W pułapce historii / Kazimierz Brandys / Rondo

Młodszego Brandysa polecano mi od dawna, ale jakoś nigdy się nie złożyło. Jego osobista legenda jest bardzo niedobra, co w moich oczach czyni go jednak bardziej interesującym jako pisarza. I „Rondo” w pełni moją chłopięcą intuicję potwierdza.

Jego bohater kreuje fikcję, która w końcu wymyka mu się spod kontroli, a nawet go przygniata. W ogóle streszczona fabuła powieści zdawałaby się świetnym materiałem na farsę, ale Brandys robi z niej dramat człowieka uwikłanego w historię, człowieka, który znajduje spełnienie w smutnej pewności niespełnienia, wreszcie człowieka rozpaczliwie próbującego obronić swe człowieczeństwo.

Brandys analizuje mechanizmy powstawania historii i zawartość prawdy w tzw. prawdzie historycznej. Nie bez przyczyny życie splata się w tej powieści z teatrem, a bohater przekonuje się ostatecznie o prawdziwości maksymy Strugackich, że trudno być bogiem, a nawet pomniejszym demiurgiem.

Jest to również powieść o przemianie, choć w tym jednostkowym przypadku nie mogła się ona całkowicie dokonać – mimo że „Tom” poświęcił się dla Toli, potrafił zrezygnować z siebie, to jednocześnie nie był zdolny całkowicie otworzyć się na świat, do końca pozostał człowiekiem przeżyć wewnętrznych. I tak chyba Brandys wyobraża sobie rolę intelektualistów, przekraczających swą introwersję w moralnie słusznej służbie społeczeństwu. Sprawy moralne i intelektualne są bowiem zdaniem autora nierozerwalnie związane.

Brandys daje tu wielokrotnie wyraz swojemu ciężkiemu (i, jak dowodzi jego życiorys, nieco późnemu) rozczarowaniu ideologiami, programami; nie chce myśleć o świecie gotowymi systemami i gorąco chwali indywidualizm. A zatem „Rondo”, poza tym, że bada dwie urzędowe obsesje autora – relację między prawdą a fikcją oraz granice autokreacji, jest również prozą rozrachunkową, tyle że w mojej osobistej ocenie lepszą i prawdziwszą od chociażby propozycji Andrzejewskiego.

Co jeszcze? Otóż skutecznie dowodzi Brandys, że dla człowieka bez właściwości dramatyczne okoliczności mogą stać się katalizatorem i okazją do właściwości wytworzenia.

I tylko ta miłość wybrzmiewa tu trochę fałszywą nutą. Ale może właśnie tak jest z egocentrykami, że nigdy nie potrafią kochać w pełni i nawet gdy poświęcają się – jak bohater „Ronda” – dla drugiej osoby, w istocie czynią to dla siebie.

I choć powieść gdzieś po drodze niepostrzeżenie traci fabularny impet, ustępując pola obsesyjnej introspekcji i wałkowaniu wciąż od nowa wybranych etycznych dylematów, jest w tym nie mniej przekonująca, a całości patronuje trzeźwe spojrzenie autora-narratora. Brandys wie, że nie ma ludzi jednoznacznie dobrych ani złych, że człowiek jest po prostu sobą i że jedyne, co mu pozostaje, to nieustannie tego siebie kształtować na możliwie najlepszą modłę.

A ponieważ autor przeszedł jako człowiek bardzo długą i skomplikowaną drogę, znaczoną brzydkimi plamami, to właśnie w niego wolę się wsłuchać, a nie w bezwstydnie wybielających się tupeciarzy.

I płynie stąd nauka, by nie ufać ludziom, którzy nie zmieniają zdania, bo to znaczy, że nie myślą. Ale i uważać na ludzi, którzy zmieniają zdanie zbyt szybko, jak Władek Sznej, w pogoni za modą, a nie na skutek niezawisłego rozumowania.

A te Brandysowe pouczenia znakomicie domknęłaby rada, by nigdy nie ufać ludziom, którzy grzmią kategorycznie. Kto tak czyni, nie zna samego siebie. A kto nie zna samego siebie, jest niebezpieczny.

utracjusz

Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.wojciechkarpinski.com i przedstawia Kazimierza Brandysa oraz Konstantego A. Jeleńskiego.

Reklamy

Wiersze podebrane #11 / Kołatka / Herbert

Są tacy którzy w głowie
hodują ogrody
a włosy ich są ścieżkami
do miast słonecznych i białych

łatwo im pisać
zamykają oczy
a już z czoła spływają
ławice obrazów

moja wyobraźnia
to kawałek deski
a za cały instrument
mam drewniany patyk

uderzam w deskę
a ona mi odpowiada
tak – tak
nie – nie

innym zielony dzwon drzewa
niebieski dzwon wody
ja mam kołatkę
od nie strzeżonych ogrodów

uderzam w deskę
a ona podpowiada
suchy poemat moralisty
tak – tak
nie – nie

Lubię myśleć o Kołatce Herberta, jak o swego rodzaju małym wylaniu żali, jak o chwili słabości. Wiersz jest w drugim tomiku, są jeszcze lata pięćdziesiąte, nie mam pojęcia, kiedy został napisany, nie wnikałem. Ale na co się żalił? Na swoje lata pięćdziesiąte, przeżywane w niemałych trudach? Na swoje pisanie? Później (znaleźć takie informacje można na przykład w tomie wspomnień o Herbercie – „Wierność”) będzie wymawiał Miłoszowi zbyt częste wydawanie. Twórczość poetycka Herberta to dziewięć tomów wierszy, ukazujących się w sporych interwałach. Mało i powoli, chciałoby się rzec.

Poza tym zaczynał późno, debiutancka Struna światła to 1956, miał wówczas trzydzieści dwa lata, jeśli porównać go ze wspominanym już tutaj Miłoszem, tamten miał dekadę przewagi. Co on czuł w tych latach pięćdziesiątych, widząc swoje koleżanki i kolegów nie tylko z łatwością wydających, ale i z łatwością piszących? Kołatka brzmi tak, jakby cały świat pędził naprzód, kiedy ten, który kołacze stoi w miejscu. To, zdaje się dość trafiony obraz Herberta piszącego swoje pierwsze wiersze.

Ale ten instrument okazuje się nagle błogosławieństwem. W pewnym momencie staje się Kołatka pochwałą małości i prostoty. Ewangeliczne „tak – tak” i „nie – nie” stają się właściwą postawą, odpowiedzią, na „Niech mowa wasza będzie…”. Odpowiedzią na ten dobrobyt, bogactwo ogrodów i wyobraźni innych, jest to proste: „ja mam kołatkę”. I w tym zdaniu żalu już nie ma. Jest ono jak znalezienie swojego miejsca w poezji, swojego miejsca w świecie, jak wielkie westchnienie ulgi. Ale „jego spala niepokój”. Ma tylko kołatkę, czy ta kołatka wystarczy? Czy jest wystarczająco dobra i piękna?

Jej echa będą brzmiały, ten prosty stukot, w przyszłych tomikach. W podniosłym Przesłaniu Pana Cogito, właśnie tę straceńczą postawę usłyszymy, w tym, że na pustyni trzeba iść do przodu, mimo nieuchronnej śmierci z pragnienia. Idzie się i idzie i wie się: ktoś inny idzie przez ogród. Ale to nie szkodzi, tak trzeba, ja „mam kołatkę”. I w Raporcie z oblężonego Miasta, są wiersze, w których Herbert wzdycha do prostoty, do tautologii (nie przytoczę, tomik zgubiłem). To samo kołatanie będę słyszał w ostatnich wierszach, w Brewiarzach z Epilogu Burzy.

Kołatka, ta o której mówił z żalem, przyglądając się bujnym ogrodom, wystarczyła. I myślę o tym z ulgą. Bo przecież, jak my wszyscy, myślę często, że inni mają więcej i lepiej. I z goryczą myślę o swojej kołatce. Ale kołatka wystarcza.

***

Napisałem do Marcina: co myślisz o Kołatce, podrzuć jakąś myśl. To, co przysłał, wrzucam bez zmian w ostatni, nieco autonomiczny akapit:

nie nie, spoko… czytam od nowa ten wiersz – i uświadamiam sobie, że żal wobec Miłosza wyrażał on dla mnie zawsze, odkąd tylko uświadomiłem sobie wyższość Miłosza i trochu udawaną bohaterskość Herberta. w zasadzie, powiedzmy że mówię to z jądra ciemności, człowiek jakby to powiedzieć, chory, potrzebuje zwierciadeł – każdy jest dla niego kimś, każdego może pokochać i każdemu może oddać serce, każdy mu może zobojętnieć, a co najistotniejsze – w każdym chce się przeglądać, bo jego jedyną wiedzą jest przerażający fakt, ze nigdy nie dojrzy siebie – nie uda mu się samego siebie zobaczyć, więc zestawia – z „lepszymi”, „gorszymi” – jakby to było, gdybym był obdarzony wrażliwością innego, tak czytam Kołatkę. I na końcu zostaje patyk, którym uderza się w deskę, kiedy inni chodzą po ogrodach i znają łacińskie nazwy kwiatów. Tak, to jest dla mnie wiersz o żalu; w jakimś sensie wypowiedzenie krzywdy, której doznałem; wskazanie swojego cierpienia i swojego jednocześnie błogosławieństwa, bo ono pozwala przed ciemnością się uchronić, jakkolwiek jaśnieć, jest czymś osobistym.
Marcin z Pawłem

Bardzo krótko / Ernst Schnabel / Pieśń szósta

Schnabel proponuje nowe spojrzenie na wizytę Odyseusza u Feaków. Dopowiada to, co u Homera jest ledwie zarysowane, lecz jednocześnie tworzy sieć własnych niedopowiedzeń. Przede wszystkim proponuje zaś krytyczne spojrzenie na zjawisko mitu.

