Mirosław Wlekły / Tu byłem. Tony Halik

Tu byłem. Tony Halik to znakomita i pasjonująca biograficzna opowieść o nietuzinkowym i wiecznie żądnym przygód człowieku. To jednocześnie kawał świetnie wykonanej reportersko-śledczej roboty Mirosława Wlekłego, autora tej to pozycji, którego ponad dwuletnie dociekania i wędrówki śladami naszego wybitnego obieżyświata (z argentyńskim paszportem), pozwoliły czytelnikowi znacznie zbliżyć się do jego podróżniczej legendy, jak i do przez lata nieodkrytych, życiorysowych tajemnic.

Kim był i co robił Tony Halik wie pewnie każdy obywatel naszego kraju, zapewne głównie poprzez niezwykle barwne, ciekawe i legendarne już programy telewizyjne, emitowane od końca lat siedemdziesiątych, aż po koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Nosiły one kolejno tytuły: Tam, gdzie pieprz rośnie, Tam, gdzie rośnie wanilia oraz Pieprz i wanilia. Tam to właśnie Mieczysław Sędzimir Antoni Halik, potem wraz ze swoją długoletnią towarzyszką życia, Elżbietą Dzikowską, przedstawiali widzom wciąż dość głębokiego PRL-u świat, jakiego ów widz zwyczajnie nie miał szans wtedy zobaczyć. Świat pełen pasjonującej egzotyki, obcych krajów i lądów, ludzi, kultur i obyczajów. Świat nieokiełznanej przygody!

Z tych niezwykle wtedy popularnych programów, widzowi Halik rysował się jako absolutnie wybitny podróżnik i operator filmowy, obdarzony przy tym wyjątkowym darem snucia opowieści. Czynił to bowiem z prawdziwą emfazą, czasem tylko (tudzież nieco częściej) lekko (tudzież nieco bardziej) ubarwiając swoje opowieści, czyniąc je w ten sposób jeszcze zjadliwiej dla widza interesującymi! Był prawdziwym pasjonatem podróży, to po prostu było słychać, widać, no i pewnie też czuć. 

Ale Tony był również świetnym fotografem i nieustraszonym reporterem telewizyjnym. Pracował był m.in. dla amerykańskiej stacji NBC i tamtejszego czasopisma Life. Reporterska dola często rzucała go w miejsca niespokojne, w wojenne konflikty, zamieszki, czy cywilne masakry. Głównie na terytoriach Ameryki Łacińskiej. Jako podróżnik i reporter niejednokrotnie ocierał się o śmierć. Był nieco zwariowany, potężnie zawsze zdeterminowany, rzetelny i nieustępliwy. To te cechy pozwoliły mu osiągnąć upragniony dziennikarski sukces. I doprowadziły go też do wyjątkowych a ekskluzywnych rozmów i wywiadów z Fidelem Castro, Henry Kissingerem, czy Lechem Wałęsą.

2

Acz wielokrotnie przez Halika wspominana, otrzymana za powyższe reporterskie prace Nagroda Pulitzera, nie mogła w żaden sposób być jego udziałem. Chociaż pisarzem też był. O swoich barwnych przygodach, napisał był bowiem trzynaście książek, w tym pięć zostało wydanych w naszym języku. A propos języka! Tony władał (w komunikatywno-dostatecznym stopniu) blisko dziesięcioma, wliczając w to różne indiańskie dialekty i narzecza.

Świetna praca Wlekłego pozwala zapoznać się czytelnikowi co nieco i z życiem rodzinnym oraz prywatnym Tony’ego. Dowiemy się zatem także tutaj o francuskiej, a jedynej żonie Halika – Pierrette, następnie kapkę o ich wspólnym bytowaniu w Buenos Aires i Meksyku, o narodzinach ich jedynego dziecka – Ozany, a także o poznaniu i zauroczeniu Elżbietą Dzikowską. A to, co z biograficznego punktu widzenia jest najciekawsze, bo owiane było wciąż i dotąd sporą mgłą tajemnicy, konfabulacji, półprawd, legend i półfaktów, Autor zostawia na sam koniec swojej książki.

Biograf opowie nam tam, z całkiem dużą dozą prawdopodobieństwa, o dzieciństwie i dość zawiłych, wojennych losach Mietka/Tośka/Maxa Halika. Co natomiast zawiera tajemnicza a zamknięta koperta, własność podróżnika, opisana kategorycznym: „Spalić w razie mojej śmierci”? Jak trafił był on do francuskiej partyzantki? I wreszcie, czy był tym asem brytyjskiego RAF-u? Czy może jednak pilotem niemieckiego Luftwaffe? O tym wszystkim musicie dowiedzieć się już sami!

