O pasażu międzyświatowym / Balzac / Ojciec Goriot

Ojciec Goriot to rzecz o dwu zagadnieniach: to galeria postaci i galeria rozczarowań (rozczarowań owych postaci, nie czytelniczych!).

Wielki i piękny Paryż pierwszej połowy XIX wieku mieści w sobie dwa, zupełnie obce i wrogie sobie światy. Jest miejscem rosnących kontrastów społecznych. Żyć w Paryżu znaczyć może równie dobrze: wieść żywot półboski jak i psi żywot. To samo miejsce, ten sam czas, dwa różne światy. Jeden od drugiego oddalony o długość kilku ulic i chodników. Przejść sobie ot tak, z jednego miejsca w drugie, jest jednak rzeczą niełatwą.

Cała opowieść zaczyna się w tym pierwszym, niskim świecie, w ubogiej oberży wdowy Vauquer, w której pokoje wynajmuje i stołuje się pewna gromada. Lokal to raczej obskurny, toteż i jego mieszkańców zaliczyć w poczet wysokich klas się nie da. Jest tu młoda panna bez posagu, jest student medycyny, jest podejrzany awanturnik, jest wreszcie tytułowy starzec, z tajemnicami tak w przeszłości, jak i w teraźniejszości.

Na Paryż patrzymy jednak z perspektywy młodego człowieka, ubogiego studenta prawa, Eugeniusza de Rastignaca. Umiejscowienie go w centrum narracji, czyni Ojca Goriot opowieścią o próbach przebicia pewnej niewidzialnej granicy, próbach dostania się do wysokiego, niedostępnego świata paryskiej elity. Stąd, z ubogiego przybytku pani Vauquer, widok roztaczający się na francuską stolicę, jest doprawdy beznadziejny, zwłaszcza dla kogoś, komu serce i ambicje, bez względu na cenę, nakazują dostać się na same szczyty.

Z samego dna na sam wierzchołek, daleka droga i nawet największe kroki nie czynią celu bliższym. Natkniemy się po drodze na wyśmienitą scenę, w której ubogi student wyżebrze u swej rodziny astronomiczną dlań kwotę półtora tysiąca franków. Wzbogacony o tak wielką fortunę, patrzy w górę bez kompleksów, wie, że świat stoi przed nim otworem, że nic już go nie powstrzyma. Ale oto zjawia się Vautrin, awanturnik i łotr (postać przy tym niezwykle ciekawa i budząca sympatię, przynajmniej u piszącego te słowa), człowiek bądź co bądź mądry i znający życie. Zjawia się i oznajmia młodemu Eugeniuszowi, że bez miliona, jest nikim. Uświadamia mu, że jedna suknia kobiety, do której wzdycha, warta jest wielokrotność jego fortuny. Ze swoim półtora tysiącem franków, jest młodzik zaledwie kroplą, w tym morzu bogactwa, jakim jest Paryż.

Czy da się zatem przekroczyć ową niewidzialną granicę? Czy da się wedrzeć, dowolnymi sposobami: słowem, siłą, gwałtem, wpływami, w świat, do którego się nie przynależy? Okazuje się, że da się. Wszystko to za sprawą kilku czynników: pokrewieństwa, szczęścia, oraz tajemnic, krytych przez jednego z mieszkańców przybytku wdowy Vauquer. W szczegóły, bez zdradzania sporej części opowieści, wdać się nie da, trzeba zatem, nakreśliwszy tę myśl, porzucić ją. Tak czy inaczej, Eugeniusz trafia wreszcie w ów jasny, skrzący się brylantami i szczęściem świat.

I w tym momencie, pytanie JAK się tam dostać?, zastąpione zostaje innym: CZY WARTO wchodzić w to towarzystwo? Balzac, mistrzowsko malując kolejne postaci (kilka z nich przerysowując), dokonuje jednocześnie krytyki współczesnego sobie społeczeństwa. Z jednej strony nieugaszone pragnienie wyjścia z niskiego stanu, choćby i po trupach, choćby kradnąc, choćby oszukując… Z drugiej zaś zepsucie i próżność owej wysokiej i jasnej elity, mającej przecież żyć w istnym raju na ziemi!

W to imadło stanów ciska Balzac swojego młodego, naiwnego bohatera. Czy serce studenta będzie na tyle silne, by w drodze na szczyt zachować sumienie? I czy będąc już na szczycie, okaże się na tyle odporne, by nie przesiąknąć tamtejszym zepsuciem?

Na tym poprzestanę. Opisywanie losów samego Ojca Goriota zbyt wiele zdradzałoby z przebiegu całej powieści. Trzeba zmilczeć o rzeczach ponurych, o samotności, odrzuceniu i zapomnieniu, o poświęceniu nie spotykającym najmniejszej choćby wdzięczności. Wszystko to nierozerwalnie wiązać się będzie z losami owego starca, będącego kluczem łączącym dwa światy.

Pisanie o Vautrinie, który być może najbardziej godny jest tutaj opisu, zepsułoby z kolei czytającym te słowa, możliwość osobistego poznania go. Napiszę tylko, jak, ustami jednego z bohaterów, opisał go Balzac: „Powiadają, że wszyscy ludzie z rudymi włosami, muszą być albo dobrzy, albo źli”. Wspaniałe! Błyskotliwa humoro-rama! O, i tego tutaj nie brakuje!

Na koniec kilka słów nieprzemilczanych o tym, co najlepsze: jest coś niezwykłego w przytłaczającej ciszy ostatnich scen Goriota. To jeden z tych momentów, gdzie literatura wspina się na tę niebotyczną wysokość i mówi już tylko czystą prawdę. W prostych scenach, w kilku barwach, w milczeniu bohaterów, w ich zwieszonych głowach. Ojciec Goriot wybrzmiewa niemalże hucząc w tej ciszy.

Niesławny Paweł M.
Ilustracja to scena przy stole Wdowy Vauquer, wykonana przez Charlesa Huarda. Więcej jego prac znaleźć można tutaj: http://parismuseescollections.paris.fr/en/recherche/type/oeuvre/auteur/Huard%2C%20Charles
Reklamy

Pierwszorzędny utracjusz / Barry Lyndon

Zapowiedź polskiej premiery „Barry’ego Lyndona” (po 173 latach od ukazania się oryginału!) spotkała się z moją ekscytacją. Po pierwsze, lubię literaturę dziewiętnastowieczną. Po drugie, lubię powieści łotrzykowskie. A po trzecie, bardzo cenię sobie ekranizację autorstwa Kubricka (choć oglądając ją przed laty, nie miałem świadomości, ze powstała na podstawie powieści Thackeraya). To za sprawą amerykańskiego reżysera Barry Lyndon zawsze już będzie miał dla mnie twarz Ryana O’Neala, paniom kojarzącego się zapewne przede wszystkim z „Love Story”, a mnie (przynajmniej do rzeczonego seansu) ze znakomitym filmem sensacyjnym „The Driver” z 1978 roku. I za sprawą Kubricka Händel zyskał kolejny, po hymnie Ligi Mistrzów, bastion we współczesnej szeroko rozumianej kulturze, smyczki z jego „Sarabandy” wwiercają się bowiem w mózg i niespodziewanie przywołują co jakiś czas obrazy z filmu.

Portret łotrzyka wymalowany przez Thackeraya przy użyciu całej palety barw jest żywy i sugestywny. Redmond Barry, chudopachołek legitymujący się rzekomo szlacheckim pochodzeniem i uzbrojony przez wychowującą go samotnie matkę w niewyczerpane pokłady poczucia własnej wartości, rozpoczyna wędrówkę ku sławie i pieniądzom. Wędruje oczywiście po cudzych plecach, a nawet głowach, gruchocząc te bardziej delikatne. Egoista, egocentryk i egotyk, nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć zamierzony cel, szczególnie upodobawszy sobie kłamstwo, szantaż oraz przemoc fizyczną. Jeśli opis ten przywodzi Wam na myśl, skądinąd słusznie, współczesnych polityków, czuję się zobowiązany wskazać jedną istotną różnicę – bohater powieści jest przy tym wszystkim sympatyczny.

Bo sympatii do Barry’ego istotnie trudno się oprzeć, mimo że jest z niego małostkowy fanfaron, a zasady moralne i społeczne ma za nic, powodując się wyłącznie własnym interesem. Miewa jednak lepsze momenty i ukazuje niekiedy niespodziewanie wielkie serce. Nawet jego deklaracja szczerości wydaje się… szczera, bo on sam jest święcie przekonany o jej prawdziwości, tyle że konfabulacja i mitomania są już tak nieodłączną częścią jego istoty, ba! – jej opoką, że co chwila zbacza ze ścieżki prawdy, często bezwiednie przecząc samemu sobie.