Oto biedny Odys już za życia nie jest w stanie dorównać swej legendzie, stopniowo tworzonej i ubarwianej przez tysiące gąb. Dwadzieścia lat wystarczyło, by jego perypetie nabrały znamion cudowności, a współuczestnicy jego przygód zyskali boski status; tymczasem rzeczywistość widziana jego oczami przedstawiała się zgoła inaczej. Tylko czy tym oczom można ufać? I czy cały ten przydługi powrót spod ruin Troi nie był ledwie snem?

Niemiecki pisarz ma specyficzne poczucie humoru – Eol okazuje się u niego zwykłym starym pijakiem, a Kirke portową dziewką. Ale prawdziwym przedmiotem jego zainteresowania jest proces tworzenia się mitów oraz miejsce w tym procesie człowieka, któremu przeznaczono rolę herosa. Brzemię to bowiem niebagatelne i lepiej składać je na barki tych, którzy opuścili już ten padół. Żyjących może ono przygnieść i zredukować do roli nędznych i zbędnych cieni czegoś, czym nigdy nie byli.

Prawda ta objawiła się zresztą wielokrotnie w historii. Nad historię przedkłada jednak autor literaturę i jej relację z rzeczywistością, a przede wszystkim ich płynne pogranicze. Bo w „Pieśni szóstej” nie do końca wiadomo, kto pisze, a kto jest pisany. Schnabel, Homer i Odyseusz grają w grę, której zasady są dalekie od oczywistych. No, może poza jedną – tym razem kośćmi nie rzucają bogowie.

Oszczędną i przerywaną frazą przypomina Schnabel dwóch skandynawskich i również zdradzających słabość do mitów kolegów po fachu – Larsa Gyllenstena i Eyvinda Johnsona. Ten drugi też dopuścił się zresztą własnej wariacji na temat „Odysei”, więc nie wykluczam, że kiedyś ponownie spotkam się z niefortunnym pielgrzymem.

I przy okazji pod palce ciśnie się refleksja, że wraz z upływem wieków wcale tych mitotwórczych tendencji nie zaniechaliśmy, tylko obecnie ich przedmiotem są jednostki bardzo w porównaniu z Odysem mierne.

utracjusz

Lektury uzupełniające #22 I znowu esej

autor: Józef Czapski; książka: Tumult i widma

Sięgnęłam przede wszystkim dlatego, że wiedziałam, że Czapski dużo pisze o literaturze. Zaczęłam od środka i po pierwszych esejach czułam rozczarowanie. Potem ono minęło całkowicie, ale wracam do tego odczucia, gdyż to pierwsza rzecz, którą chcę napisać: właściwie rozmijam się z Czapskim w guście literackim i wynika to z bardzo ważnej rzeczy, bo z światopoglądu:

Wszystkie te eseje są w jakimś stopniu szukaniem Boga, a ja muszę pokonać wewnętrzny opór, żeby napisać Bóg z dużej litery (nie zastąpić go Absolutem na przykład). Przy moich całkowicie i śmiertelnie materialistycznych (unikam nawet słowa ateizm – bo ono określa stosunek człowieka do wszechświata przez negację czegoś w co się nie wierzy: trywializując, nie zbieram znaczków, a dziwnie by było gdyby ktoś mnie opisywał jako afilatelistkę) poglądach na istnienie, część lektur Czapskiego po prostu by mnie znużyła. (Na przykład Simone Weil, u której pod powierzchnią eschatologicznych zmagań, ja zawsze widzę chorobę. Nie dla mnie Bernanos, Maine de Brian, czy Rozanow.)

Można to oczywiście rozwinąć, może dokładniej byłoby napisać, że Czapski szuka nie tyle Boga, co zbawienia i usprawiedliwienia. Sensu życia w czymś większym od człowieka, odgórnego porządku moralnego, w nas się odbijającego. Trudno się dziwić takiej postawie, być może inna nie jest możliwa, z takim ładunkiem przeżyć jak u autora, gdy chce się, jak Czapski, idąc do przodu, zachować całkowitą świadomość przeszłości i pamięć. Bardzo osobisty jest przez to stosunek Czapskiego do historii, niezmącona (a bardzo rzadko Czapski jest niezmącony, nie boi się wątpliwości) pewność, że jest ona kluczowa dla nas i tego kim jesteśmy. Tu znowu rozmijam się zupełnie, bo dużo bliższy jest mi Brodski, który pisze, że uprawianie (widzenie) historii bez świadomości, że jest ona żywiołem kompletnie irracjonalnym (Muzą!), ogołoconym z obiektywnego nie tylko sensu, ale i kierunku, że takie uprawianie historii  to tylko mniej lub bardziej natchniony solipsyzm.

Kolejna, subiektywna, solipsystyczna (!) myśl, która mnie prześladowała przez kilka rozdziałów (z pierwszej połowy książki – bo wróciłam do czytania po kolei – dotyczących spraw związanych z armią Andersa i powojennych lat) : jakże nie do zniesienia męski świat opisuje tu Czapski – tyle wydarzeń, tyle decyzji, świat na krawędzi ale żadnej kobiety na jego wierzchołkach – to dla mnie najbardziej przerażająca cecha tamtego czasu, bardziej przerażająca niż totalitaryzmy (choć to stopniowanie jest niewłaściwe, ale nie wiem jak go uniknąć i nadal dobrze wyrazić mój punkt widzenia). W każdym razie, ja rozumiałam oburzenie młodej Amerykanki na salutowanie, choć nie wiem czy jej powody pokrywałyby się z moimi, bo z pewnością Czapski ani ich dobrze nie wyłuszczył ani nie rozumiał.

I choć ta moja myśl jest w pewnym sensie całkowicie oderwana od książki – Czapski jawi mi się przecież jako osoba niezwykle otwarta i pozbawiona uprzedzeń – to wynika jednak z cechy tego pisarstwa, fenomenalnego (Czapski unika takich wielkich słów) wyczucia szczegółu, z wrażliwości i daru obserwacji. Jest ona też moim argumentem przeciw patrzeniu na historię jako chronologiczny, obiektywny ciąg wydarzeń. Bo przecież ja ważę czasy zupełnie inaczej niż Czapski (a na słowo naród patrzę jako na pochodną widzenia historii).

Tyle części polemicznej.

Zaczęłam więc czytać licząc na przewodnik literacki, ale zachwyciła mnie zdolność do patrzenia na ludzi z wiarą, dostrzegania w nich dobra i piękna. Często u Czapskiego widać wręcz czułość w opisywaniu innych. Rewelacyjny jest esej „It is our custom” poświęcony młodemu medykowi o polskich korzeniach, Arthurowi z Chicago. Tekst o „drobnostkach”, kilku spotkaniach przy piwie, poezji i języku, trochę o rodzinie, a ja popłakałam się na nim dwukrotnie.

Oczywiście wynotowałam sobie całkiem sporo lektur „koniecznie do przeczytania”, ale chyba najsilniej narastało we mnie przekonanie (tu akurat Czapski harmonijnie wzmocnił głos Brodskiego), że muszę wrócić do poezji polskiej. Zachwyt językiem (zresztą nie tylko polskim) jest w tych esejach stałym punktem odniesienia. Czuję zresztą, że powinnam sobie wziąć do serca ten zarzut Czapskiego, który on sformułował w stosunku do języka polityki i propagandy amerykańskiej w latach pięćdziesiątych: „ubóstwo i emfatyczność słownictwa, gdzie między zwykłą oceną a skrajnym superlatywem nie ma prawie przęseł pośrednich.” Dziś wszyscy istniejemy w takiej właśnie rzeczywistości językowej, ale to przecież niedostateczne usprawiedliwienie.

Utkwiły mi w głowie migawki, napisałabym codzienności, tyle że ta codzienność Czapskiego, to wojna obronna 1939 roku (opowieść o krakowskim, żydowskim krawcu Salomonie, żołnierzu z przypadku i przymusu), obozy jenieckie (wspomnienie i reakcja Czapskiego na notatki, które robił w łagrze Pawliszczew – Bor, nieświadomy tragedii i dotknięcia śmierci, która w swym dzikim tańcu właśnie go ominęła), emigracja (opowieść o okrucieństwie braku wyobraźni, czyli o wyobcowaniu księdza Algierczyka w świeckiej Ile de France). Te wszystkie epizody z nawiasów, i można by je długo mnożyć, przenika głębokie współczucie dla ludzkiej samotności i potrzeba zrozumienia innych – ze względu na tę ostatnią nie da się Czapskiego nazwać egzystencjalistą (bo ta etykieta chwilami mnie kusiła).