Książka Mirosława Wlekłego, to znakomita i warta polecenia pozycja o prawdziwie pasjonującym człowieku. Człowieku niezwykle dla innych otwartym, bardzo miłym i tak też przyjemnym. Człowieku kulturowo zasłużonym dla krajów: Polski, Argentyny, Meksyku, czy Stanów Zjednoczonych. Człowieku z czasem sławnym i bogatym, a nierzadko obracającym się wśród głów wielu państw. I przy tym wszystkim boleśnie też samotnym, w swoich głęboko skrywanych tajemnicach, prawdziwych losach i niełatwych życiowych decyzjach. Cóż tu więcej dodać – do lektury przystąp!

Kapitan MO

Ilustracja w tle: http://tnij.at/Tony
Okładka
: Mirosław Wlekły, Tu byłem. Tony Halik, Wydawnictwo AGORA, 2017

Reklamy

Charles Higham / Howard Hughes: brawura, szaleństwo, tajemnica

Napisana przez byłego dziennikarza New York Times biografia Howarda Hughesa, nie ma zbyt pochlebnych opinii wśród książkożerców, jak i fanów tej obrosłej już niejedną legendą, a absolutnie nietuzinkowej, postaci. Sporo z tych, krytycznie do książki nastawionych osób, ma zapewne w pamięci, świetny skądinąd, wyreżyserowany przez Martina Scorsese w 2004 roku film Aviator, z rewelacyjną (jak niemal zawsze) rolą Leonardo DiCaprio, w roli naszego głównego dziś bohatera.

Obraz ten, jak wspomniałem wcześniej – faktycznie znakomity, skupił się jednak na złotej erze losów teksańskiego miliardera, i zgrabnie a całkowicie pominął był co (jeszcze) bardziej pikantne i kontrowersyjne wydarzenia i fakty z jego przebogatego, w przenośni i dosłownie, życia. Stąd, o ile oczywiście możemy całkowicie wierzyć ex-żurnaliście, biografia ta wydaje się być chwilami niemal paszkwilem na tego amerykańskiego bohatera. Ja tak jej jednak nie odebrałem. Ale może po kolei. Kim zatem był ów Howard Hughes? Na sam początek był on spadkobiercą ogromnej, rodzinnej fortuny, zdobytej przez jego ojca podczas gorączki ropy naftowej z początku XX wieku, jednak nie z samego jej wydobycia pochodzącą, a z wynalazku specjalistycznego wiertła do jej wydobywania, a potem z założenia firmy, która już całkowicie żyła z produkcji i sprzedaży owego wynalazku.

To co Howarda niechybnie ukształtowało, a miało potem decydujący i katastrofalny jednocześnie wpływ na całe jego dalsze, niesamowite życie, to poza odziedziczonym bogactwem z Hughes Tools Company, nadopiekuńczość, hipochondria i paniczny strach przed zarazkami jego matki. 

Na pewno jednak nie był on człowiekiem skłonnym li tylko do trwonienia lekką rączką przejętego po ojcu bogactwa. (Choć faktycznie szastał kasą z iście barokowym rozmachem!) Majątek ów bowiem pomnożył był po wielokroć, prężnie i twardo zarządzając firmą, która wkrótce potem pozwoliła mu osiągnąć status jednego z najbogatszych ludzi w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Najbogatszych i jednocześnie najbardziej wpływowych. Na co więc ten status mógł mu wtedy pozwolić? Przede wszystkim na realizację swoich najskrytszych marzeń. Hughes intensywnie – w pewnych okresach – realizował się jako niezależny producent i reżyser filmowy. Splendor i sukces największy przyniosły mu filmy Hell’s Angels z 1930 roku oraz The Outlaw z 1943.

Z równą, jeśli nie jeszcze większą pasją Howard zajmował się konstruowaniem samolotów, jak i ich oblatywaniem. Co więcej, to do niego w 1935 roku należał światowy rekord prędkości lotu, wynoszący wtedy 567 km/h, a także rekordowy, 91-godzinny lot dookoła świata (1938). To te, niezwykle chlubne w jego biografii wydarzenia, nadały mu też status bohatera w USA.