Co nie mniej zabawne, mówiąc o sobie, używa niemal zawsze przymiotników w stopniu najwyższym. Stosowana tu nader ochoczo hiperbola nie jest jedynie zabiegiem literackim, a i mechanizmem psychologicznym, jednym z wielu, które pozwalają Barry’emu objaśniać świat i wszelkie zasługi przypisywać własnej szlachetnej osobie, wszelkie winy zaś innym i zdecydowanie mniej szlachetnym osobom.

„Barry Lyndon” kojarzy mi się również, przez analogię pomiędzy wojną siedmioletnią a trzydziestoletnią, z „Przygodami Simplicissimusa” Grimmelshausena. Powieść Thackeraya pozbawiona jest jednak elementów nadnaturalnych, a poza tym, choć opowiada o świecie osiemnastowiecznym, poprzetykana jest aluzjami do początku epoki wiktoriańskiej. Autor, piórem starego i umierającego już Barry’ego Lyndona, tęsknie przeciwstawia jej sztywności dawny przepych i swobodę. A skoro już mowa tu – jak i na ostatniej stronie powieści – o ostatecznym upadku jej bohatera, należy wspomnieć, że przyczyniła się do niego kobieta. Ta już w zamyśle mało subtelna i żartobliwa przestroga przed wstępowaniem w stan małżeński domyka klamrą całe dzieło, które rozpoczęły uwagi na temat intryg niewieścich jako źródła wszelkiego zła na świecie.


Na tym najchętniej zakończyłbym swoje komentarze. Niestety, nie mogę, bo wydawnictwo Replika zasługuje na kilka chwil pod pręgierzem.

Choć bowiem opowieść toczy się wartko, coś tu nie gra. Po namyśle doszedłem do wniosku, że źródłem tego uczucia jest warstwa językowa; nie chodzi nawet o niedostatecznie zaawansowaną stylizację, bo moda na uwspółcześnianie klasyki jest chyba nie do zatrzymania. Cała ta pokrętna chłopska sofistyka ubrana w piękne słówka powinna jednak brzmieć lepiej, tymczasem brzmi ledwie poprawnie. Tłumaczowi najwyraźniej brakuje znajomości właściwej terminologii, eleganckich zwrotów frazeologicznych, czasem w ogóle słownictwa – z braku synonimów, dochodzi na przestrzeni dwóch zdań do niepotrzebnych powtórzeń. Piotr Kuś nie czuje ducha klasyki, nie ma wystarczającego wyczucia językowego. Sprawdziłem – i istotnie, specjalizuje się w tłumaczeniu literatury gatunkowej. Najwyraźniej nie zaczytywał się w Dickensie, Fieldingu, Smolletcie czy Godwinie, nie podpatrzył wystarczająco warsztatu takich poprzedników jak Adam Szymanowski, Tadeusz Jan Dehnel, Anna Bidwell czy Włodzimierz Górski. Wielka to szkoda, bo oddać suchy i ledwo niekiedy wyczuwalny angielski dowcip to trudna sztuka; jestem pewien, że większość biegłości Thackeraya w tym zakresie zgubiła się w tłumaczeniu.

Co więcej, sporo jest w tekście dowodów zwykłej niechlujności albo lenistwa. Tajemniczy klasztor Minorite w Brukseli to przecież po prostu klasztor franciszkanów (lub – dla ładniejszego brzmienia – minorytów czy też Braci Mniejszych), tajemniczy pruski garnizon Neiss na Śląsku to po prostu Nysa, w Polsce – o czym wiedzą czytelnicy Woltera – przyjął się termin „matrona efeska”, nie „efezjańska”. W oczy kłuje też jedyny w książce (i krótki) wiersz, który z niewiadomych powodów zapomniano przetłumaczyć. Tym potknięciom współwinna jest już redaktorka Joanna Pawłowska, ale i tak głównym winowajcą pozostaje wydawnictwo, które poprzez nietrafione decyzje, warunkowane zapewne ekonomicznie, zaprzepaściło szansę na bezbłędną premierę nie tak znowu bagatelnego dla europejskiego dziedzictwa dzieła. Osobiście wolałbym otrzymać „Barry’ego Lyndona” w miękkiej okładce – ale w twardym tłumaczeniu.

utracjusz

s. Małgorzata Chmielewska / Świata zakaźnym dobrem – bezustanne cerowanie

Cerowanie świata oraz Dobro jako choroba zakaźna autorstwa siostry Małgorzaty Chmielewskiej, to zapiski codziennych wydarzeń oraz przemyśleń, przeplatanych od czasu do czasu krótkimi historiami z żywotów świętych. To papierowa wersja internetowego bloga Siostry z lat 2009-2011 (Cerowanie…) oraz 2012-2014 (Dobro jako…).

To także krótkie sprawozdania z Jej licznych wyjazdów na seminaria, konferencje, kongresy, zebrania i inne spotkania, poświęcone sprawom ubogich i bezdomnych obywateli naszego kraju.

Cerowanie świata

„Żyjemy w świecie praw bez obowiązków. Nawet najsłabszy ma obowiązki wobec siebie i innych.”

Dzienniki to krótkie, acz celne w przekazie i w wartości pełne myśli. Ukazują one świat większości nam zupełnie jakby… inny, nieznany, obcy. Świat samotnych matek, bezdomnych, biednych, głodujących, chorych i zepchniętych na margines życia ludzi, którzy ostatniej szansy na odzyskanie swej zagubionej gdzieś ludzkiej godności szukać mogą – i odnajdują – w chrześcijańskiej miłości i ludzkim oddaniu, obficie serwowanym w 9 domach Wspólnoty „Chleb Życia”, której to przełożoną w Polsce jest charyzmatyczna siostra Chmielewska.

Znajdziemy tutaj historie, o których telewizyjne stacje informacyjne… nie informują. Historie niosące sobą dobro i nadzieję oraz wiarę w… człowieka.

„Dobro nie pcha się do gazet i na anteny. Z reguły nie ma na to czasu.”

Siostra oraz ludzie tej Wspólnoty, odbijając się po wielokroć od beznamiętnego i zimnego często muru, niedoskonałego systemu pomocy społecznej, tworzą sami, ciężką i prawdziwie heroiczną pracą i walką, system swój własny. Oparty w 100% na miłości do człowieka. Miłosierdziu, współczuciu, poświęceniu, oddaniu. Oddaniu, tym najczęściej zupełnie ostatnim w szeregu naszego społeczeństwa, wyrzuconym przez los, lub nierzadko i przez swój głęboki nierozsądek, na całkowity margines niechcianego przez nikogo, ludzkiego istnienia.

Dobro jako

„Życie od dawna biegnie równolegle do biurokracji, a skrzyżowanie tych dwóch bywa bolesne. Dla słabszych.”

Lektura tych niezmiernie potrzebnych – dla otwarcia naszych oczu i serc na ten inny świat – książek, stanowi jednak tylko wycinek problematyki, z którą to warto bardzo się zapoznać bliżej i głębiej. Warto bowiem przeczytać więcej o tym, czym zajmuje się ta Wspólnota, której przewodzi w tak bezkompromisowy sposób Autorka, jakie są cele Fundacji tam założonej, i jak oraz komu można pomóc robiąc choćby zakupy w tamtejszym sklepie!

„Moda na dobro, a nie moda na sukces.”

Polecam również odnalezienie na Jutubie Jej rekolekcji. Są potężne! Niesamowicie bogate, celne, przekonywujące, a przy tym całkowicie naturalne! Jak Dżem z Jasiowych truskawek, Konfitura z zielonych pomidorów czy Sos z cebuli z papryką – wszystko to do zakupienia i naprawdę rozkosznego posmakowania! (link poniżej)

„Bo władza to służba.”

A same książki? Czy warto je przeczytać i zapoznać się z myślami tej szalonej, oryginalnej siostry, zagonionej i oddanej całkowicie służbie (skoro Państwo nie potrafi) najuboższemu ciałem jak i często duchem człowiekowi? Do licha! Jakże mało się mówi o takich ludziach i o ich pełnej heroizmu, świętej walce! To trzeba poznać! Polecam!

Kapitan MO

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Dobro jako choroba zakaźna.

Link do sklepu: http://www.skarbyprababuni.pl/shop

Grafika w tle: bi.gazeta.pl/im/ee/a6/13/z20604910IER,Siostra-Malgorzata-Chmielewska.jpg
Grafika w tekście: s. Małgorzata Chmielewska, Cerowanie świata, Wydawnictwo W drodze, 2015; s. Małgorzata Chmielewska, Dobro jako choroba zakaźna, Wydawnictwo W drodze, 2016

Stephen King: „To”, „To” i „To”.