Z wielkich nazwisk literatury pojawia się u Czapskiego często Dostojewski i Tołstoj, noblista Mauriac (bardzo dobry esej „Śmierć Mauriaca” z tym „Ne dites pas cela”), Sołżenicyn, Malraux. Przewagę ma oczywiście literatura polska (tuż za nią plasuje się rosyjska) -zachwyt romantyzmem, dużo o Stanisławie Brzozowskim, wiele odniesień do twórców Czapskiemu współczesnych i znanych osobiście, także do pamiętników polityków (lub politykierów). Najcenniejszy w tym pisaniu jest pierwiastek osobisty, przez co,  gdy pozbyłam się już odgórnych założeń, bardzo dobrze czytało mi się również o twórcach i dziełach, które na co dzień by mnie nie zainteresowały.

O malarstwie pisze Czapski podobnie jak o poezji, z gorącym uczuciem. Sam malarz, siebie ocenia surowo, za to pełen jest atencji dla wielu ze swoich kolegów (czas pooglądać kapistów). Nie ma tych uwag o malarstwie zbyt wiele – choć jest plastyczność i potrzeba opisu. Następną książką Czapskiego, po którą sięgnę, będzie „Patrząc”.

„Tumult i widma” są obrazem czasów już historycznych i oczywiście lekturą obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych historią pierwszej połowy XX wieku (pięćdziesięciokilkuletni Czapski, poświęca kilka tekstów młodzieży – czyli pokoleniu moich Dziadków). Ale aktualność poruszanych w nich problemów choć nie wieczna (Polska i Rosja nie istniały zawsze, podobno), trochę właśnie taka się wydaje. Jak to mówią „wszystko się zmieniło, nic się nie zmieniło”. I tak daj Boże (znaczy Absolucie) następnych tysiąc lat. Albo może lepiej nie. Trudno zdecydować.

Następne lektury będą o wieczności.

Agnieszka Ardanowska

Rysunek tytułowy to strona z dziennika Józefa Czapskiego, z: Album Józefa Czapskiego (www.wojciechkarpinski.com)

Wiersze podebrane #10 / Herbert / Szachy

oczekiwany
w wielkim napięciu
turniej człowieka
znak szczególny: nóż w zębach
z potworem maszyny
znak szczególny: olimpijski spokój
skończył się zwycięstwem
smoka

Jako chłopiec grałem z Tatą w szachy. Dość wcześnie nauczył mnie wszystkich zasad, nakreślił pod powiekami linie, które są tam do dzisiaj: poziome, pionowe, ukośne i najlepsze ze wszystkich, połamane susy skoczka. Mylące końskie podskoki, dwa do przodu, a potem, do ostatniej chwili markowany odskok w jedną albo drugą stronę. Ale jakkolwiek bym nie hasał, ojca ani przeskoczyć, ani zaskoczyć nie mogłem. Widział wszystkie moje ruchy, jeszcze zanim na nie wpadłem, ten tytan mojego dzieciństwa. Byłem wobec niego bezsilny, nie potrafiłem wytłumaczyć tej jego przewagi inaczej niż jakąś nadludzką siłą.

Każdy niedzielny pojedynek mógł skończyć się tylko jednym wynikiem, nie było innej możliwości, bez względu na to, jak bardzo uwijałyby się moje skoczki. I choć dla wszystkich wkoło była to przedpołudniowa zabawa, dla nas dwu sprawa była poważna. Tata nigdy, ani razu nie ustąpił, nigdy nie dał mi forów i nigdy nie folgował. Trwał niewzruszony, jak burzowa chmura nad szachownicą. Zwycięstwo musiało być prawdziwym zwycięstwem. Aż przyszedł dzień, w którym go pokonałem. Może był zmęczony po pracy, może czymś zmartwiony, czy podłamany, nie wiem, to są sprawy dorosłych ludzi, do dziś nie znam się na nich najlepiej. Ale wygrałem i bardzo się wtedy dziwiłem, nie do końca wiedziałem jak to się stało, jak to miało prawo się stać. Kątem oka zauważyłem, że mój przeciwnik z trudem skrywa uśmiech, może to mnie zmyliło. Czułem się trochę jak po strzeleniu gola ze spalonego. Dużo radości, ale zaraz przyjdzie zwiesić głowę i wrócić do szarej normy, nic się na to nie poradzi. Ale gwizdek sędziego nie zabrzmiał. Usłyszałem jakieś „nieźle”, albo coś podobnego i poszliśmy na obiad.

Wygrałem. To wydarzenie, dziś cokolwiek błahe, wtedy było jakimś kamieniem milowym, początkiem nowej epoki. Rzym wtedy upadł, a ja musiałem żyć dalej, ocalić cywilizację i wejść w ciemne wieki, walczyć ze smokami, śpiewać pieśni, żyć w zamkach z kamienia. Chyba wtedy skończyło się dzieciństwo. To było takie drzewo poznania dobrego i złego, z którego zjadłem i odtąd powoli zacząłem oddalać się od Ogrodu, w którym wyrosłem.

I to brzmi jak przegrana, ale tak naprawdę jest to zwycięstwo i to, jak napisał Herbert, zwycięstwo smoka. Stary świat w pewnym momencie ustępuje miejsca nowemu. Świat idzie do przodu. Ja jestem smokiem, zaś święty Jerzy, zeskoczywszy z konia, oddala się, utykając. A pod jego nosem majaczy uśmiech, którego nie rozumiem.

na nic
poematy dojrzałe
w ogrodach Andaluzji
nuworysz
Deep Blue
rozpycha się po polach
uszytych z płaszcza arlekina
drwiący ignorant
nafaszerowany
wszystkimi otwarciami
atakami obroną
a wreszcie radosnym
hallali nad zwłokami
przeciwnika

Nieco wcześniej Garri Kasparow stoczył słynny pojedynek z komputerem IBM. Pojedynek ważny, bo przegrany. W latach dziewięćdziesiątych, postępy w medycynie sprawiły, że dość pewnym tonem mówiliśmy o potędze i doskonałości ludzkiego mózgu, o tym, że neuronów jest w nim więcej niż gwiazd w całej naszej galaktyce, że wykorzystujemy zaledwie kilka procent jego możliwości i tak dalej i tak dalej. Scenariusze, w których maszyna zwycięża z człowiekiem, były dotąd domeną literatury science-fiction i do pojedynku człowieka i maszyny podchodziliśmy co prawda z pewnym niepokojem, ale był to niepokój doskonale ukryty pod lekceważącymi uśmiechami. I tak, to był koniec pewnej epoki.

Człowiek musiał ustąpić pola, cofnąć się. Dotarliśmy do pewnej granicy. Klęska była gorzka, był to prawdziwie głęboki smutek. Trzeba było jednak ruszać dalej. Smok zwyciężył. Ale jeśli obrócimy się za siebie, zobaczymy długą linię klęsk, które przyprowadziły nas tutaj, gdzie teraz jesteśmy. To jest walka, konieczna walka, tak samo jak konieczne jest dla tego sporu ustawiczne przegrywanie.

tak więc
królewska gra
przechodzi pod władzę
automatów

trzeba ją nocą wykradać
z obozu jeńców

kiedy umysł usypia
budzą się maszyny

trzeba na nowo rozpocząć
wędrówkę do wyobraźni

Jeśli oglądając się za siebie, wystarczająco intensywnie wytężymy wzrok, zauważymy, że każdy, który przegrywa i odchodzi w smutku, tak naprawdę uśmiecha się do siebie. Doskonale wie, co znaczy przegrana z nowym.

Patrzę na mojego Tatę i przypominam sobie jego porażkę i uśmiech, który skrył pod wąsem. I wiem, że on też pewnego dnia grał z dziadkiem w szachy i że tamten nie ustępował mu, to był człowiek surowy. I wiem, że po pierwszej swojej wygranej, ojciec, tak jak ja, będąc smokiem, ruszył w ciemność przed siebie. I tak jak ja potykał się zapewne, ale wiedział już dobrze, że jeśli gra ma się liczyć, nie może być żadnych forów, żadnego pobłażania.

A przed nami byli inni. I każdy z nich grał w tę grę bez żadnych ustępstw, a potem przegrywał albo wygrywał i jeden ruszał przed siebie (przecież trzeba na nowo rozpocząć / wędrówkę do wyobraźni), a drugi odchodził w cień z uśmiechem na twarzy i dumą, którą zachował dla siebie, którą ten młody, jeśli miał szczęście, mógł kontem oka dostrzec. Szliśmy potem w gniewie i złości i niezrozumieniu. Aż w końcu, po latach, po dekadach docierało, smok zadowolony połowicznym zwycięstwem, ginie u nas śmiercią naturalną. Przez zrozumienie, olśnienie, wybaczenie.

A potem ja będę tak siedział, daj Boże, co niedzielę wyciągał szachownicę, z namaszczeniem ustawiał na niej figury i będę wisiał nad nią jak burzowa, niemożliwa do pokonania grzmiąca chmura. I nie będę ani na krok ustępował chłopcu siedzącemu naprzeciw. Aż w końcu nadejdzie ten dzień, w którym będę mógł powoli wycofać się do tyłu, kryjąc uśmiech i dumę, o której nie powiem nikomu. Tamten zaś pójdzie przed siebie. Prosto w ciemność.

