecią książką Sz. rodzi się pierwsza myśl dotycząca starego tomiku noblistki. Jaką prawdę ma do powiedzenia Herbert, po spiętrzeniu złych i niekorzystnych lat, po niepokojach i trudach, jaką barwę mają jego litery? Są jasne, czyste i harmonijne. A co dostrzegam u Szymborskiej, dla której lata pięćdziesiąte były czasem bądź co bądź dobrym? Jak ona wchodzi w swój tomik? Tu leje się czerń! „W żadną dobroć, w żadną miłość / nie uwierzę, (…) / Ani ufać, / nic niewarte jest ufanie. / Ani kochać…”, to fragment pierwszego wiersza, Nocy. Dalej jest Spotkanie gdzie poetka z niejaką przyjemnością i chlubą mówi o swym potępieniu. Wiersz trzeci: Hania, niemniej niż poprzednie czarny, krytyka zabobonnej wiary.

Taką wizytówkę wręcza mi trzydziestoczteroletnia Wisława. Ciemność i szarość przyjmowane jak medale i z podniesioną głową, jakieś dziwne, dumne samopotępienie, przeinaczona (chwycona w najpłytszej warstwie) historia Izaaka… Ochocze wskakiwanie na stos ofiarny, dla udowodnienia czegoś, ale właśnie: czego? Gdy spojrzeć w górę, ręki z nożem nie widać, cały spektakl zamienia się w szopkę. I na te trzy wiersze dostałem jeszcze czwarty, którego fanem nie jestem: Nic dwa razy. W tamtym momencie, po lekturze pierwszych stron, tomik był na prostej drodze do kosza na śmieci. Był to jednak szczęśliwie moment odbicia się od dna, dalej jest już lepiej.

Pojawia się seria wierszy miłosnych (wciąż jednak pełnych jakiegoś niepokoju, osaczenia i niewiary w tę miłość, o której mówią), której apogeum widzę w Upamiętnieniu – fantastyczne (nie spodziewałem się tutaj tego słowa) fragmenty wołania jaskółki! Dalej wiersze skupiają się wokół motywu wczoraj i dzisiaj, które jutro też zamieni się we wczoraj (zatem w ślady Nic dwa razy, częściowo przynajmniej idą), warto odnotować tutaj Martwą naturę z balonikiem, warto także Z nieodbytej wyprawy w Himalaje (to tutaj odbywa się tytułowe Wołanie do Yeti), warto ożywioną przez Turnaua Atlantydę. Dwa ostatnie to świetne gdybanie o wartości rzeczy i nas samych w czasie, w świecie. Małość naszych spraw – no bo co w Himalajach znaczy, że dwa i dwa to cztery, albo co znaczy, że ktoś kogoś kiedyś na Atlantydzie. Kochał albo nienawidził. Nic.

Jaka prawda wypływa z tomiku Szymborskiej? Smuci mnie ta ponurość, od której koniec końców uciec się nie da, bo autorka sama, jakby na siłę w nią wchodzi. Smuci to, że momenty błyskotliwe, gdy już się zdarzają, często wiodą do gorzkich wniosków. Jest tu ciemność i jest tu strach, miłość trwa przez chwilę, w kontekście czasu wszystko traci znaczenie.

Szczęśliwie nasze słowo jest większe od nas samych, każde dzieło przerasta twórcę. Raz bowiem zapisane trwa już na zawsze. I nie jest to bynajmniej trwanie statyczne! Nie, jeśli kiedykolwiek skreśliliśmy jakiekolwiek Słowo, przepadliśmy, nie możemy już czuć się bezpieczni. Słowa mówione na ucho, wykrzykiwane będą na dachach. Słowo nasiąka czasem i potrafi się zmienić, obrócić, zyskać nowe znaczenie, nagle świadczyć za nami, lub przeciwko nam. Są w tym tomiku momenty większe niż on sam. W drodze z fałszu ku prawdzie / przestajesz być młody. Jaskółka. Albo: bo odlecimy wcześniej / goniąc samych siebie. I wszystkie te jasne przebłyski i ciemne niepokoje pisała do nas Wisława ze swego nieznanego serca. Czy sama je znała?

Powrót do pytania: czy ta poezja ocala? Jeśli tak, to robi to jakby podświadomie, między słowami, w jakimś proroczym, podskórnym przeczuciu. W przerwach od fatalistycznego i buńczucznego tupania nóżką. Pewnie da się tu poczuć jakiś dobry powiew, wciąż jednak ukryty między czarnymi skałami dziwnej winy, która tu pobrzmiewa, malując surowy i górski krajobraz. Czy Wołanie do Yeti to wołanie w przepaść?