Minęło 27 lat od ostatniej wersji filmowej „To” (nie bez powodu, gdyż „To” atakuje co 27 lat). Kiedy więc usłyszałam, że ktoś wymyślił sobie odświeżenie jednego z moich najukochańszych filmów dzieciństwa, młodości i dorosłości również (bo „To” widziałam już dobrych kilkanaście razy, jak nie więcej), na podstawie jednej z moich najukochańszych książek, moją jedyną reakcją było: „pffff”. No bo po co? Po co brać coś, co jest idealne i na siłę próbować to ulepszyć? No po co? Bo czasem może się udać…

Fabuła – bez spoilerów

Dla tych, którzy jakimś cudem ominęli każdą wersję „To” (książkową, filmową z 1990 i tegoroczną), w skrócie: w Derry (bo gdzieżby indziej, to w końcu King), jest coś złego. Co 27 lat dochodzi tam do dużej ilości zaginięć i śmierci dzieci, a ilość przestępstw generalnie jest procentowo wyższa niż gdziekolwiek indziej w USA. Grupa dzieciaków („Klub Frajerów”), po śmierci brata jednego z nich i po bardzo dziwacznych rzeczach, które im się przydarzają, postanawia drążyć temat i bliżej poznaje Pennywise’a. „To” lubi się ukazywać jako klown, ale jest czymś więcej: ucieleśnieniem zła żerującym na strachu, najchętniej strachu najmłodszych. Bez większych spoilerów: dzieciakom udaje się pokonać „To” i obiecują sobie, że jeśli kiedykolwiek powróci, oni również wrócą do Derry. Po 27 latach muszą się wywiązać z obietnicy i już jako dorośli, ponownie stawić mu czoła.

Pennywise – Bill Skarsgard vs Tim Curry

Powiem wprost: postać Pennywise’a w nowej kinowej wersji podobała mi się najmniej z całego filmu, nie tylko dlatego, że Tim Curry w 1990 był po prostu idealny. Powodów jest wiele, a pierwszym z nich jest wygląd (nie ocenia się ludzi po wyglądzie, ale Pennywise’a jak najbardziej można).

old-an-new-pennywise-the-clown-it

Przeczytałam wypowiedź reżysera na temat tego, że uważa klowny XX wieku za tandetne i tanie i znacznie bardziej podoba mu się wizerunek klowna z poprzednich wieków, a poza tym „To” istnieje od tysięcy lat, więc dlaczego niby ma się dostosować do bieżącego pokolenia? Wypowiedź była krótka i kompletnie bezsensowna. Po pierwsze: „To” może i istnieje od tysięcy lat, ale jego sposobem na przetrwanie jest dostosowywanie się do bieżących czasów. Dlaczego więc miałby się wizerunkowo zatrzymać w poprzednich wiekach? Bo lubi spódniczki i getry? Po drugie, Pennywise miał wabić dzieci i dopiero, kiedy miał je już w zasięgu, pokazywał swoją „prawdziwą twarz”. Od którego klowna wzięlibyście balonika?

No dobra, ja bym od żadnego nie wzięła, klowny są wstrętne, ale wydaje mi się, że wybór jest dość prosty. Nowy Pennywise zobaczyłby tylko, jak się za mną kurzy.
Kolejną dość rażącą (mnie osobiście) rzeczą w nowej odsłonie klowna są oczy i zęby. Stary Pennywise przeważnie ma oczy normalne, wprawdzie konkretnie przekrwione, ale normalne. Kiedy go ponosi, oczy również się zmieniają. Nowy Pennywise ma cały czas żółte, gadzie oczy, które również nie zachęciłyby nikogo, żeby się do niego zbliżył. Stary Pennywise nie ma hollywoodzkiego uśmiechu, ale jego zęby przeważnie wyglądają brzydko, ale dość standardowo, a w kły i inne dziwne rzeczy zmieniają się, kiedy jest to uzasadnione. Nowy Pennywise ma zęby królicze. Niepotrzebnie groteskowy efekt i z oczami i z zębami.

Podobno przesadzam, ale sam głos Pennywise’a też mi trochę przeszkadzał, w swojej „przyjaznej” wersji brzmiał trochę jak nastolatek  przechodzący mutację.
Moje generalne nastawienie „na nie” w stosunku do nowego Pennywise’a zakończę ciekawostką, że twórcy myśleli o tym, że do tej roli znakomicie nadawałby się Tilda Swinton. W sumie „To” jako takiej płci nie posiada, a pod koniec walki z dzieciakami jest płci żeńskiej (w książce). Ja ją w tej roli widzę. Mogłaby być miazga. A jest Bill Skarsgard.

[zostałam skrytykowana, że za bardzo pojechałam Pennywise’a, więc spieszę z informacją, że nie był on totalnie beznadziejny i nie popsuł wszystkiego. Jego postać natomiast bardzo kłóci się i z moją miłością do Tima Curry’ego i z moim wyobrażeniem Pennywise’a z książki.]

Dzieciaki

Filmowa wersja „To” z tego roku opowiada połowę historii, dzieciństwo naszych bohaterów. Pozostała część ma się ukazać w przyszłym roku i już zacieram ręce. Tutaj sprawa jest prosta: w starym „To” dzieciaki były świetne, w nowym są absolutnie rewelacyjne. Na szczególną uwagę zasługują Finn Wolfhard (który podbił moje serce już w „Stranger Things”) i Jack Grazer, filmowi Richie i Eddie. Znakomite decyzje castingowe. Oby ich dorosłe wersje w przyszłym roku były równie udane.

it-2017-kids-group-670-380The-Losers-Club

Czy jest się czego bać?

Nowe „To” ma przewagę efektów specjalnych, którą wykorzystuje, ale nie do przesady. W kinie kilka razy podskoczyłam ze strachu. Stare „To” pomimo wieku również miało parę ciekawych efektów (choćby krwawiący album fotograficzny czy znakomita scena pod szkolnymi prysznicami). W nowym „To” bardziej straszyły inne odmiany „Tego” niż klown: potwór dostosowywał się do indywidualnych lęków naszych bohaterów i było to znakomite. Dla mnie straszne było każde pojawienie się zaginionego brata Billa, Georgiego (mam coś z dziećmi w horrorach). Sam Pennywise również ma swoje momenty, bazujące przede wszystkim na zaskoczeniu i bardzo szybkich ruchach. Jestem zadowolona z tego, że nie ma tu zbyt dużo tanich sztuczek ani epatowania przemocą. Film jest straszny w odpowiedni sposób do tematyki. Na pewno za to nie trzeba się bać, że film jest słaby. Jest naprawdę dobry.

Wierność adaptacji

„To” ma ponad tysiąc stron. Czy zrobimy z książki mini serial trwający ponad trzy godziny czy dwuczęściową wersję kinową, wszystko się nie załapie. W tym przypadku zdecydowanie godzę się z ominięciem wielu książkowych kwestii. Niektóre były tak odjechane, że ciężko byłoby je z sensem w filmie umieścić, brak innych nie wpływa na całokształt. Ciężko ocenić nowe „To”, bo znamy tylko połowę, ale już mogę powiedzieć, że obie wersje filmowe są wystarczająco dobre, żeby doskonale oddać klimat i ogólną treść książki. A dociekliwym pozostaje zmierzenie się z grubym tomiszczem, a zaręczam, że to sama przyjemność.

Ciekawostki o „To”

Kilka ciekawostek ze świata obu ekranizacji oraz książki:
– inspiracją do książkowej postaci Pennywise’a był ponoć John Wayne Gacy – seryjny morderca, skazany za zamordowanie 33 chłopców i mężczyzn, podejrzany o wiele więcej, który charytatywnie przebierał się za klowna. Jest to zgrabna plotka, ale King jej zaprzecza: na fabułę „To” wpadł, kiedy na odludziu zepsuł mu się samochód i idąc po pomoc przechodził przez stary, drewniany most. Pomyślał o trollach, które w baśniach czaiły się na dzieciaki pod mostami i tak zaczęło się „To”.
– reżyserem „To” z 1990 miał zostać George A. Romero (seria o żywych trupach). Nie został, z powodu obaw przed zbyt dużą ilością makabry.
– dzieciaki wybrały sobie aktorów, których chętnie widziałyby w ich rolach w drugiej części „To”. Choć ich wybory nie będą pewnie miały wiele wspólnego z rzeczywistością, są dość ciekawe: https://youtu.be/3Wt3XD8biVM
– zarówno Stephen King, jak i jego syn, Joe Hill, bardzo polubili nową odsłonę „To”. W przypadku Kinga, który uważa, że nikt nie zrozumie, jak zrobić film na podstawie książki, oprócz autora (zapewne kolejny przytyk do „Lśnienia” Kubricka), reakcja jest wyjątkowo pozytywna. Po obejrzeniu filmu, wcale się nie dziwię.
– włosy Tima Curry’ego w „To” z 1990 ponoć były prawdziwe.
– Pennywise’a w pierwszej wersji miał zagrać Alice Cooper.