Wasz Paweł M

Bardzo krótko / Jane Bowles / Dwie poważne damy

Oryginalnej prozy nigdy dość. „Dwie poważne damy” to manifest wolności i obrona prawa do odmienności. Bowles tę odmienność fetuje, przeciwstawia konwenansom, których sens dawno się zatracił, utartym schematom, pielęgnowanej w skorupie konformizmu nudzie. Okazuje się, że można się zachwycić również pięknem w myśl klasycznych wzorców stanowczo niepięknym, a afirmacja życia może przybrać formy dalekie od wskazań starożytnych mędrców.

Uchylone zostają drzwi do oglądu świata przez naturę wrażliwą i niepowtarzalną. Poczucie wyobcowania bohaterek i ich płynąca z własnego doświadczenia niewiara w intersubiektywność rzeczywistości są tak wielkie, że próbują one komunikować nawet najbardziej oczywiste fakty i zjawiska, jakby nie wierząc, że są one dostępne innym ludziom, że istnieje zbiór wspólny uchwytnych zmysłami obiektów.

Wynika to zresztą z ich epistemicznych skłonności, bo oczy noszących charakterystyczne nazwiska panny Goering oraz pani Copperfield często kierują się, wobec immanentnej niezrozumiałości świata i jego mieszkańców, ku własnym wnętrzom, które zamieszkują byty bardziej godne zainteresowania dam i łatwiej dające się przez nie uchwycić, czyli emocje.

Bo przecież „Dwie poważne damy” to również powieść feministyczna, choć nie jest to ani feminizm wojujący, ani oczywisty. Bowles skupia się po prostu na tych dylematach, które właściwe są płci pięknej, jak na przykład nieustanna walka między potrzebą wyrażenia i zadowolenia siebie, a tym wewnętrznym parciem do opiekowania się innymi, określanym niekiedy mianem instynktu macierzyńskiego.

Bohaterkom obca jest mieszczańska moralność. Nie oznacza to, że są niemoralne, tyle że kompasem są dla nich własne, bardzo niekiedy fantastyczne zapatrywania, nie zaś społeczna aprobata. I ta fantastyczność może być rozpatrywana zarówno jako siła, jak i słabość tej powieści. Literatura zaangażowana nie powinna bowiem bujać w obłokach. Ale jak ma nie bujać, skoro obu damom, tak jak samej autorce, w realizowaniu tej szczególnie pojętej zasady carpe diem nigdy nie przeszkodziły troski materialne?

Mimo kilkudziesięcioletniego rodowodu jest to powieść świeża, ale i mocno niedoskonała. Styl, który wydaje się autoironiczny, miejscami jest po prostu nieudolny. Są też momenty, w których Bowles dopowiada to, czego dobra literatura każe się czytelnikowi domyślać. Choć jednak zapowiadany na okładce geniusz położył swe dłonie na innych twórcach, warto skierować swój wzrok ku jedynemu w swym rodzaju dziełu tej Amerykanki o skomplikowanym życiorysie i bardzo skromnej pisarskiej spuściźnie.

utracjusz

O blaskach i cieniach poezji wsobnej

Kosmonauci Grzegorza Wróblewskiego, to 37 niezwykle krótkich wierszy, zazwyczaj zdanie, lub dwa, pocięte na kilka wersów. I długość tomiku (przebiega się przezeń w nie więcej niż 10 minut) paradoksalnie jest jego wielkim atutem. Po pierwszej lekturze ma się wrażenie, że to kolejna poezja zawieszona w próżni świata, do którego czytelnik nie ma dostępu, rozpięta gdzieś między wspomnieniami poety a relacjami z jego życia osobistego. Ale po pierwszym okrążeniu, w dość naturalny sposób wraca się tutaj na sam początek – może chodzi o długość i niedosyt, może o lakoniczność wierszy – ja przynajmniej wróciłem odruchowo.

Przy następnym przejściu przez tomik, okazuje się, że kolejne teksty zaczynają ze sobą korespondować i choć całość nadal zawieszona jest w próżni, to poszczególne wiersze znajdują punkty oparcia w sąsiadujących utworach. I tak, stopniowo, z tej rozsypanej układanki, zaczyna układać się spójny obraz. Przez dłuższy czas krążyłem po książce z prądem i pod włos, przeskakiwałem z wiersza na wiersz i w końcu znalazłem jakiś klucz do zrozumienia całości, miejsca, w których mogłem się ze swoimi bagażami odnaleźć. Każdy kolejny powrót ujawnia ukryte w Kosmonautach rzeczy.

Tomik Wróblewskiego to książka o samotności, alienacji i rozstaniu – bezpośrednie odnośniki do tego znaleźć można na całej długości. Autor sam ustawia się nieco poza światem, sam zawiesza kolejne wersy w próżni, stawia granicę, której nie przekracza, podkreśla swoje oddzielenie od świata i jego spraw. W pierwszym wierszu, Morświnach, przeczytamy takie słowa:

Płynę zaplątany w wodorostach.
Na brzegu życie dwunożnych.

I owszem – zdarza się, że szum rzeczywistości dociera do niego, nawet dość głośno, on zawsze zostaje jednak obok, wyraźnie stoi poza nią. W jednym z wierszy ów szum przybiera kształt losowych informacji, żywcem wyjętych z programów newsowych, między które autor wplata w nawiasie, niby mimochodem, najważniejsze zdanie (i jednocześnie tytuł) wiersza: Myślę o Tobie nieustannie… W innym, z kolei, gdzieś w tle przewijają się sonda na Marsie i papieskie kazania, ale tylko przez moment, jako jakieś przebłyski ze świata zewnętrznego, który, choć na moment zwraca uwagę autora, to tak naprawdę nie zajmuje go specjalnie.

Tę alienację poety od świata ludzi podkreśla mocne zakotwiczenie w świecie zwierząt, świecie biologii. Już w pierwszym, wspominanym wierszu, nazywa się autor Morświnem. W drugim zaś pisze o zdechłym krabie na kamieniu, by dwa wersy niżej dodać: nadal żyję. W ogóle kraby są mu, zdaje się bardzo bliskie. Spójrzmy na wiersz Krab:

Być krabem w następnym wcieleniu.
Nawet taka wersja daje mi satysfakcję.

Z kolei wiersz Morze wyrzuca na brzeg zdechłe kraby, robi wrażenie, jakby poeta, wystraszony, zapomniał o tym, kim jest w rzeczywistości, pisze: Za każdym razem myślę, że chodzi tu o mnie. Tak jakby rozmyciu ulegała już nie tylko granica między nim a światem, ale także jakieś wewnętrzne linie, trzymające w sobie „ja”. Czy to autor jest tym krabem, nie do końca żywym i nie do końca martwym, (z pewnością jednak tęskniącym)? Do takich półstanów znajdziemy też odniesienie w Kamieniach: Nie mają duszy / ale są nieśmiertelne. To w sumie / najważniejsze. W Beztlenowcach kolejne biologiczne westchnienie: Rozumiem każdą formę życia. Ale czy rozumie i siebie? Czy to „ja” nie dociera do niego momentami równie niewyraźnie, co wszystkie sygnały ze świata? 

Gdzieś tam, między odrywaniem się od świata, asymilacją z jego nieludzką częścią i kolejnymi wspomnieniami, dość otwarcie wybrzmiewają tony utraty i tęsknoty. W Czy do mnie powrócisz?, jest mowa o łykaniu pigułek, które mają „mi” tę, czy inną „Ciebie” przywrócić. Ale to oszukiwanie siebie, życie złudzeniami. Czy się w końcu pojawisz (…)?, pada pytanie do Królowej Kotów w innym wierszu. Nie, nie pojawi się, ma teraz inne zajęcia, dowiadujemy się z utworu Co teraz robisz: Pewnie kopulujesz ze swoim nowym facetem.

Wszystkie te wyraźnie wyrażane tęsknoty, świetnie korespondują z tymi ucieczkami od świata, z tym życiem na jego marginesie. Przez okno czasem pobrzmiewają jakieś zewnętrzne szumy, ale to nieważne, ważny jest jakiś dziwny, wewnętrzny świat budowany w kolejnych wierszach, jak skorupa, w której żyje ten krab, nie wiadomo: żywy, czy martwy.

Nazwałbym tę poezję poezją wsobną, skierowaną na własne, czasami rozmywające się „ja”. Wszystkie te ucieczki i skupienie na własnych stanach i przeżyciach, czyni z tomiku Wróblewskiego doświadczenie ciekawe, acz małe. Więcej jest tu drzwi zamkniętych, niż otwartych, nie ma szerokich krajobrazów, jest skrawek plaży z szumem morza, zachodem i zdechłym(?) krabem, wszystko zamknięte w urywku jakiegoś wspomnienia. Jako, że w poezję wchodzi się z własnymi bagażami, Kosmonauci mogą okazać się pretekstem do takiej właśnie wewnętrznej podróży, do posiedzenia we własnych wspomnieniach (bez względu na to, czy będzie to urywek plaży, gór, czy łąki). Często zdarza mi się poddawać w wątpliwość jakość poezji skupionej na tym, co autor widzi, czego czytelnik jednak nie dostrzega. I tutaj tak jest, tomik jednak w bardzo dziwny sposób wciąga w dialog i poszukiwania. Owoce tych poszukiwań są coraz większe, rosną wraz z powtórzeniami. Rośnie też szansa znalezienia tam własnych samotności i tęsknot.