56fc4f6f7c103b96ed2a6bb73a316d18d752

Baczny, a nie w ciemię bity czytelnik, szybko winien połączyć powyższe fakty z miłą aparycją naszego bohatera i wyjść mu powinno w konkluzji, iż taki facet musiał mieć nieliche branie wśród ówczesnych niewiast! Czy tak zatem było? No raczej… Jean Harlow, Ginger Rogers, Bette Davis, Joan Fontaine, Rita Hayworth, Ava Gardner, czy Katharine Hepburn – mówią Wam coś te nazwiska? A to tylko najgorętsze hollywoodzkie laski, w grubym notesie wieloletnich a pięknych kochanek Howarda. Nadmienić jednak należy, że poza fleszami aparatów, spotykał się on również na pęczki z pięknymi młodzieńcami. Hughes był bowiem biseksualistą, co w tamtych purytańskich w Ameryce czasach, musiało być mocno przez niego ukrywane. 

Tak, przyszły filmowy Aviator, potrafił był wykorzystywać do perfekcji swój status bogacza, wygląd playboya i charyzmę pasjonata kina oraz lotnictwa, aby zdobywać to czego akurat w danej chwili pragnął. Dosłownie. Problem z naszym Howardem był jednak taki, że jak mocno tego czegoś pożądał, tak szybko tracił tym zainteresowanie. Gdy tylko to zdobył. Owe, wymienione wcześniej, a najjaskrawiej świecące gwiazdy ówczesnego kina, zawsze i dość szybko były wymieniane na nowszy, piękniejszy czy zwyczajnie młodszy model. Często, a w zasadzie… zawsze, Hughes romansował z kilkoma na raz. Nie miało też dla niego znaczenia, czy dana wybranka jest akurat wolna, czy zamężna i posiada już w swym związku dzieci. Nie zaprzątał sobie tym zwyczajnie głowy.

Jednymi z nielicznych jego porażek na tym rozkoszy pełnym polu były: niezdobycie Marylin Monroe (być może ze względu na jej powiązania z Kennedym?), oraz Elizabeth Taylor, której zaproponował wręcz okrąglutki milion dolarów za ślub, a ta mu była odmówiła…

Jednak gdy Howard czegoś pragnął, po prostu musiał to mieć. I przeważnie cel swój osiągał. Ludźmi, po ich dla siebie zdobyciu, najczęściej finalnie pomiatał. Wykorzystywał ich i zostawiał. Nawet tych mu najwierniejszych. Był bowiem tak egocentryczny, jak bogaty i ekscentryczny! Gdy zapragnął mieć w swoim hotelu w Las Vegas całodobową telewizję, zakupił był dla siebie całą stację i nakazał puszczać tam swoje ulubione filmy. Gdy z innego tam hotelu chcieli go wyrzucić, wściekł się i kupił ten hotel. Wykupił blisko połowę hoteli i kasyn w Las Vegas. Czasem po to, aby móc zagrać swoim wrogom na nosie, a czasem, by tylko pozbyć się drażniącego neonu z hotelu naprzeciwko…

A o tym, jak nagle zapragnął był lodów bananowo-orzechowych, które jego wierni ludzie sprowadzili w trudzie i w naprawdę wielkich ilościach (1100 litrów!), po to tylko, by ten figlarz mógł natychmiast stwierdzić, że jednak jeść ich nie będzie i wraca do swoich ulubionych, waniliowych – wspominać nie będę! Jednak wspomniałem? No trudno. Takich historii, ujawniających pewną niedojrzałość, kapryśność i częstą zmianę decyzji Hughesa, jest w tej znakomitej biografii cała masa!

Howard-Hughes

Niedojrzały, nie oznacza jednak głupi. Nasz bohater był bowiem niezwykle inteligentny, choć wyrachowany potężnie, a łeb na karku, szczególnie do interesów miał w zasadzie do końca swoich dni. Biograf przedstawia zdobyte przez siebie dowody – bardzo bogate źródła – na ciągłe kontakty Hughesa z CIA, z ludźmi ówczesnych prezydentów USA, a nawet z nimi samymi. Howard kręcił przysłowiowe lody wszędzie tam, gdzie tylko było to możliwe, aby tylko móc pomnażać swój majątek. Jego firmy produkowały helikoptery (m.in. słynny AH-64 Apache), broń, radary i lasery dla wojska, satelity telekomunikacyjne i szpiegowskie.