Jeśli zastanawiacie się, czy obejrzeć nowe „To” w kinach, nie ma się nad czym zastawiać. Film jest naprawdę świetny. Choć jestem miłośniczką wersji z 1990 roku, nie mam nic do zarzucenia nowej wersji (poza samym klownem, ale jego było naprawdę na tyle niewiele, żeby filmu nie zepsuć). Podkreślę natomiast, że z trzech odsłon „To”, najlepsza pozostaje książka. Nic nie może się jej równać.

Wasza Betoniarka

21427240_1469870016393958_9033707583155252603_o

 

Zdjęcia:
http://horrorfreaknews.com/director-differences-new-old-pennywise-sinister-vs-cartoonish
http://www.gamesradar.com/the-new-it-clip-is-all-sewers-balloons-pennywise-and-nope/
https://www.financialsense.com/contributors/patrick-schotanus/inside-markets-mind-halloween-edition
https://moviepilot.com/p/it-2017-tilda-swinton-perfect-pennywise/4336229
http://za.ign.com/stephen-kings-it/106839/feature/pennywise-explained-who-is-the-creepy-it-clown
https://moviepilot.com/p/it-2017-tilda-swinton-perfect-pennywise/4336229
https://www.goodreads.com/book/show/830502.It
http://www.contactmusic.com/news/bill-skarsgard-it-clown_5712729

 

 

Archeologia SF / Rafał Kosik / Różaniec

cały zachód w rogach jelenia
spiralny sen węża
wertykalne czuwanie płastugi
to wszystko jest zapisane w atlasie naszego ciała
i w skale czaszki odciśnięte jak portrety przodków
więc powtarzamy litery zapomnianej mowy

Tak pisał Zbigniew Herbert w swoich Wstydliwych snach. Świat idzie do przodu, taka jest, zdaje się, jego właściwość. Człowiek zyskuje postawę wyprostowaną, rozwija cywilizację z wszystkimi jej przymiotami i wadami, Darwin odkrywa dotyczący nas wszystkich rozwój, potem Hubble patrzy w teleskop i dowiaduje się, że mimo grawitacji, galaktyki uciekają od nas, zatem i wszechświat biegnie w jakimś kierunku… Owa właściwość dotyka także literatury, całe szczęście. Gdzieś biegnie i science fiction jest, być może najwyraźniejszym dowodem (i jednocześnie świadkiem) tego biegu.

Ale wróćmy do słów Herberta z początku. Mowa o tym biegu, jesteśmy bowiem nie tylko jego uczestnikami i świadkami, ale także żywym jego świadectwem. Odciskają się w nas wszystkie lata minione, powracają w nas wszyscy przodkowie (tu porównanie do wiersza otwierającego Pana Cogito, proszę sobie poszukać), jesteśmy nie tylko efektem ich istnienia, ale także jego zapisem. I, jak pisałem, dotyczy to również literatury.

Myślę tak sobie i gdybam, bo odłożyłem właśnie na półkę najnowszą powieść Rafała Kosika, Różaniec (bardzo, swoją drogą, zadowolony) i patrząc nań, widzę żywe muzeum SF. Książka Kosika, swego rodzaju stop różnych gatunków (bo jest tu i political fiction i elementy detektywistyczno-kryminalne, wreszcie także wspominane już SF), swoją wartką, trzymającą w napięciu akcją, różnorodnością i dynamiką, zdaje się doskonale obrazować teraźniejszy stan swego gatunku. Trzyma czytelnika i nie puszcza przez niemal całą swą długość, z pewnością zaspokoi więc żądnych emocji i akcji czytelników.

Nie można jednak utożsamiać Różańca z literaturą akcji, jedynie z czytelniczą rozrywką, dźwięczą w nim bowiem wszystkie cechy SF, zbierane przez kolejne dekady i wieki. Jest tu zatem chęć głębszego przyjrzenia się społeczeństwu, rządzącym nim mechanizmom. Co stanowi większą wartość – wolność czy bezpieczeństwo? Czy można tymi wartościami kupczyć? Czy cel uświęca środki, czy władza absolutna psuje absolutnie i tak dalej, i tak dalej. Brzmi tu zatem ten czas, gdy fikcja naukowa, niejako dojrzawszy, zdała sobie sprawę, że jej zadaniem jest nie tylko dostarczanie rozrywki, ale też refleksja nad tematami większymi, nad społeczeństwem zwłaszcza. Czy nie ma tu ech Herberta (Franka), Lema czy Dicka?

Zwłaszcza Dick dźwięczy tutaj głośno. To spojrzenie na społeczność zjadaną przez system, który przecież miał ją chronić, jest tu co prawda bezwzględnie chłodne i precyzyjne, zatem pozbawione panadickowej paranoi, niemniej jednak jest i kojarzy się mocno. Jest jeszcze jedno podobieństwo: zwątpienie w prawdziwość i autentyczność świata. Bowiem w pewnym momencie Różańca przyjdzie nam (i bohaterowi) dowiedzieć się, że otaczająca go rzeczywistość działa na zupełnie innych, niż mu się wydawało, zasadach. Zderzenia tego typu bywają doprawdy bolesne.

Wraz z postępem lektury odkrywamy, że Kosik sięga dalej, do samych korzeni fantastyki naukowej. W pewnym bowiem momencie bohaterowie stają na progu wielkiej nieznanej i ani oni, ani zaangażowany w ich przygody czytelnik nie mają pojęcia, co zastaną po przekroczeniu pewnego progu. Czy po wejściu w niewiadomą będzie można jeszcze powrócić? Właśnie tutaj widzę najmocniejszą stronę Różańca. W tym nawiązaniu do klasyków. Czy nie czuliśmy tego samego, gdy Verne zabierał nas do wnętrza ziemi albo wodził nas po dnie mórz i oceanów? Albo gdy Żuławski wystrzelił nas pociskiem na Księżyc? To poczucie autentycznej ciekawości, obcowania z nieznanym, to jest korzeń, rdzeń całego science fiction, gatunku zrodzonego z wielkiego głodu. Gdy w XIX wieku człowiekowi zdawało się, że zdobył już całą Ziemię, wyobraźnia z przerażeniem stwierdziła, że Świat to za mało. Verne musiał się zjawić, jeśli nie on, pojawiłby się ktoś inny i poprowadził nas w objęcia wielkiej niewiadomej.

I u Kosika to widać, tę wielką odwagę wyobraźni, która kazała mu wyrwać całe miasto z powierzchni Ziemi, zamknąć je w szklanej kuli i cisnąć w pustkę wszechświata – oto punkt wyjścia Różańca. Zatem już na starcie towarzyszy nam ciekawość: ale jak to? Ale dlaczego? Jak to się stało? A dalej, podobnych wyjść w nieznaną pustkę nocy będzie jeszcze więcej. Muszę przyznać, że to nie pierwszy raz, gdy przy lekturze Kosika towarzyszą mi podobne odczucia, proszę sięgnąć po Vertical, tam wybucha to jeszcze mocniej. To świadome prowadzenie czytelnika w nieznane, rozbudzanie i podsycanie jego ciekawości. Rzecz jasna cały ambaras w tym, żeby po wejściu w ów ogród cudów i dziwów, czytelnik nie poczuł rozczarowania. Rzeczy zastane na miejscu muszą być wprost proporcjonalne do rozbudzonej wcześniej ciekawości. Również to się autorowi (znowu!) udaje.

Różaniec nie jest rzecz jasna książką pozbawioną wad. Powstawał aż osiem lat, w międzyczasie autor pisał mnóstwo innych rzeczy, do projektu musiał więc podchodzić niejako na raty. Widać zatem sporo nierówności między kolejnymi częściami książki. Tak jakby pierwsze dwie powstawały w innych warunkach i innym rytmie niż zamykająca ją część trzecia. Kilka tropów zostanie zamkniętych zdawkowo, ustępując miejsca zaskakującemu i rozwijającemu się nieoczekiwanie wątkowi głównemu. Coś za coś. Koniec końców jednak, wszystkie niedopowiedzenia książki uważam za jej wielkie atuty.

Rzadko spotykana dziś śmiałość wyobraźni i jednocześnie odwaga, pozwalająca zaskakiwać czytelnika na całej długości powieści (światem przedstawionym i wydarzeniami w nim zachodzącymi), sprawiają, że wszystkie niespójności i niedopowiedzenia Różańca znaczą doprawdy niewiele. W książce odbija się pewna tęsknota, gatunkowa pamięć. I wszystkie te rzeczy w niej są: odwaga fantastyki sprzed ponad stu lat, jej przenikliwość i dociekliwość sprzed półwiecza, akcja i przystępność dzisiejszych czasów. Woła do przodków, tak, jak Herbert pisał w przytaczanym już wierszu:

dobre duchy nie odtrącajcie nas
zbyt długo błądziliśmy po oceanach i gwiazdach
strudzonych ponad miarę przyjmijcie do stada
Wasz Paweł M

ZA ZDJĘCIE GŁÓWNE OGROMNIE DZIĘKUJĘ PAWŁOWI HAPYSZOWI DRĄGOWI!