Kończąc. Wyobrażam sobie tego poetę, zamkniętego w jakiejś małej kapsule, krążącego gdzieś wysoko nad światem, odległym i jakby nierzeczywistym. Świat jak szklana kulka w pustce. To bardzo podobna samotność, jak ta, którą przeżywa Major Tom w piosence Bowiego. Zawisł gdzieś nad światem i spoglądając nań, śpiewa sobie pod nosem:

Planet Earth is blue
and there’s nothing i can do.

Paweł M

Herbert / Dęby

Historia tym smutniejsza, że prawdziwa. Niejedno męskie serce złamała, ale nie jest to historia o miłości, nie ma w niej kobiet, są tylko mężczyźni i drzewa.

Bałem się iść na wielką górę, bo wiedzieliśmy przecież wcześniej. Ale nieszczęście wydarzyło się wysoko, daleko, może było nieprawdą. Może podłym kłamstwem. Mieliśmy nadzieję, że dwa ziarna wiary starczą.

Mieszkają tam lasy mieszane. Dominuje sosna, mniej jodły i modrzewia; gdzieniegdzie jaśnieje łagodnie kora buka. Idzie się długo pod górę, zrazu skotnica (starodawne słowo na kamienistą drogę), potem już sam wąwóz, wydrążony strumieniami wody i byle jak ciągniętym w dół drzewem.

Ojciec opowiadał mi historie, jak to było dawno. Starsi, mówił, nie dawali ciągnąć za koniem kłód po drodze, bo robił się wielki lej i niszczyło to przegrody, które odprowadzały wody.

Teraz ani przegród, ani koni, ani starych. A na górze jest las. Był las. Wszystko poumierało. Starzy, którzy pilnowali dróg lepiej, niż własnych żon, poumierali i nie ma już furmanów (to też się robi powoli anachronizm). Furmani byli wiecznie podpici, cuchnęli końmi i mieli donośne głosy. Pracowali razem z końmi i zawsze mieli do opowiedzenia wielkie historie, a przeklinali jak nikt inny na świecie. To byli aniołowie przeklinania, mieli swoje psalmy bluzgów, chorały inwektyw, wielkie modlitwy obelg. Byli aniołami, ale zniknęli.

Konie żywe zastąpiono mechanicznymi i LKT napierdalają po borach. Ta maszyna to wielkie bydle, wjedzie wszędzie, a 200 metrów liny wyciągnie najbardziej zaparte korzeniami w ziemię drzewo. A przegród nie ma, bo maszyny mają rozstaw gąsienic jak czołgi.

Tak się czasy zmieniły. Las umarł, bo przyszła wichura i, o: był las, nie ma lasu. Ciekawe jakiego króla pamiętał i czy wiedział, że ojciec myślał o nim codziennie z miłością. I ja też miałem myśleć, i syn mój, i jego dzieci.

I wiecie, został jeden dąb na szczycie tej góry. Kiedy zetnie się dęba, do jego świeżego mięsa zlatują się komary i piją mu krew. Pachnie kwaśno i leśnie, a dłonie od dotyku robią się ciemne. Dąb się garbnikiem broni, ile sił.

Stoimy z ojcem na szczycie góry. Wkoło powalone drzewa. Jeszcze dąb ma świeże liście, a pod każdym liściem rozpacz.

Zachodzi słońce nad nieskończoną ziemią.

Marcin

Lektury uzupełniające #21 Miasto pizzy z pummarolą

autor: Maciej Hen; książka: Solfatara

Maciej Hen przenosi nas do roku 1647, do Neapolu -cierpiącego już od ponad 150 lat pod hiszpańskim jarzmem. Cała akcja powieści obejmie 9 dni ludowego powstania rybaka Masaniello  (czyli Tomasza Anioła, bo to skrót od dwóch imion: Tomasso Angelus). I jest upalny lipiec. Ale że to powieść szkatułkowa, rozpisana na wiele głosów, tak naprawdę wędrujemy po Europie, po dużo dłuższym odcinku czasu, od samych początków siedemnastego wieku, towarzysząc w przygodach międzynarodowemu, artystycznemu i często arystokratycznemu towarzystwu. I nie dziwimy się, że ostatecznie, wszystkie drogi wiodą do Neapolu, bo ten cierpiący i pod jarzmem Neapol był w połowie wieku nie tylko miejscem społecznych fermentów ale i kwitnącym miastem, i ostoją sztuk wszelakich. 

640px-vue_de_metz_et_descente_de_croix_barra_26_de_nomc3a9 

Bo wszystko tu zostało zmyślone lecz poza tym to sama prawda. Plejada postaci historycznych uczestniczy w prawdziwych wydarzeniach. Czytamy o miejscach, które nadal istnieją, o namalowanych naprawdę obrazach i rzeczywiście skomponowanych utworach. Można spokojnie czytać Solfatarę bez pomocy internetu -zwłaszcza gdy posiada się wiedzę czym jest pummarola – ale, zapewniam, odrobina dociekliwości jedynie zwiększy przyjemność lektury.

Pierwszy głos w tej opowieści należy do Fortunata Petrelliego – wydawcy neapolitańskiej gazety, dziennikarza, drukarza, twórcy własnego formatu czcionki (piękny motyw i nie udało mi się sprawdzić czy w całości przez Macieja Hena wymyślony – zachwyca jak gładko w powieści przenikają się fakty ze zmyśleniem). Ale w Solfatarze dzieje się tak wiele, że właściwie głównego bohatera możemy sobie wybrać. Dla mnie (i z pewnością nie jestem w tym odosobniona) postacią centralną całej historii jest François de Nomé -malarz z miasta Metz. Powiązane z tym bohaterem wątki, spajają Solfatarę w całość i  sprawiają, że wbrew pozorom chaosu, wszystkim tym opowieściom w opowieściach, cała historia ma bardzo silny szkielet. (Ogromnie się zdziwiłam, gdy przeczytałam w wywiadzie, że Maciej Hen pisał Solfatarę 9 lat – właśnie dlatego, że odbieram tę książkę jako niezwykle spójną.) Tajemniczy lotaryński artysta jest też chyba głównym powodem dla którego warto w internecie poszperać. Żeby obejrzeć obrazy i poznać fakty, z których ukuł bohatera Hen, bo wymyślił do tych fantastycznych wedut (czy kaprysów)  i całego dzisiejszego zamieszania związanego z atrybucją obrazów, genialne charaktery i spektakl. (Dwaj bohaterowie opowieści François de Nomé i Didier Barra nie dość, że często malowali wspólnie, to posługiwali się też tym samym pseudonimem. Nic dziwnego, że po śmierci zaczęli  w końcu być postrzegani jako jeden twórca. Dopiero dwudziestowieczne badania rozdzieliły ich na nowo. A żeby dopełnić zamieszania, w wielu ich pracach widać współuczestnictwo dodatkowych artystów.)

607px-franc3a7ois_de_nomc3a9_-_head_of_saint_john_the_baptist_presented_to_salome_-_walters_37329

Trzeba powiedzieć, że Solfatara to naprawdę gruba powieść (900 stron, ale nie przekracza jeszcze tego progu niewygody, kiedy to zbyt grube powieści same się zamykają i wymuszają na nas nienaturalną, nieleżącą pozycję przy czytaniu  – któż nie pamięta tej denerwującej właściwości Lodu?). Od razu też podkreślę, że bardzo szybko nieprzeczytane jeszcze strony zaczęły mnie cieszyć, bo Solfatara to jedna z takich przygód, przy których żałujemy, gdy dobiegają końca.

Podobnie jak ulubionego i najważniejszego bohatera, możemy sobie też wybrać, co jest tak właściwie głównym tematem powieści. Może krwawa rewolucja? Ten wciąż powtarzający się moment dziejów, w którym cynizm i egoizm władzy spotykają okrucieństwo i głupotę tumów. W Solfatarze jest kilka prawdziwie wstrząsających scen. Może Neapol? Ukazany barwnie, wnikliwie, rzetelnie. I jednocześnie, w wielu epizodach, będący żartobliwym pogłosem naszych współczesnych wobec tego miasta oczekiwań (spontaniczny i pełen życia – zwanego też hałasem, bogaty sztuką, z górującym nad krajobrazem Wezuwiuszem i można tu pysznie, i tanio zjeść. Choćby pizzę z pummarolą.). Może tematem jest wiek siedemnasty? Ściślej – pierwsza połowa – z jej politycznymi fermentami, podziałami społecznymi, wojnami i wojenkami, ale i codziennością zmierzającą wielkimi krokami ku epoce oświecenia, w blask rozumu i nauki. Ten siedemnasty wiek jest zresztą bardzo u Macieja Hena współczesny i z pewnością został tak potraktowany świadomie, kto szuka w powieści historycznej mentalnych przepaści, dowodów na nieustający postęp historii i ewolucję ludzkości, ten może się zawieść. (Jednocześnie język Solfatary jest lekko stylizowany, nie w formie, wiec czyta się łatwo, ale w zawartości. Cieszy pięknymi, dziś zakurzonymi słowami). Może tematem przewodnim są artyści?  Ci spełnieni  – jak kompozytor madrygałów i morderca żony Carlo Gesualdo, genialni lecz wiecznie niezaspokojeni – jak de Nomé; ci, żyjący w cieniu cudzego talentu – jak Didier Barra; sprytni i zapracowani – jak Vittoria Basile. Ci, którzy zrezygnowali – jak nasz narrator i ci, którym nawet do głowy nie przyszło, że ich życie to pogoń artysty za wolnością i pięknem – jak Donna Sveva.

nomc3a9_landscape

Bez wątpienia zawiera Solfatara potężny ładunek melancholii. Przyczyny jej znajdziemy i w Macieja Hena braku złudzeń co do spectrum definicji człowieczeństwa i w silnej w powieści świadomości/samotności przemijania  -jest ona jeśli nie wiodącym motywem, to na pewno silnym pogłosem opowiadanych historii. Ale przede wszystkim znajdziemy tu piękno, przygodę i wiarę w życie. Bo w ogólnym rozrachunku, wspomnieniu, które zostaje z lektury, to książka otwarta, chwaląca drobne i większe życia radości, pozbawiona cynizmu i składająca hołd prawie dziecięcej naiwności (przeciw „prawdom szpicli przyczajonych w wychodkach”). No i last but not least, jest też Solfatara po wielokroć bardzo zabawna (z fenomenalną historią pierwszej miłości młodego Fortunata okraszoną spotkaniem z panem Liguin-Za).  