Niesławny Paweł M

Imponderabilia po japońsku, czyli jak uchwycić nieuchwytne

„W powieściach o wielkim emocjonalnym ładunku odkrywał głębię kryjącą się w naszym iluzorycznym poczuciu łączności ze światem” – tymi słowami Akademia Szwedzka uzasadniła wybór Kazuo Ishiguro, brytyjskiego pisarza japońskiego pochodzenia, na laureta Nagrody Nobla 2017 w dziedzinie literatury. Jako że na wszelką iluzoryczność, na oniryzm i efemeryczność jestem łasa, postanowiłam sprawdzić jak noblista radzi sobie z imponderabiliami, czyli z tym, co nieuchwytne, acz mające wpływ na nasze życie.

Padło na Pejzaż w kolorze sepii – debiut powieściowy Ishiguro z 1982. Wprawdzie w jego stylu wiele mogło się zmienić na skutek tak długiego twórczego rozwoju, jednak przedmiotem obserwacji miała się tu przecież stać wrażliwość na nieoczywistości naszego obcowania ze światem, a to stanowi cechę nierozerwalną z twórcą, który albo ją posiada, albo nie; może jedynie dopracowywać zdolność odpowiedniego wyrażania tego, co dostrzega.

I co my tu mamy? Na pewno nielinearność, nakładające się na siebie płaszczyzny czasowe – przeszłość nieustannie miesza się z teraźniejszością, chwilami wręcz zlewając się w spójną masę. Bohaterka, Etsuko, naznaczona jest traumą w postaci samobójczej śmierci pierworodnej córki. Natura traumy najczęściej każe jej zagnieździć się głęboko w podświadomości i stamtąd, z ukrycia, sterować instynktami człowieka. Tutaj jednak spaja się ona z tym, co w czeluściach umysłu tkwiło już wcześniej, staje się niepodzielną, jednorodną magmą i w tejże postaci zalewa myśli bohaterki. Co więc było wcześniej?

Wcześniej była zagadkowa przyjaźń z dość ekscentryczną Sachiko i jej alienującą się od świata córką, często spacerującą bez celu o najbardziej nieoczekiwanych porach, przepadającą bez wieści tylko po to, by zaraz odnaleźć się w towarzystwie kotów lub rzekomo prześladującej ją kobiety, która przypuszczalnie jest tylko wytworem fantazji. Słowo „przypuszczalnie” jest tu kluczem do jak najbardziej wiernego odtworzenia świata wykreowanego przez noblistę. W tej powieści nie ma niczego pewnego. Są fragmenty obrazów zapisanych w umyśle bohaterki, wspomnienia tajemniczych sytuacji i nietypowych relacji. Są zarysowane wątki, nigdy nie doprowadzone do końca. Po stronie czytelnika natomiast w postaci mnogiej występują pytania i spekulacje, żadnych niepodważalnych odpowiedzi. Iluzoryczność potwierdzona.

Pytanie, czy podążając śladami tych fantasmagorycznych wydarzeń, kolekcjonując kolejne odsłony dawkowanej nam przez pisarza tajemnicy, możemy zyskać interesującą lub nawet odkrywczą perspektywę oglądu rzeczywistości – bo chyba właśnie o to w literaturze operującej iluzorycznością chodzi. To stanowi sedno realizmu magicznego (do którego odwołuję się z rytualną wręcz regularnością). Widzę w nim manufakturę narzędzi do oglądu świata na coraz to nowsze sposoby. Lub nawet do filtrowania go w celu uzyskania konkretnych produktów myślowych, nie tylko do bajania o fantastycznej alternatywie dla tego, co istnieje. To ani alternatywa, ani przeciwieństwo. To tylko inna forma dla tej samej, lecz płynnej i zmiennokształtnej treści.

Na jakich zależnościach opiera się gra Ishiguro? Dlaczego łączy śmierć córki bohaterki ze wspomnieniami sprzed jej narodzin? Cóż, i tu tropów jest kilka. W czasach demaskowanych w reminescencjach z przeszłości, Etsuko była w ciąży z przyszłą samobójczynią. Ponadto właśnie wtedy była w pobliżu innej relacji matki z córką – nie tylko przyglądała się ich nietypowym stosunkom, ale i aktywnie uczestniczyła w tajemniczym życiu tej dwójki. Dlaczego Sachiko zawsze sądziła, że jej wiecznie odchodzącemu bez słowa dziecku nic nie grozi i że nie trzeba go szukać? Czy mała rzeczywiście widywała złowrogą postać milczącej kobiety? Czy wyalienowana dziewczynka, która przyjaźniła się wyłącznie z kotami, mogła poradzić sobie z utopieniem ich przez własną matkę? Czy mógł ziścić się ich nieoczekiwany plan wyjazdu do Ameryki? Jak miały odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tuż po wojnie, która pozbawiła je znacznego majątku? Obraz tej dziwacznej kobiety i jej jeszcze bardziej nietuzinkowej córki był pełen zagadek, które pochłonęły wówczas główną bohaterkę, a po latach objawiły się jej, splecione z tajemnicami z własnego życia, razem tworząc nie tyle różnorodną mozaikę, co jednolity pejzaż. Pejzaż w kolorze sepii.