Pies nad psami / Olaf Stapledon – Syriusz

Dzieje fantastyki naukowej sięgają XIX wieku, ale jej prawdziwy rozkwit (i przekwit) przypadł na wiek dwudziesty. Zanim popularne w USA wydawnictwa pulpowe zyskały największą popularność i na wieki wieków przykleiły science fiction łatkę niewybrednej rozrywki, szlaki gatunkowi przecierali twórcy poważni, oferujący utwory przystępne w formie, a głębokie w treści, wiążącej się oczywiście z zagrożeniami rosnącymi wprost proporcjonalnie do postępu technologicznego. Prym wiódł wśród nich Herbert G. Wells, przywoływany zresztą dwukrotnie na kartach „Syriusza”, a dzielnie sekundowali mu Europejczycy, wśród których należy wymienić Karela Čapka czy Andre Maurois. Ciekawą postacią był w tym elitarnym gronie Olaf Stapledon.

Historyk i filozof, napisał jedenaście powieści science fiction. Bardzo ceniony za oceanem, w Polsce doczekał się jedynie dwóch tłumaczeń, nie licząc fragmentu jego pierwszej i najsłynniejszej powieści „Last and First Men”, który ukazał się w antologii „Droga do science fiction” z 1986 roku. Oprócz „Syriusza”, polski czytelnik otrzymał tylko „Dziwnego Johna”, którego tłumaczenie budzi zresztą podobno sporo zastrzeżeń. O tyle to wszystko dziwne, że gorącym orędownikiem pisarstwa Stapledona był sam Stanisław Lem, dostrzegający jego niedoskonałości, ale i doceniający siłę jego wizji. Niedoścignione opowiadania dodane do „Dzienników Gwiazdowych” pod frapującym tytułem „Ze wspomnień Ijona Tichego” są utrzymane właśnie w klimacie twórczości Stapledona.

„Syriusz”, jedna z jego późniejszych powieści, wydany został w roku 1944 i siłą rzeczy stanowi efekt zderzenia idealizmu autora z brutalną rzeczywistością w tym znamiennym momencie. Opowiada o uzyskanym na drodze eksperymentu naukowego psie, którego inteligencja dorównuje ludzkiej. Stapledon sprytnie używa więc ogranego schematu SF, w którym zderzenie z obcą inteligencją pozwala spojrzeć na człowieka z innej perspektywy. W jego autorskim ujęciu jest to jednak perspektywa zarazem obca i bliska, psa łączą bowiem z człowiekiem potężne więzi emocjonalne. Jakby tego było mało, Stapledon ucieka się do kolejnego triku – bohaterem powieści jest wprawdzie pies, ale narratorem człowiek, dzięki czemu otwiera się całkiem unikalne spojrzenie na ludzi – pies wyraża swe zdziwienie tym czy innym mechanizmem, człowiek zaś bardzo przemyślnie je wyjaśnia, sięgając często do zdobyczy psychoanalizy, traktowanej jednak nie jako wyrocznia, a jedynie przydatne narzędzie. Nadając swym obserwacjom charakter wybitnie indywidualistyczny, prezentuje więc Stapledon, wbrew oczekiwaniom, podejście bardziej psychologiczne niż socjologiczne, dopiero na szczycie swej konstrukcji dorzucając wnioski natury filozoficznej.

Jest też „Syriusz” opowieścią o alienacji, a nawet, w myśl współczesnych kategorii, o wykluczeniu, do tego całkowicie nieodwracalnym – Syriusz jako jedyny w swym rodzaju miota się bowiem między biologiczną przynależnością do świata zwierząt a intelektualną przynależnością do świata ludzi. Na jego rozdarcie nie ma remedium. Cały ten dramat przedstawiony jest w konwencji chwilami naiwnej, chwilami melodramatycznej, co nie przysporzy mu z pewnością popularności dziś, gdy w modzie jest kontestacja, choćby pusta. „Syriusz” ma jednak ten niezbywalny atut, że jest powieścią o czymś.

Tego „czegoś” jest nawet więcej, bo Stapledon rozgrywa też na nowo mit o stworzeniu i trudnej relacji między stwórcą a stworzonym. Nieprzypadkowo więc chyba dzieło tego agnostyka przepełnione jest głębokim spirytualizmem, w niektórych ustępach wyrażonym przez Syriusza bardzo wprost. Ale mnie najbardziej ujęła chyba niewiarygodna przenikliwość tej książki, wynikająca wprost (choć przecież niekoniecznie) z zastosowanych przez autora zabiegów narracyjnych. I bijąca dzisiejsze prawdy objawione literatury na głowę.

utracjusz

Ludzie jak zwierzęta / Szczepan Twardoch – „Drach”

Tokarczuk i Twardoch to para miłościwie panująca obecnie w rodzimej literaturze pięknej. Królowa udzieliła mi już audiencji, teraz przyszedł czas na spotkanie z królem i jego tajemniczo zatytułowanym dziełem.

W warstwie fabularnej, opisywanej już wielokrotnie w miejscach szacowniejszych niż to, jest „Drach” skromną sagą, obrazującą losy kilku rodzin głównie na przestrzeni dwudziestego wieku. Niejako w tle toczy się historia samego Śląska jako krainy szczególnie ciężko doświadczonej przez przemiany dziejowe.

Do przewijających się tematów powieści należy zaliczyć cykliczność ludzkich losów, śmierć jako zasadę życia czy kontrast między dawnym i prawdziwszym bytowaniem a obecnym, płytkim konsumpcjonizmem.

Narracja jest bardzo pomysłowa i poszatkowana, co jednak wobec przemyślanych pojedynczych historii nie sprawia trudności w odbiorze. Irytować może jedynie metoda artystyczna, sprowadzająca się w dużej mierze do występujących naprzemiennie, zapętlonych tautologii i antynomii.

Warstwa literacka jest więc satysfakcjonująca. A co z warstwą ideową, będącą solą i właściwą treścią ambitnej literatury? Trzeba bowiem wiedzieć, że Twardoch przedstawia człowieka z dość unikalnej, fatalistyczno-nihilistycznej perspektywy.

Są w życiu rzeczy piękne i wzniosłe, są też ponure i niskie. Szczepan Twardoch pisze w „Drachu” tylko o tych drugich. To nawet nie jest tak, że odmawia tym pierwszym racji istnienia, raczej próbuje sprowadzić je do tych drugich, miłość do pochwy i penisa, bliskość do bólu i przemocy itd. Podkreślanie przez narratora – dracha – dualizmu świata ludzi jest więc pustym wybiegiem, bo w istocie widzi on, zgodnie z deklaracją, wszystko, ale tylko monochromatycznie, a konkretnie – czarno.

Moim zdaniem, na korzyść wyszłoby powieści wycięcie wszystkich „odautorskich” komentarzy samego dracha, nieodmiennie relatywizujących i trywializujących wszelkie wartości, jakie na przestrzeni wieków wypracował człowiek. Dotyczy to zresztą również bajań Pindura, będących zapewne przetworzonymi bajaniami któregoś ze śląskich mistyków, komplementarnych wprawdzie z wywodami dracha, ale równie jak one wywołujących raczej rozbawienie.

Oto przykład, jak łączyć ponurość i banał – oraz pretensjonalność, bo „Drach” jest też pretensjonalny:

„Ernst wie, że nic nie ma znaczenia i że wszystko jest ważne. Ernst wie, że życie jest, a potem go nie ma. Ernst wie, że w życiu nie trzeba być szczęśliwym ani nie trzeba cierpieć, jedyne, co trzeba, to żyć to życie, nic więcej nie trzeba. […] Ernst wie, że nigdy nic nie macie, więc niczego nie możecie utracić, ale to nie ma znaczenia.” (str. 118)

Uważam, że pisarz, aby pisać, musi mieć: talent i coś do powiedzenia. Talent Twardoch ma. Ale cała ta pokomplikowana śląska historia stanowi tu tylko pretekst do powiedzenia, że życie jest do dupy. W ten sposób sam sprowadza się autor do poziomu tych pseudoliterackich magików od pozytywnego myślenia (jak pokazuje przywołany fragment, niebezpiecznie zbliżając się do ich poetyki), sypiących jak z rękawa kolejnymi banałami – tylko plus zamienił z minusem.

„Teraz jest najbardziej człowiekiem, zanurzony w błocie, ślizgający się w błocie, pokryty błotem.” (str. 218)
To Twardoch odziera człowieka z godności, czy też człowiek odziera się z niej sam, a Twardoch tylko to opisuje?