Bardzo też podobało mi się poetyckie zakończenie. Naiwność Forunata mnie urzeka, jest zwieńczeniem jego życia artysty.  

Agnieszka Ardanowska

Recenzji towarzyszą obrazy. Kolejno:

Powstanie Masaniello na Piazza Mercato, Michelangelo Cerquozzi i Viviano Codazzi, Galeria Spada, Rzym

Widok Metz ze wzgórza Bellecroix, François de Nomé i Didier Barra, kolekcja prywatna

Salome oglądająca głowę Jana Chrzciciela, de Nomé i Barra, Walters Art Museum, Baltimore

Pejzaż z fantastycznymi ruinami, de Nomé, Muzeum Narodowe w Warszawie

Bardzo krótko / Ernst Augustin / Zakład kąpielowy

„Zakład kąpielowy” to ambitny projekt artystyczny. Augustin bierze na tapet topos, wydawałoby się, wybebeszony już w literaturze europejskiej na wszystkie strony, do wyrzygania, czyli rozpad świata jednostkowego pod wpływem traumatyzujących przemian dziejowych, i daje mu nowe szaty. Co ciekawe, o wojnie nie pada tu przy tym ani jedno słowo. Wiele słów opisuje za to cały brud, który się wówczas szeroko rozlewa z ludzkich wnętrz, a także tryumf instynktów nad uosabiającym rozum porządkiem.

„Zakład” to zarazem przepracowany na nowo mit o synu marnotrawnym, testowany przez Augustina w równoważnych, lecz wzajemnie wykluczających się wariantach, przy czym autor utrzymuje całość w karbach jednej opowieści. A nie jest to łatwe, bo jednocześnie podważa dogmaty, na których opiera się nasze przekonanie o stałości świata – integralność jaźni, linearność czasu – a wraz z rozpadem osobowości bohatera powolnemu rozkładowi ulega struktura powieści.

Kolejnym, trochę może oczywistym tematem jest zagubienie, utrata tożsamości w nowoczesnym świecie, rozpaczliwe poszukiwania jakiegoś punktu oparcia, choćby za cenę życia w kłamstwie. Surrealistyczny klimat powieści, a także pętla, w którą wpadł bohater, nieodparcie przywodzą mi na myśl film „Zeszłego roku w Marienbadzie”, starszy od „Zakładu” o dwa lata i realizujący te same założenia nouveau roman.

Augustin stale podsyca niepokój czytelnika, zasypuje go nadmiarem absurdalnych niekiedy szczegółów, fantastycznymi skojarzeniami. Jako czytelnik ani przez chwilę nie czułem się w „Zakładzie kąpielowym” na pewnym gruncie, bezpieczny. A przecież o to właśnie między innymi chodzi w literaturze.

I dla jakiegoś powodu to właśnie tę spośród swoich licznych powieści postanowił po ponad czterdziestu latach poprawić i odświeżyć urodzony w Jeleniej Górze niemiecki prozaik. Jako że zreaktywowany PIW bardzo prężnie działa na rynku ambitnej prozy, może pokusiłby się o udostępnienie polskiemu czytelnikowi „Badehaus Zwei”?

Tymczasem ostrzę sobie zęby na „Mamę” Augustina, wydaną przez PIW przed sześciu laty w przekładzie znakomitej Małgorzaty Łukasiewicz. Jeśli i ta powieść pozostawi mnie w podobnym oszołomieniu co „Zakład kąpielowy”, zaoszczędzę fortunę na dopalaczach.

utracjusz

Babcia / Herbert

Wiersze Herberta nauczyły mnie odkrywania na nowo rzeczy. Po prostu rzeczy. Przypominam sobie babcię i jej przedmioty, ile razy otwieram górną szufladę podłużnej szafki w kuchni – jej umieranie zaczęło się od zapachu leków, bandaży, syropów i maści. Ta szuflada jak zamknięte serce naszego domu, o zapachu, którego nie znajdziesz nigdzie indziej. I jeszcze szyba na okrągłym stole, przy którym rysowałem samochód mając sześć lat, a ona siedziała, czytając „Panią Domu”. Różaniec w brązowe korale, którego szept często dochodził mnie, kiedy modlitwa to była mistyka i tajemnica, której byłem niechętny.

Umieć sprawić miejsce przytulnym, cichym, osobliwym i własnym. Bez agresji, z mocną pewnością, że to, co było do zrobienia, zostało zrobione najlepiej. To jest chyba rola babci. Nie czytała mi książek albo tego nie pamiętam. Miała kilka modlitewników z dużymi literami, maszynę do szycia, stare kapcie, podomkę we wszystkie odcienie błękitu (w sumie babcia to tyle co niebo), zielony koszyk na ziemniaki, tabletki w żółtym opakowaniu i zawsze mówiła: dbaj o rzeczy.

Dbałem o książki, nie mam innych rzeczy. Dali mi książki, więc dbam o książki. Boję się, kiedy ktoś źle obchodzi się z książką, wydaje mi się, że oto wybija maleńkie źrodło nienawiści, od którego serce podchodzi do gardła i głos zamiera. Bo co zrobić. Sprzeciwić się, ale czemu? Podnieść głos i co powiedzieć? Potrzebna by była mądra rada babci. Skąd wziąć. Z książek i z pamięci.

Herbert – Babcia

moja przenajświętsza babcia
w długiej obcisłej sukni
zapinanej
na niezliczoną ilość
guzików
jak orchidea
jak archipelag
jak gwiazdozbiór
siedzę na jej kolanach
a ona mi opowiada
wszechświat
od piątku
do niedzieli
zasłuchany
wiem wszystko –
co od niej
nie zdradza mi tylko swego pochodzenia
babcia Maria z Bałabanów
Maria Doświadczona
nic nie mówi
o masakrze
Armenii
masakrze Turków
chce mi zaoszczędzić
kilku lat złudzenia
wie że doczekam
i sam poznam
bez słów zaklęć i płaczu
szorstką
powierzchnię
i dno
słowa

Ona widziała przez całe życie jeden obraz: jaskrawe słońce wspinające się po dachówkach starej poczty na tle zielonych lasów najpiękniejszej miejscowości świata. Z ciepłego łóżka stawiała bose stopy na zimną podłogę. Wpatrzona w szare ściany czekała tak chwilę.

Potem sprawiała, że mogę dzisiaj myśleć: moja przenajświętsza babcia.

Marcin

Świat Dysku: Rychłoż się zejdziem znów?

Dzisiaj trochę o wiedźmach. Ale nie o takich jak w bajkach, nie o takich, jakie najczęściej sobie wyobrażamy, tylko o wiedźmach Pratchettowych. Czyli już na wejściu wiadomo, że normalnie nie będzie. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z Pratchettem, cykl o wiedźmach nie był moim ulubionym. Z czasem do niego dojrzałam, zaczęłam w sobie widzieć coraz więcej podobieństw do niani Ogg na przemian z babcią Weatherwax, ale… nie będę wyprzedzać faktów.

O wiedźmach przeczytamy w następujących tomach:

  • „Równoumagicznienie”
  • „Trzy wiedźmy”
  • „Wyprawa czarownic”
  • „Panowie i damy”
  • „Maskarada”
  • „Carpe Jugulum”
  • „Pasterska korona” – która tak naprawdę nie jest częścią o wiedźmach, ale bardzo jej dotyczy

Ułatwię sprawę tym, którzy się zastanawiają, który tom jest najlepszy. Wszystkie są najlepsze, ale „Pasterską koronę” warto przeczytać na samym końcu.

Niech będzie, że wiedźmy są trochę feministkami. Raczej gardzą magami, o których będzie osobny artykuł. A może raczej nie gardzą tylko mają ich gdzieś.