Kazuo Ishiguro większość życia spędził wprawdzie w Wielkiej Brytanii, jednak jego japońskie pochodzenie, kreowanie bohaterów tejże narodowości oraz pisanie w konwencji realizmu magicznego (lub przynajmniej z zastosowaniem kategorii oniryzmu, w której jawa miesza się ze snem) prowadzą do nieuchronnego kojarzenia go z innym, bardziej nawet popularnym autorem urodzonym w Kraju Kwitnącej Wiśni – Harukim Murakamim.

Jeśli Ishiguro został doceniony za analizę naszych związków ze światem, to Murakamiemu osobiście przyznaję tytuł mistrza uchwytywania nici łączących nas z innymi ludźmi – we wszelakich relacjach, z rozmaitymi odcieniami wzbudzanych w ten sposób odczuć i z uwzględnieniem wielu ról, jakie jeden człowiek może pełnić w życiu drugiego. Mówi o tym, jak ulotna jest żywa obecność innych w naszym świecie; pokazuje relacje intensywne i przybierające nadzwyczaj realne kształty, niepozbawione defektów i swojej indywidualnej specyfiki, uwzględniające nieoczywiste niuanse, z jakich składa się nasze obcowanie z ludźmi, a które rzadko trafiają w ramy odtwarzającej je sztuki. Z tych drobnych smaczków buduje prawdę o wzajemnym oddziaływaniu człowieka na człowieka, ukazując najczęściej te relacje, które są efemeryczne; pomimo swej krótkotrwałości w wyrazisty sposób budują jednak świat i tożsamość tego, kto w nie wkracza. Na czerpanie radości z literatury o takim charakterze ma szansę każdy, kto sam skonstruował się z fragmentarycznych doznań, ze spotkań zapadających w pamięć pod postacią bliską obsesji, z długich, przypadkowych rozmów prowadzonych gdzieś, gdzie rzucił go na chwilę świat, o czymś, czego sformułowanie nie byłoby możliwe w innym miejscu i innym czasie. W tym duchu, mniej lub bardziej, utrzymane są wszystkie utwory Murakamiego, z jakimi dane mi było obcować (a było ich około pięciu). Przeniknięte są żywymi, pełnokrwistymi relacjami, prowadzone tropem obsesji i nienasycenia, niezmiennie prowadzącym jednak do poczucia obcowania z pięknem. O tym wszystkim jest z pewnością powieść, którą czytałam niemal równolegle z Pejzażem… Ishiguro, jedna z wcześniejszych w dorobku autora (1987), w dodatku ta, która przyniosła mu rozgłos – mowa o Norwegian Wood. Traktuje ona również o wrażliwości psychiki wobec tych silniejszych oddziaływań międzyludzkich, o jej wielowarstwowej strukturze i kruchej konstrukcji, ujawniającej się w obliczu straty.

Niech zabrzmi tu utwór Beatlesów, którego tytułem posłużył się japoński autor, by nawiązaniem do jego treści firmować swoją powieść i naprowadzać na ulotne doświadczanie drugiego człowieka. Nie wspominając już o tym, że akcja osadzona w latach 60. pulsuje w rytmie tej właśnie kultowej kapeli.

Wiwat imponderabiliom! Wiwat literaturze o japońskim rodowodzie. Osobiście pozostanę przy Murakamim, którego sposób formułowania myśli i prowadzenia fabuły uważam za bardziej zajmujący od pisarstwa Ishiguro. Jednak i noblista wypadł całkiem dobrze – jak na pisarza. Umiarkowanie – jak na noblistę.

Ewa Wasiak

***

Na zdjęciu Kazuo Ishiguro. Źródło:

https://qz.com/1095363/kazuo-ishiguros-2017-nobel-prize-for-literature-is-a-victory-for-speculative-fiction/

Herbert / Labirynt nad morzem

złoty wiek

Gdy królestwo zstąpiło z niebios, (siedzibą) królestwa było miasto Eridu. W mieście Eridu Alulim został królem i panował 28800 lat.