„Nic nie ma żadnego znaczenia”, „nic się nikomu nie udaje” – te stwierdzenia powracają w toku opowieści niczym mantra i każą się zastanawiać, czy Twardoch rzeczywiście jest tak wybitnym pisarzem, za jakiego uchodzi, czy może tylko utrafił z tym nihilizmem we właściwy moment historyczny, który to moment – w postaci najbardziej współczesnej w powieści historii Nikodema – sam bezlitośnie obnaża.

Dla jasności: z samej ponurości nie czynię bynajmniej zarzutu – ponure są (w większości) chociażby powieści Grahama Greene’a. Greene stawia jednak swych bohaterów przed potężnymi i zazwyczaj nierozwiązywalnymi dylematami moralnymi, w „Drachu” warstwa problemowa jest zaś bardzo płytka. Ot, dostajemy powtarzaną w różnych konfiguracjach prawdę o nieistotności losów jednostki ludzkiej wobec większej skali – przede wszystkim dziejowej. Na wartości jednostki ludzkiej jest jednak zbudowany humanizm i czy można go przekreślać samymi opisami wojen, gwałtów, pobić czy zabójstw? To przecież tylko jedna strona medalu.

Przywołana w kontekście Greene’a moralność jest kluczową kategorią w odczytaniu „Dracha”. Kluczową, bo w powieści pisarza z Pilchowic nieobecną. Jego bohaterowie działają na poziomie instynktów, a więc de facto nie różnią się od zwierząt. Zwierzęta moralności nie znają.

W znakomitym eseju „Języki i kody” z 1994 roku ubolewał Stanisław Lem nad faktem, iż wraz z gwałtownym rozwojem technologii oraz powszechnym dostępem do informacji, prym w szeroko rozumianej kulturze zyskuje folgowanie rozmaitym atawizmom; ochoczo oddajemy się we władzę móżdżku, mimo iż jako jedyne stworzenia na Ziemi (z ograniczonym wyjątkiem delfinów oraz niektórych naczelnych) rozwinęliśmy wyższe funkcje mózgu. Twardoch ze swoim „Drachem” pokrętnie się w tę tendencję wpisuje, odmawiając swym postaciom tychże wyższych funkcji. Co więcej, jak donosi mi uprzejmie redakcyjny kolega Paweł M., w swej kolejnej książce, „Królu”, folguje pisarz atawizmom w znacznie jeszcze większym stopniu. Można by wierzyć, że czyni to w próbie wstrząśnięcia gatunkiem ludzkim, uświadomienia mu, że stacza się po równi pochyłej – gdyby nie doniesienia medialne o pisarzu Twardochu zafascynowanym mordobiciem, pozującym w rękawicach bokserskich i przyjaźniącym się z Mamedem Chalidowem.

Rodzi się więc pytanie, na ile jest w tym Twardoch prawdziwy, a na ile gra pod publiczkę. Dawno przestał on bowiem być jedynie pisarzem, stając się zjawiskiem popkulturowym, które bardzo dobrze daje się monetyzować. Efektów tej monetyzacji można mu zazdrościć, ale jednocześnie trochę trudniej mu ufać. Bo poza wszystkim jest Twardoch kimś jeszcze – intelektualistą, do spełnienia którego definicji wystarczy być wybitnym pisarzem, który zabiera publicznie głos w sprawach ważkich.

Tu dochodzimy więc do kwestii społecznej odpowiedzialności intelektualistów, posiadających pewien autorytet, do tego – w przeciwieństwie chociażby do tzw. „osobowości” telewizyjnych – niedmuchany. Czy powinni oni płynąć z prądem, oddawać te przemiany świadomościowe, opisywać je i towarzyszyć im, czy może jednak dawać im odpór, stać się bastionem pewnych niezbywalnych wartości, opowiadać się głośno przeciw zalewającej nas zewsząd fali wtórnego atawizmu?

Nie żeby miało to za dużo zmienić. Tylko dlatego, że tak trzeba.

utracjusz

Kijem po mrowisku / Andrzej Sapkowski i jego sezonowa burza

W listopadzie 2013 roku, wielbiony i kochany przez czytelnicze masy Wiedźmin, zaskakująco był do nas książkowo powrócił. I odbyło się to bez żadnych hucznych czy buńczucznych zapowiedzi ze strony wydawnictwa, czy samego Autora. Sezon burz zwyczajnie, choć sensacyjnie, pojawił się na kilkadziesiąt godzin przed swą premierą, w zapowiedziach różnorakich księgarń internetowych.

Dla każdego fana był to szok absolutny! Połączony rzecz jasna z niedowierzaniem i kiwaniem głową. Kiwaniem radosnym: wzdłużnie-aprobującym, ale i też poprzecznie-negującym wielce taki odautorski pomysł! No bo po cóż, i na cóż, takie figle Sapkowskiemu było czynić? Po silnie kontrowersyjnej Żmii, większość fanów mocno zwątpiło w formę Mistrza polskiego fantasy, a nagłe pojawienie się kolejnych przygód Białego Wilka i s-ki, groziło, przynajmniej w teorii, z(a)burzeniem wiedźmińskiego – zamkniętego już wydawać by się mogło – kanonu, i to w prawdopodobnym, raczej kiepskawym stylu!

Sam jednak należałem do grona tych czytelników, którzy wiadomość ową przyjęli nad wyraz entuzjastycznie! Naprawdę, nie pamiętam bym kiedykolwiek czekał na odbiór jakiejś książki z tak wielką niecierpliwością, z takimi nadziejami i jeszcze większymi rumieńcami, jasno symbolizującymi potężne, czytelnicze podniecenie! Drżącymi rękoma rozpakowałem przesyłkę i jeszcze tego samego dnia, wieczorową porą, rozpocząłem lekturę!

Po 20 latach od kanonicznego zbioru opowiadań Ostatnie życzenie, AS swym Sezonem burz, cofa nas niejako nostalgicznie w czytelniczym czasie. Znów poczuć możemy ten sam wyjątkowy klimat, te same rozterki Geralta, rzuconego w stary i dobrze nam znany świat magii i wiedźmińskich mieczy. Jest Jaskier – ten sam, jest i troszku Yennefer – także tej samej. Są też czarodzieje, potwory, intrygi i masa interesujących, naprawdę dobrze rozpisanych, ale jednak nowych przygód! 

wiedzmin-tom-8-sezon-burz-b-iext44044949

Są świetne znów dialogi, mnóstwo humoru, prawd życiowych, a także i tych krasnoludzkich! Akcja nie gna na łeb na szyję, jak to bywało u Reynevana, ale jest skonstruowana… po staremu. Choć nowością na pewno jest tutaj sama forma – jedno duże, wielowątkowe opowiadanie.

Tą książką, Andrzej Sapkowski w znakomitym stylu powraca na sam TOP! Tam zresztą, gdzie jest jego miejsce. Uściślijmy jednak – Sezonem burz nie serwuje nam pisarsko absolutnie niczego nowego. W tym jednak to szczególnym przypadku – wydaje mi się to być całkiem sporym komplementem! Moim zdaniem Autor pokazał klasę, pokazał także, iż wciąż potrafi. Jedni być może powiedzą, iż owszem: potrafi, ale naśladować siebie samego z lat 90. I że robi to na dodatek wyłącznie dla kasy! Osobiście nie zgadzam się z tego typu stwierdzeniami, co więcej – jest mi to tutaj całkowicie obojętne, gdyż…

Gdyż najważniejszą sprawą dla mnie, jako spragnionego wiedźmińskich perypetii czytelnika, jest to, że Sapkowski dał mi dokładnie to, na co tyle lat czekałem: nie burząc wiedźmińskiego kanonu – garści kilka całkiem nowych przygód Geralta, literacko staroszkolnie spisanych, a wszystko to na naprawdę wysokim znów, i fantasy pełnym, poziomie!  

Dla mnie czytelniczy powrót do Wiedźminlandu, okazał się prawdziwą i pełną smakołyków ucztą! Niespodziewaną zupełnie, choć wyczekiwaną bardzo. Ucztą obfitą i zaspakajającą me czytelnicze, fanowskie potrzeby całkowicie! Zapewne można było ją podać lepiej, inaczej, tudzież przy jeszcze bardziej suto zastawionych stołach. Sapkowski jednak zaserwował ją nam tak, a nie inaczej. Ja tam jestem zadowolon oraz kontent i zdecydowanie czekam wciąż na więcej!

Kapitan MO

Fotografia w tle: https://www.wykop.pl/tag/sapkowski
Fotografia w tekście: Andrzej Sapkowski, Sezon burz, Wydawnictwo SuperNOWA, 2013

Na granicy światów / Księga Dżungli / Rudyard Kipling

Zderzanie różnych rzeczywistości to wydarzenie często gwałtowne i intensywne, zawsze jednak ciekawe i warte uwagi. U Kiplinga, w jego legendarnej Księdze Dżungli zderzają się nie dwa, a aż trzy światy. Ludzie biali i mieszkańcy kolonii spotykają się ze zwierzętami, którym brytyjski noblista nadaje ludzkie cechy. Tarcia, iskrzenia, ale i podobieństwa zachodzące na granicach między tymi grupami, bywają doprawdy fascynujące!