„- Co to za jedni? – rzuciła kątem ust.
– To byli główni magowie – szepnęła Esk.
– Mieli chyba zatwardzenie. Nie spotkałam jeszcze całkiem zdrowego maga. Wiem tylko, że zbiera się na nich kurz.”  [„Równoumagicznienie”]

Magia wiedźm bardzo się różni się od tego, co jest wykładane na Niewidocznym Uniwersytecie w Ankh-Morpork. Przede wszystkim dlatego, że zamiast wysilać się na wielogodzinne, a czasem wielodniowe rytuały dla osiągnięcia jakiegoś marnego efektu, wiedźmy stosują głowologię – pomieszanie zdrowego rozsądku i efektu placebo. Ponadto, rytuały nie zawsze im wychodzą:

„- Przyzywamy cię i rozkazujemy z pomocą tego… – Babcia nawet się nie zająknęła – tej ostrej i straszliwej kopyści.
Woda w kotle zafalowała lekko.
– Patrz, jak rozrzucamy… – Magrat westchnęła – dość zwietrzałą sodę i niezwykle twarde płatki mydlane ku  twej czci. Doprawdy, Nianiu, nie sądzę…
– Cicho! Teraz ty, Gytho.
– Wołam cię i nakazuję posłuszeństwo łysiejącą drucianą szczotką Sztuki i tarą Osłony – zakończyła Niania, wymachując jednym i drugim. Blacha falista odpadła od ramy.”
[„Trzy wiedźmy”]

Magia wiedźm polega na tym, żeby pracować mądrze, a nie ciężko, np. żeby magicznie rozpalić ogień wystarczy wymownie wpatrywać się w drewno, aż ze wstydu samo się zapali. Cóż za oszczędność energii! Jeśli człowiek widzi kobiecinę w czarnym, spiczastym kapeluszu, która mieszka w odludnej chatce i miewa brodawki, kociołki, koty, kruki, a już na pewno miotłę, oczekuje magii.

„Tymczasem niania zwykle stosowała na wszystko gorące okłady i proponowała dużą szklankę tego, co pacjent najbardziej lubi – na zasadzie, że skoro i tak będzie chorować, to niech przynajmniej ma z tego trochę przyjemności. […] Za to babcia… Babcia po prostu dawała ludziom flaszkę barwionej wody i mówiła, że czują się o wiele lepiej. Irytujące było to, że często naprawdę się lepiej czuli” [„Wyprawa czarownic”]

Prawda jest taka, że wiedźmy mają dobre serca, a ich życie polega na pomaganiu innym na bardzo wielu płaszczyznach i to za darmo. Wprawdzie nikt normalny, otrzymując pomoc od wiedźmy nie zapomni się jej odwdzięczyć, ale sama pomoc nadal jest darmowa.

„Niania Ogg potrafiła dostrzec przyszłość w pianie na kuflu z piwem. Przyszłość ta nieodmiennie ukazywała, że Niania wypije odświeżający kufelek, za który prawie na pewno nie będzie musiała płacić.” [„Maskarada”]

wyrd-sisters

Choć w Świecie Dysku wiedźm jest bardzo dużo i przewijają się przez treść książek, cykl o wiedźmach oscyluje wokół trzech bardzo różnych od siebie postaci, które tworzą coś w rodzaju sabatu, w którym tradycyjnie mamy matkę, dziewicę i staruchę. Pomimo starań jednej z nich, żeby utrzymywać choć pozory porządnego sabatu, wygląda to zazwyczaj tak:

„Noc była czarna jak wnętrze kota. Można by uwierzyć, że właśnie w taką noc bogowie przesuwają ludzi niczym pionki na szachownicy losu. Pośród tej burzy żywiołów ogień migotał pod ociekającymi krzewami kolcolistu jak obłęd w oczach łasicy. Oświetlał trzy przygarbione postacie. Kiedy zabulgotał kociołek, ktoś zajęczał przeraźliwie:
– Rychłoż się zejdziem znów? – Zapadło milczenie.
Aż w końcu ktoś inny odpowiedział tonem o wiele bardziej zwyczajnym:
– Myślę, że dam radę w przyszły wtorek.” [„Trzy wiedźmy”]

lub tak:

„Donośnie zabrzmiał wysoki, starczy głos:
– Rychłoż się zejdziem znów?
Zahuczał grom. Inny, bardziej zwyczajny głos odpowiedział:
– Niby po co musiałaś tak wrzeszczeć? Przez ciebie grzanka mi wpadła do ognia.” [„Maskarada”]

Poznajmy bliżej nasze bohaterki.

 

Niania Ogg – Matka

1280x1024ogga

Niania Ogg poniekąd (bardzo poniekąd) jest najbardziej normalną z czarownic. Nie mieszka na odludziu, ma bardzo liczną rodzinę, którą trzyma krótko, jako naturalna despotka. Była zamężna trzykrotnie, ma 15 dzieci i choć jest wdową, matką, babcią i prababcią, nadal lubi cieszyć się życiem.

„Niania Ogg zwykle kładła się spać wcześnie. W końcu miała już swoje lata. Czasami szła do łóżka nawet o szóstej rano” [„Maskarada”]

Niania Ogg posiada kota Greebo, bardzo ciekawą postać, o której więcej napisałam tu, więc powtarzać się nie będę: https://statekglupcow.wordpress.com/2017/03/19/swiat-dysku-jakis-potwor-tu-nadchodzi-swiat-dysku/

Cu3-rRqWYAAV3j0.jpg

W przeciwieństwie do innych czarownic, Niania Ogg potrafi się odnaleźć wszędzie i z każdym dogadać – doskonale wtapia się w tło i wzbudza w prawie wszystkich sympatię, co jest dość niezwykłe w przypadku czarownic, które przeważnie wzbudzają co najwyżej niepokój i grozę.

„- Interesuje się pani muzyką, pani Ogg? — zapytał.
Niania przytaknęła z dumą.
– Potrafię wydobyć melodię prawie ze wszystkiego, jeśli tylko dostanę parę minut, żeby to obejrzeć. Nasz Jason umie grać na skrzypcach, nasz Kev na trąbce, wszystkie moje dzieci potrafią śpiewać, a nasz Shawn wypierdzi każdą melodię, jaką kto zamówi.”
[„Maskarada”]

Trzeba ją również podziwiać za szeroko pojętą bezpośredniość:

„- Co się stało?
– Majtki mi się rozpruły.
– Ja tam zawsze wolę,jak jest przewiew – stwierdziła Niania.” [„Carpe Jugulum”]

Niania Ogg słynie z zamiłowania do wyskokowych trunków, nie tylko w kwestii spożycia, ale i produkcji:

„Niewielu ludzi w ogóle kosztowało domowej brandy niani Ogg. Był to wyczyn technicznie niemożliwy. Kiedy tylko płyn trafiał do ciepłego wnętrza jamy ustnej, natychmiast zmieniał się w opary. Piło się go przez zatoki” [„Carpe Jugulum”]

Spożycie natomiast często kończyło się w przypadku Niani Ogg tak:

– Gdzie Niania? – spytała tylko.
– Leży na trawniku – wyjaśniła Babcia. – Czuje się trochę słabo.
Z zewnątrz dobiegł głos Niani Ogg, która czuła się słabo na całe gardło” [„Trzy wiedźmy”]

„Babcia nie czuła się dobrze w publicznych lokalach. Siedziała sztywno ze swoim porto z cytryną, jakby było tarczą przed pokusami świata. Niania Ogg za to entuzjastycznie kończyła trzeciego drinka. Babcia pomyślała niechętnie, że koleżanka podążała już drogą, która  prawdopodobnie doprowadzi ją do tańca na stole, z pokazywaniem halek i śpiewem „Jeża przelecieć się nie da”.” [„Trzy wiedźmy”]

Piosenka o jeżu i „Laska maga ma na czubku gałkę” to żelazny repertuar Niani Ogg. Wprawdzie żadna z tych piosenek nie ukazała się w całości w żadnej z książek ze Świata Dysku, ale obie doczekały się mniej lub bardziej przerażających fanowskich wersji, do odszukania w czeluściach internetu.

 

Magrat Garlick – dziewica

e7e83fcc43e320e78e231f9712f64d70

No, może nie do końca dziewica, bo gdzieś po drodze udało się jej zostać królową Lancre, ale kiedyś na pewno była. Głównymi życiowymi problemami Magrat są:

1 – imię,

„Wszystko przez to, uważała zawsze, że jej matka miała braki w sztuce pisania. Kochająca matka poprawnie napisałaby: Margaret. A wtedy córka byłaby Peggy albo Maggie – solidne, krzepkie imiona, na których można polegać. Z Magrat niewiele daje się osiągnąć. Brzmi jak nazwa czegoś, co żyje w jamie na brzegu rzeki i ciągle jest zalewane wodą.”
[„Wyprawa Czarownic”]

2 – to, że jest młoda, więc nie ma żadnego respektu wśród pozostałych czarownic,

„- I jeszcze powiedziała, że chce być bardziej asertywna – oświadczyła Babcia.
– Nic w tym złego – zapewniła Niania. – Bycie czarownicą właśnie na asertywności polega.
– Nie mówiłam, że jest w tym coś złego – odparła Babcia. – Powiedziałam jej, że nic w tym złego. Możesz być tak asertywna, jak tylko ci się podoba, powiedziałam, bylebyś robiła, co ci każą.” [„Wyprawa czarownic”]

3 – to, że jest bardzo płaska i niezbyt urodziwa, a we włosy lubi wplatać kwiaty w dużych ilościach, tylko nie zawsze pamięta, żeby je wyciągnąć jak już zwiędną,

4 –  to, że przejawia bardzo niezdrowe zafascynowanie wszelkiego rodzaju amuletami i magicznymi akcesoriami, którymi obwiesza się od stóp do głów.