Te słowa znajdujemy na początku sumeryjskiej Listy Królów. Źródło sięga przeszłości tak dalekiej, że nawet dla jego autorów, piszących na przełomie III i II tysiąclecia przed Chrystusem, była ona rzeczywistością z pogranicza pradziejów i legendy. Głowy pokornie schylone przed tajemnicą minionego, złotego wieku. Po czterech tysiącach lat wciąż za nim tęsknimy.

Historia zaczyna się w Sumerze, mówi tytuł fantastycznej pracy Samuela Noaha Kramera. A Gdzie zaczyna się Sumer? O jego pochodzeniu gdyba się do dzisiaj, hipotez jest kilka i żadna z nich nie wydaje się być bardziej prawdopodobną od pozostałych. Człowiek, do tej pory rozsiany w małych, rolniczych osadach, żyjący – zdaje się – jedynie dla siebie samego, nagle oswaja żywioł zbiorowości, rodzi się cywilizacja. To już tutaj, już lada moment cegła palona wyprze suszoną, pola zostaną nawodnione, mury zbudowane, pod niebo wyrosną dumne ziguraty, w pewnym momencie ktoś odciśnie pierwsze pismo na glinianych tabliczkach. Widzimy wszystkie te świadectwa, wielkie kamienie milowe, ale początku tego wszystkiego dostrzec nie możemy, początek jest skąpany w świetle. Jakby rzeczywiście zstępował z niebios.

Cała starożytność, cały antyk lśnią tym blaskiem. I nieważne, czy mówimy o dialogach Platona, czy o Akropolu, Koloseum, o drogach wybudowanych przez Rzymian, o tajemniczym Labiryncie czy o glinianych tabliczkach Sumeru. Wszystko to są pozostałości dawno zapomnianego czasu, świadectwa tego, że ktoś tu był przed nami, że świat skąpany był w złocie.

Złoty wiek – trzeba o tym pamiętać, jest to bowiem myśl pocieszająca – nie był bynajmniej czasem wolnym od burz. Mars przetaczał się nad miastami, ostre strzały kapryśnych bóstw szyły w zdobywców Troi, pycha bywała drogo odkupowanym dobrem, czarne chmury gromadziły się nad tamtymi horyzontami, tak jak zbierają się nad naszymi. To przecież czasy potopów, ognia z nieba, to czas wyspy światła w morzu barbarzyństwa. Pocieszenie tkwi też w tym, że zagłada nigdy nie jest zupełna. Zawsze zostaje jakaś biała kolumna, zawsze zostaje jakiś Sofokles ze swoimi pieśniami w jej cieniu. Po potopie jest życie, tak powiedzą nam Kroniki Królów:

Po tym jak potop zalał (kraj i) królestwo (ponownie) zstąpiło z niebios, (siedziba) królestwa była w (mieście) Kisz. W Kisz Giszur został królem i panował przez 1200 lat.

Herbert

I nagle, między wszystkimi tymi ruinami, między ludźmi, którzy odeszli w kolejnych potopach, gdzieś pośród białych kamieni i szlachetnego blasku antyku – on! Z notesem wśród ruin i zgubiony gdzieś w muzeum, przewracający z niezadowoleniem oczami, gdy zaskakuje go godzina zamknięcia. Kreta, Ateny, Samos, Etruria. I ten głód, ciekawość i zachwyt, to wpatrywanie się, których należy się od niego uczyć.

Czytając to, niemalże wierzę, że nadal gdzieś tam siedzi, bada linie lotu ptaków, ociera pot z czoła. Czytając, myślę, że trzeba tam jechać. Po pierwsze: współdzielić zachwyt. Po drugie: spotkać starego przyjaciela. Tutaj gdybania się urywają, na koniec, jako pewne świadectwo, zostawiam dłuższy cytat, o tym, jak Herbert płynął na Kretę:

Wysoko, nad horyzontem zamglonym i słabo widocznym, coś niewyraźnego, zmącenie błękitu, skaza szarego koloru, która nabiera kształtu, i widzę teraz wyraźnie, jak wierzchołek góry zawieszony jest na wysokościach, niby w krajobrazach japońskich. Jest niewypowiedzianie piękny – ów kawałek odległej skały unoszącej się w powietrzu za sprawą mgły. Patrzę dalej, jak góra rozrasta się, schodzi wolno, majestatycznie po stopniach aż przed oczami osiada na morzu łańcuch górski, wypełniając horyzont.
I jest wyspa.
Tak się zaczęła dla mnie Kreta, od nieba, jak bóstwo.
Wasz Paweł M
Cytaty: Dwa pierwsze: Lista królów (za Wikipedią), trzeci: Labirynt nad morzem, Zbigniew Herbert.
Ilustracja: Rycina przedstawiająca Partenon, autor H.W. Williams, 1829.