Biorąc się za lekturę nie miałem pojęcia, że Księga Dżungli to zbiór siedmiu opowiadań, z których jedynie trzy to dobrze nam znane, za sprawą kolejnych ekranizacji, przygody wychowanego w dżungli chłopca, Mowgliego. Pozostałe opowieści nie tylko nie łączą się z nimi fabularnie, momentami są odległe także geograficznie od Indii, z którymi kojarzyć zwykliśmy dzieło Kiplinga.

Mamy tutaj zatem piękne tarcia międzygatunkowe, czy raczej międzykulturowe, bo autor przedstawia zwierzęta jako złożone, tętniące życiem społeczności. Mieszkańcy dżungli tworzą odrębne, żyjące w symbiozie ludy, stosujące się do rządzących lasem praw. Samce fok w Białej Foce rywalizują o miano najsilniejszego, a cała focza społeczność ma wielki sentyment do tradycji. Zwierzęta w W służbie królowej są zdyscyplinowanymi członkami armii, znającymi swoje miejsca, karnie wykonującymi ludzkie rozkazy.

Kipling kreśli swoje opowieści z punktu widzenia zwierząt właśnie, przez co mamy możliwość przyjrzenia się z pewną świeżością i ciekawością temu dziwnemu, niezrozumiałemu gatunkowi: ludziom. Mieszkańcy dżungli w opowieści o Mowglim ze strachem, niezrozumieniem i drżeniem opowiadają sobie o Szkarłatnym Kwieciu – ogniu ujarzmionym przez człowieka. Foki w Białej foce spokojnie patrzą jak część stada podąża za człowiekiem, ufając, że to jakiś ważny i tajemniczy rytuał. Członkowie armii w W służbie królowej dyskutują o pełnionych rolach, nie do końca rozumiejąc jak sama armia działa.

Granice są jednak przekraczane. Mowgli, człowiek, zamieszkuje w dżungli i obowiązują go te same prawa, co wszystkie inne zwierzęta. To świat ludzi jest dla niego miejscem obcym i nieznanym. Riki, bohater Riki-tiki-tavi to, z kolei, zwierzę udomowione. Wokół domostwa, w którym mieszka, dzieje się mnóstwo rzeczy dla ludzkiego oka niewidocznych, pięknych, ale i groźnych, i to właśnie Riki staje się swego rodzaju łącznikiem między tymi dwiema rzeczywistościami, będąc jednocześnie członkiem ich obu. Podobna sytuacja ma miejsce w opowieści Tumai, przyjaciel słoni, gdzie główny bohater, mały chłopiec, zostaje dopuszczony do tajemniczego i niedostępnego dla ludzi świata zwierząt. Świetny jest także moment, w którym bezimienny narrator przysłuchuje się nocnym rozmowom zwierząt w W służbie królowej, utrzymując jednak w tajemnicy fakt, że mowę zwierząt rozumie.

Właśnie tymi momentami Księga Dżungli zachwyciła mnie najbardziej. Chwilami w których dochodzi do spotkania ludzi i zwierząt, tym brakiem zrozumienia, albo rozumieniem na opak, pełnymi naiwności wnioskami… I naiwność ta nie dotyczy jedynie zwierząt, często to człowiek musi odczuć pokorę przed rządzącym się wielką mądrością, przewyższającym go światem natury. Stale zmienia się perspektywa z jaką przyglądają się sobie te dwa obozy, pozostając sobie obce, trwają we wzajemnym respekcie.

Niesamowity jest duch, w którym Kipling nas w te dialogi wprowadza, niesamowite jest jego zrozumienie inności. Jest wielkim zwolennikiem imperializmu, nie patrzy jednak na świat wschodu z wysoka, tam się urodził, doskonale dostrzega inność i w świetny sposób ją rozumie. Być może ten dialog między człowiekiem i naturą, pokazujący obcość, próby zrozumienia, niestwierdzający wyższości żadnej ze stron, to przedstawienie dwu płaszczyzn na których funkcjonował autor: wschodu i zachodu. Trochę tego ducha mogłoby się nam wszystkim udzielić.

Opowieści Kiplinga to z pewnością swego rodzaju sielanka, mimo groźnych tygrysów, mimo łowców fok, mimo węży czyhających na ludzkie życie i ptasie jaja, między człowiekiem i naturą funkcjonuje tutaj jakieś błogie, spokojne współistnienie. Dobrze, jak dobrze zanurzyć się w podobnej lekturze!

Wasz Paweł M

Ikar upada / Człowiek, który spadł na ziemię / Walter Tevis

Daleko, nad horyzontem, do spoczynku w morzu sposobi się słońce. Statki płyną w swoje strony, nie interesując się niczym, poza wiatrem napinającym żagle i jakimś odległym, tylko im znanym celem. Z wody wystają góry, wyspy, ruiny jakiegoś dawno zapomnianego świata. Na pierwszym planie pług gładko rozoruje ziemię i ani ciągnący go koń, ani kierujący nim chłop, nie wydają się zbytnio zaprzątnięci sprawami rozciągającego się wokół nich świata. Jest połowa szesnastego wieku i chyba jedynie Pieter Bruegel, z pędzlem trzymanym w skupieniu, zdaje się dostrzegać chłopca, który przed chwilą, prosto w ciemną kipiel, spadł z nieba.

Obraz ten, Pejzaż z upadkiem Ikara, wisi na ścianie jednego z bohaterów Człowieka, który spadł na ziemię Waltera Tevisa, każąc patrzeć na powieść jak na alegorię, jednocześnie streszczając w sobie tak jego treść, jak i formę.

Tevis kreśli nam przed oczami science fiction niepodobne do fikcji naukowej, jego książka wygląda jak obraz Bruegla – z nieba spada Ikar, ale żadnego z mieszkańców tej ziemi wydarzenie to raczej nie obchodzi. To nie jest opowieść o spadaniu z nieba, to jest historia o spadaniu na ziemię. Cała pozaziemska wiedza przybysza, jego niezwykłe, fantastyczne projekty i nieludzkie ciało stanowią raczej tło, pewien napęd nadający pęd opowiadanej historii, raczej nieczęsto wychodzą na pierwszy plan – to jest przede wszystkim opowieść o ludzkiej naturze.

Również środki, jakimi autor kreśli swoją powieść, są niezwykłe jak na literaturę fantastycznonaukową, przez co miałem ustawiczne wrażenie czytania raczej powieści obyczajowej. Motywy fantastyczne giną tutaj tak, jak Ikar na brueglowskim obrazie. Byłem niejednokrotnie zaskoczony, wręcz zachwycony przenikliwością, z jaką Tevis przygląda się swoim bohaterom – jakże celne obserwacje dotyczące samotności, młodości, życiowej mądrości, powolnego psucia się. Opisy zwykłych, codziennych sytuacji i odbijające się w nich portrety kolejnych postaci robią wielkie wrażenie. W tej niezwykłej mozaice, jedynie ciągłe przypominanie o niezwykłości głównego bohatera i jego pracy pozwala pamiętać, że książka gatunkowo przynależy do fikcji naukowej.

To taka fantastyka, która, tak jak bohater, spadła z nieba i dzieje się tu i teraz, w świecie kreślonym przez ludzkie problemy, zwyczaje i interakcje. Niesłychana błyskotliwość autora, humor, pewna gorycz i konsekwencja z jaką wprowadza nas w opisywany świat, czynią go miejscem namacalnym, bohaterowie to ludzie z krwi i kości, ze swoimi bolączkami, skrywanymi pragnieniami, ciekawością…

No i sam motyw Ikara–Newtona, spadającego na Ziemię. Czy przybywa by nas zbawić, czy zgubić? Ikar spadający u Bruegla ginie, nie zwracając niczyjej uwagi. Gdy ten tonie, statki płyną tam, gdzie miały płynąć, pasterz wypasa owce, rolnik uprawia ziemię… Należy zatem zapytać nie tylko, czy Newton nas zgubi, ale czy sam przetrwa konfrontację z tym światem, z człowieczeństwem, czy ktoś poda mu rękę i wyciągnie go na plażę, zanim ten zginie w toni? To zaskakujące, jak blisko brzegu spada chłopiec u Bruegla. Nikt nic nie widzi, nikt nic nie słyszy. Mnóstwo tu samotności w wielu odmianach.

Książka Waltera Tevisa jest niezwykła na wielu płaszczyznach. Skrupulatny opis i piękny język (jakże rzadko spotykane w gatunku!), stałe wrażenie pewnej alegorii, nachylenie się nad słabościami bycia człowiekiem, mnóstwo nawiązań: do muzyki, malarstwa, kina… nie sposób wszystkiego wyliczyć. To jednocześnie najbardziej zwykłe i niezwykłe SF na jakie natknąłem się od dawna.