„Takie na przykład magiczne noże. Posiadała pełną kolekcję magicznych noży z odpowiednimi kolorowymi rękojeściami i skomplikowanymi runami na klingach.
Dopiero wiele lat instrukcji babci Weatherwax przekonało Magrat, że zwykły kuchenny nóż do chleba jest o wiele lepszy od większości ozdobnych noży magicznych. Nie tylko potrafi zrobić wszystko, co tamte, ale jeszcze można nim kroić chleb.” [„Wyprawa czarownic”]

Magrat jest romantyczką: chciałaby, żeby jej życie i życie jej sabatu wyglądało tak, jak powinno, ze wszystkimi fascynującymi elementami czarownictwa. Rzeczywistość jednak jest brutalna i Magrat ciężko się jest z nią pogodzić.

„- Czarownice nie są takie – ciągnęła Magrat. – Żyjemy w harmonii z wielkimi cyklami natury, nikomu nie robimy krzywdy. I wstrętne jest twierdzić inaczej. Powinnyśmy wypełnić im kości roztopionym ołowiem.(…)
– To chyba nie byłoby właściwe- stwierdziła Babcia po krótkiej walce z myślami. – Ludzie źle by o nas myśleli.
– Ale niedługo – westchnęła z żalem Niania.” [„Trzy Wiedźmy”]

Magrat jest osobą, którą łatwo opanowują emocje, co w życiu czarownicy nie jest wskazane.

„Magrat była zirytowana. Była też przestraszona, co irytowało ją jeszcze bardziej. Ludzie ciężko znosili irytację Magrat. Przypominała atak mokrej chusteczki.”
[„Wyprawa czarownic”]

Jej ślub z królem Verencem był dość niespodziewany, ale dał czarownicom zdecydowanie większą kontrolę nad losami ich małego państewka.

„- A one co robią?
– Nie wiem.
– Przecież jesteś królem, prawda?
– Ale one są czarownicami. Nie lubię zadawać im pytań.
– Czemu nie?
– Bo mogłyby mi odpowiedzieć. I co bym wtedy zrobił?” [„Panowie i damy”]

 

Esme Weatherwax – ta trzecia…

granny_weatherwax_by_zenzzen

Ta trzecia, bo nikt przy zdrowych zmysłach w tytule nie nazwałby Babci Weatherwax staruchą, chyba że nie jest specjalnie przyzwyczajony np. do życia. Było śmiesznie (Niania Ogg), było chaotycznie (Magrat Garlick), a teraz żarty się skończyły. Babcia Weatherwax jest „najbardziej szanowaną ze wszystkich przywódczyń, których nie mają czarownice” [„Wyprawa Czarownic”] Mimo pozycji staruchy, Babcia Weatherwax jest również dziewicą, co dodatkowo świadczy o tym, jaka to niezłomna kobieta i poniekąd matką, bo krainę Lancre, którą nasze czarownice się opiekują, traktuje trochę jak własne dziecko, chociaż do dzieci nastawienie ma trochę jak ja:

„Babcia przygryzła wargę. Nie bardzo wiedziała, jak ma się zacho­wać w stosunku do dziecka. Dzieci uważała – przy tych rzadkich oka­zjach, kiedy w ogóle o nich myślała – za coś pośredniego między ludź­mi a zwierzętami. Znała się na niemowlakach: z jednego końca trze­ba lać mleko, a drugi utrzymywać w czystości. Dorośli są jeszcze łatwiej­si, bo sami się karmią i myją. Ale pomiędzy jednymi a drugimi istniał świat, którego nie próbowała nawet zrozumieć. O ile się orientowała, należy tylko pilnować, żeby nie złapali czegoś groźnego, i mieć nadzie­ję, że wszystko się dobrze skończy.” [„Równoumagicznienie”]

Babcia Weatherwax jest absolutną mistrzynią wspomnianej wcześniej głowologii, a także innej, bardzo użytecznej umiejętności czarownic, pożyczania, czyli wchodzenia w inny umysł – ale zawsze, kiedy to robi, na wszelki wypadek kładzie obok kartkę z napisem:

3969008_print_1

Esme Weatherwax jest osobą niezwykłą. Wszystkiego nauczyła się sama lub z pomocą starszych, doświadczonych wiedźm. Spojrzenie na świat ma bardzo klarowne i trochę nie lubi, kiedy ktoś myśli inaczej niż ona.

„Po raz pierwszy w życiu przyszło Babci do głowy, że może jest jed­nak coś ważnego w tych książkach, które ostatnio świat tak ceni. Książ­kom była przeciwna z powodów moralnych: słyszała, że wiele z nich napisali ludzie nieżyjący, rozsądek podpowiadał zatem, że czytanie ich byłoby równie grzeszne jak nekromancja.” [„Równoumagicznienie”]

Ma też znakomity sposób na życie – udaje, że wszystko wie. Im większa pewność siebie, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś ci uwierzy, co bardzo w Babci Wetaherwax podziwiam i często sama z tego korzystam.

„-(…)Jeśli nie możesz się nauczyć jeździć na słoniu, naucz się przynajmniej jeździć konno.
– Co to jest słoń?
– Rodzaj borsuka – wyjaśniła Babcia.
Nie dzięki przyznawaniu się do ignorancji od czterdziestu lat cie­szyła się sławą znawczyni natury.” [„Równoumagicznienie”]

A kiedy już przyznaje, że czegoś nie wie, robi to w doskonałym stylu i z postawą waleczną:

„- Nie zna się pani na łodziach! – protestował Cutangle.
– W takim razie będę musiała się szybko nauczyć – odparła spo­kojnie.
– Ale ja ostatni raz pływałem łódką jeszcze jako chłopiec!
– Nie prosiłam cię, żebyś szedł za mną. Czy ta szpiczasta część to przód?” [„Równoumagicznienie”]

Babcia Weatherwax nigdy nie lubiła używać map, bo „instynktownie wyczuwała, że spłaszczają krajobraz.” [„Wyprawa czarownic”], ale nigdy się nie gubiła:

„Babcia Weatherwax wcale się nie gubiła. Nie należała do osób, które się kiedykolwiek gubią. Po prostu w tej chwili wiedziała co prawda dokładnie, gdzie się znajduje, ale nie była pewna lokalizacji wszystkich innych miejsc.” [„Trzy wiedźmy”]

Babcia gardzi amuletami, wróżeniem i wszelkimi magicznymi akcesoriami, które uważa za zbędne. Choć żałuje, że nigdy nie wyhodowała sobie żadnej porządnej brodawki, nigdy nie zniżyłaby się do kupienia sztucznej włochatej brodawki (ani też innych akcesoriów typu cuchnące stopy i zielone ręce czarownicy) w sklepie Boffo:

„- Herbaciane fusy nie znają przyszłości – przypomniała cichym głosem babcia. – Wszyscy o tym wiedzą.
– Fusy nie wiedzą.

– A kto byłby takim durniem, żeby tłumaczyć cokolwiek kupce suszonych liści?”[„Maskarada”]

Esme Weatherwax jest kobietą wyjątkową, jednak ciężko nie zauważyć, że:

„Kłopot jednak polegał na tym, że człowiek powinien mieć kogoś obok siebie, żeby mu demonstrować, jaki to jest niezależny i samodzielny. Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.” [„Maskarada”]

Granny-Weatherwax-Discworld-Pratchett-c

 

Zła wiadomość, dla wszystkich kobiet (bo trzeba być kobietą), które chciałyby zostać czarownicami jest taka, że niestety trzeba posiadać do tego wrodzony talent i pewne umiejętności, które rozwija się wprawdzie później, ale jakieś zalążki należy mieć już na starcie. Wizja ciężkiej roboty od świtu do nocy, bez ubezpieczenia, urlopu i chwili oddechu nie jest więc dla nas wszystkich otwartą opcją.

Dobra i zła wiadomość dla tych, którzy wiedźmy polubili – jest gra planszowa. Dobra wiadomość, bo gra jest podobno świetna (podobno, bo niestety nie próbowałam). Zła, bo dostać jej właściwie się nie da. Już na wejściu nie należała do tanich, a używane egzemplarze, które pojawiają się co jakiś czas na internetowych aukcjach, zwalają ceną z nóg, choć zawsze chętnych znajdują.

_bg-1f57eead6c-6105

 

Ode mnie to tyle na dziś. Do przeczytania przy następnej okazji.

 

Betoniarka

 

 

Zdjęcia:
https://terrypratchettandme.wordpress.com/2016/07/05/wyrd-sisters-by-terry-pratchett-1988/
http://fantastyczne-zaczytanie.blogspot.com/2011/02/swiatowy-dzien-mruczacego-darmozjada.html
https://denisesjones.deviantart.com/art/Granny-Weatherwax-72754197
https://pl.pinterest.com/pin/216524694555045794/
https://cupsell.pl/produkt/3058213-NIE-JESTEM-MARTFA.html
https://twitter.com/discworld_com/status/787565531440242688
https://theidlewoman.net/2017/01/10/wyrd-sisters-terry-pratchett/wyrd-sisters/
http://replikator.pl/Gry-planszowe-i-towarzyskie-k55/Gry-przygodowe-k176/Swiat-Dysku-Wiedzmy-p6105.html
http://www.writeups.org/granny-weatherwax-discworld-pratchett/