Słońce zachodzi, statki odpływają, chłop i pasterz wracają do swoich spraw, do swoich domów, kobiet i dzieci. Będą jeść chleb, najlepszy z owoców dobrej ziemi. Tymczasem Ikar utonął, ziemia nie była mu dobrą.

Wasz Paweł M

Liryczny handel / Bogusław Kierc, Cło

Chwytam za tomik Cło Bogusława Kierca i rozwiązuję wór skojarzeń!

Cło, a zatem granica i dwa różne stany. Pierwsze skojarzenie, przy którym zostanę, żeby nie dzielić bytów ponad konieczność. Cło na granicy jest świadectwem pewnego ruchu, wymiany, obiegu, który widocznie zachodzi między dwoma, rozdzielonymi dziedzinami. I właśnie współistnienie sprzecznych zagadnień, owe dialogi, przejścia, przemyty i oficjalne wizyty najjaśniej skrzą w tomiku Kierca.

Pierwsze zetknięcie z tomikiem wywołało swego rodzaju szok i dezorientację. Czy jest on wypełniony raczej bluźnierstwem, czy modlitwą? Czy jest w nim więcej delikatnej subtelności, czy ociekającej erotyzmem cielesności? Czy autor podnosi kwestie doniosłe i wielkie, czy też codzienne i wulgarne? Wszystkie te rzeczy plączą się tutaj, niby wrzucone do wielkiego wora. Prędko okazuje się, że żadna z tych dziedzin, nie jest wolna od korespondencji ze swoim przeciwieństwem. Ruch na granicy trwa. Nie ma w Cle czułości bez chociażby odrobiny wulgarnej cielesności. Nie ma modlitwy, w której choć jedno spojrzenie posłane niebu nie miałoby w sobie pozoru zuchwałości i bluźnierstwa. Trwa wielkie przenikanie się (nakreślone w wierszu (+) Lustra), ruch na granicy, pytanie tylko, kto za to płaci?

I tak na przykład w Białe, czysta sceneria łóżka, biała koszula i unosząca się jakby sen intymność zostają znienacka zakłócone, przez brudną, wulgarną cielesność: „gdyby nie ten / sterczący spod koszuli kołek;”. Bez większych ogródek, autor w cokolwiek ulotne, senne, delikatne sceny, wciska element otwarcie falliczny, niejako kalając je. Owo kalanie przewijać będzie się przez całą długość tomiku. Podobny zabieg spotyka również liczne teksty nawiązujące do religii. W wierszu Adwent nawiedziny anioła odbywają się na scenie łóżka, zwiastowanie następuje niejako przez dotyk. Duchowość odbywa się na kartach Cła w języku ciała, schodzi w sferę profanum, Kierc nie zapomina o tajemnicy Wcielenia i pamięć ta pozwala mu na rozsiane to tu, to tam, słowa cokolwiek zuchwałe.

Nie jest to jednak jedyne przenikanie się, jakie w książce znajdziemy. Poza dziwnym pokrewieństwem przeciwieństw, autor przygląda się samemu byciu i tożsamości. Często pojawia się tu granica między byciem na jawie a byciem w śnie, byciem w przeszłości a byciem obecnym, między byciem sobą, a byciem kimś innym… przywołuję ostatni wiersz, Już nie, takie padają tam słowa: „Ani mną, ani nie mną / jest to nijakie ciemno”. Dalsze poszukiwania pozostawiam czytelnikowi, znaleźć da się tego więcej.

I finalnie to, co kazało mi czytać tomik od nowa i od nowa od niemal pół roku: czy liryka, jako dziedzina jasna i piękna, jest dobrym miejscem dla wulgarności, nagości, erotyzmu w jego brudnym wydaniu? Głośno zdaje się wybrzmiewać owo pytanie autora – jeśli przyjrzymy się wierszom, dostrzeżemy, że ryte są one w tworzywie zgoła szlachetnym, utrzymane w dźwięczących frazach, w języku przejrzystym, liryce czystej. Poezja Kierca robi wrażenie. Wulgarne wtrącenia zdają się być wydarzeniem niemal nienaturalnym w tym środowisku.

Na koniec wracam do owego przenikania się i granic, o których pisałem już na samym początku. Bogusław Kierc pozwala w swoim tomiku przenikać się dwu światom: sacrum i profanum, liryce i wulgarnej, ciemnej cielesności. Czy jest tutaj odpowiedź, na to, czy światy te przenikać się powinny? Nie ma. W pewien sposób jest nią jednak tomik sam w sobie.

Wasz Paweł M

Dwie uprawy / Robinson Crusoe, Daniel Defoe

Robinson jest sam. Dzień w dzień krąży między plażą, lasem, swoimi zabudowaniami i obowiązkami, znaczy śladami piasek, w trawie wydeptuje ścieżki. Te świadectwa jego przeszłej obecności, są mu przez czas jakiś jedynymi towarzyszami. Trochę jak picie do lustra.

Albo jak te poranki w zimie, gdy wstaję stanowczo za wcześnie i za zimno, gdy ze zwieszoną głową idę przed siebie i wzrok mój znajduje własne moje ślady z dnia wczorajszego. Zatrzymuję się nieraz przy nich, przez chwilę porównuję ślady podeszwy w śniegu, stwierdzam, że są takie same. Jest w tym rozpoznaniu pewna gorycz i rozczarowanie. Wchodzę wówczas w te ślady, jak wagon na tory i jadę do przodu, zastanawiając się, czy jest tu poza mną ktoś jeszcze? Nie ma. To tylko ja z wczoraj.

*

A zatem bezludna wyspa. Robinson Kreutzner siedzi na niej wystarczająco długo, by ją poznać i ujarzmić. Wydeptał ścieżki, wysiał zboże, wybudowawszy dom udomowił zwierzęta (bo jak bez domu udomawiać?), zebrał plon… czegóż on tam nie dokonał? Wyspa, a przynajmniej ta jej część, którą gospodarował, w końcu musiała jednak okazać się terenem zbyt ograniczonym i uległym, by nie wzbudzić w nim pragnienia ujrzenia nowych horyzontów. W końcu zbadał więc Robinson także siebie samego.

Kultura bierze się z ziemi. Proces uprawy, nawożenia jej, czynienia sobie poddaną, posłuszną i uległą, jest przecież bliźniaczy do tego, co rozumiemy przez słowo „kultura”. Czy nie chodzi w niej o to, by w żmudnej pracy, w nawożeniu, podlewaniu i pielęgnacji wyrywać duszę z dzikości natury, a później zrywać owoce owej wyrwanej duszy? Ta dwoistość, to współbrzmienie tego, jak zarazem opornymi i uległymi względem pracy są oba te tereny: ziemia i dusza, są doprawdy zaskakujące! Uprawa. Trzeba to słowo zważyć w ustach, wymawiać trzeba je z pewnym namaszczeniem: mówi się o tajemnicy!

ROBINSON3

Na kartach książki wszystko dokonuje się w rytmie takich oto słów: brudne ręce, odciski na dłoniach, pot na czole, żmudny wysiłek, krew. To, co ważne, tradycyjnie, dzieje się między słowami. A zatem uprawa. Przygody Robinsona Crusoe, spisane przez Daniela Defoe, są opowieścią o uprawie właśnie.

Gdy czytałem o przygodach rozbitka w szkole, będąc dzieckiem, podziwiałem jego zaradność i upór, które pozwalają mu ocaleć. Jako chłopiec, rzecz jasna, splatałem potem fantazje o podobnych przygodach. Gdy czytam go teraz, książka staje się opowieścią o przemianie. Jak każdy w odpowiednim wieku (dopasowywanym do każdego z nas indywidualnie) mam już za sobą swoje rozbicia, swoje burze, próby uprawy i tak dalej… Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że Defoe nie kłamał, i że codzienne wydeptywanie tropów w śniegu prowadzi dokądś więcej, niż same ślady podeszew.

*

I najważniejszy (przynajmniej dla mnie) moment całej opowieści: chwila, gdy po uporaniu się z wyspą, po okiełznaniu ziemi i zdobyciu plonów, wreszcie po owocnej uprawie samego siebie, Robinson wychodzi na plażę i znajduje w piasku odcisk ludzkiej, nie swojej, stopy. Czy więcej tam zachwytu, czy przerażenia? Trochę to rozumiem, bo porównując swoje wczorajsze i dzisiejsze ślady, czynię to z mieszaniną nadziei i niepokoju. Co będzie, gdy okaże się, że jest tutaj jeszcze ktoś inny?

Wasz Paweł M.
Ilustracje pochodzą z wydania książki z 1920 roku i są autorstwa N.C. Wyetha.