Hughes angażował się ponadto czynnie i wymiernie w politykę wewnętrzną, jak i zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Miał pewien wpływ na inwazję w Zatoce Świń za Kennedy’ego, czy brał nie tak całkiem pośredni udział w aferze Watergate za Nixona. Był w pewnym sensie gorącym patriotą, nieznoszącym komunistów. W pewnym sensie, gdyż do ostatnich chwil swego życia kantował tamtejszego Fiskusa jak tylko mógł. Ach, byłbym zapomniał – był też zawołanym rasistą! Naprawdę, długo by tutaj jeszcze wymieniać, kim był i czym się zajmował ten Howard Hughes…

W ostatnich dobrych kilkunastu latach swojego życia był publicznie niedostępny. W swoich hotelowych apartamentach w Las Vegas, w Nassau, Nikaragui, na Bahamach, czy w Meksyku, mieszkał absolutnie sam, otoczony tylko swoimi najwierniejszymi ludźmi. Opiekunami, służbą i doradcami biznesowymi. Po pokoju chodził nagi, lub półnagi, potężnie zaniedbany, zarośnięty, brudny i śmierdzący… Oddawał mocz na drzwi lub do słoików, które skrycie magazynował. Śmiertelnie i paranoicznie wręcz przerażały go muchy, insekty, bakterie i kurz. Paradoksalnie nijak mu to jednak nie przeszkadzało w bardzo niehigienicznym trybie bytowania, jaki przez wiele lat prowadził. Wszędzie dookoła niego walały się chusteczki higieniczne Kleenexa, których używał na potęgę i często też obwijał nimi, jak bandażem, co raz to bardziej schorowane i wycieńczone ciało.

Był cierpiący psychicznie i obolały fizycznie oraz uzależniony od sporych dawek różnorakich środków przeciwbólowych. A mimo to, ponoć do końca, przytomnie zarządzał telefonicznie swoimi firmami. Zmarł był w 1976 roku, na pokładzie samolotu lecącego z Acapulco do rodzinnego Houston…

Bardzo ciężko jest móc w jakimś skrócie opowiedzieć o tym człowieku. Ta biografia, czytelnikowi ciekawemu jego legendzie, znakomicie jednak przybliży sylwetkę Howarda Hughesa. Nie jest ona może napisana porywająco, styl Highama jest dosyć szorstki. Autor skupia się zwyczajnie na przytaczaniu faktów i zdarzeń z życia opisywanego, które zdobył był na wskutek wieloletnich badań i dziennikarskich dociekań, a nade wszystko z rozmów z wieloma naocznymi świadkami z tamtych czasów. I wydaje mi się, iż starał się on być obiektywny w faktach owych przytaczaniu. A że zdarzenia owe, jak i samo życie Hughesa, nie było tak oczywiste, jak filmy o nim traktujące, cóż… życie!

Kapitan MO

Ilustracje w tle: http://www.bbc.co.uk/programmes/p016tlqp; http://betrending.com/celebrity-breakdowns-because-mental-illness/7/
Okładka
: Charles Higham, Howard Hughes: brawura, szaleństwo, tajemnica, Świat Książki, 2005

CZUŁY BARBARZYŃCA / HRABAL

archipelag

A więc żyjemy na archipelagu. Im dłużej żyję, tym wyraźniej to widzę. Niby razem, niemal zawsze jednak obok. Spotykamy innych, widzimy jak wykonują swoje czynności, widzimy ich zwyczaje i działania, ale żyjemy obok. Widzimy sąsiednie wyspy, czasem dostrzegamy unoszące się nad nimi sygnały dymne, łuny ognisk (a może pożarów?), widzimy mrówczy ruch na ich brzegach… Trwa jakaś wymiana, płyną listy w butelkach, trwa jakiś handel. Ale kiedy ostatnio byłem na czyjejś wyspie? Nie umiem powiedzieć.

Tak więc Robinson i jego przygoda stają się bezpośrednią relacją z tego, co spotyka i mnie, być może nas wszystkich, nie wiem. Życie przybiera swoje formy, harmonogramy, zwyczaje. Budujemy więc palisady i zasieki, naprędce organizujemy jakąś ziemię uprawną, co sprawniejsi wypalają garnki, co ciekawsi wystają na skałach z lunetą i przyglądają się z zaciekawieniem innym wyspom. Są też tacy, (najgłupsi i najmądrzejsi zarazem) którzy budują łodzie i chcą płynąć.

Jest w Robinsonie ta niezwykła scena, w której bohater, zorganizowawszy sobie już życie i doszedłszy do pewnej stabilizacji, znajduje rzecz, która wszystko to burzy – odcisk stopy na plaży. Ktoś tu jest!

czuły barbarzyńca

Hrabal w Czułym Barbarzyńcy jest Robinsonem, który znalazł odcisk stopy. Ktoś tu jest!, odkrywa patrząc na przyjaciela, przyglądając się jego gwałtownemu życiu, impulsywnym decyzjom. Ktoś tu jest! Hrabal patrzy na drugiego człowieka tak, jak trzeba patrzeć na drugiego człowieka: z zaskoczeniem i niegasnącym zdumieniem, jak na tajemnicę! Bo to jest niewiarygodne, bo to jest cud, to, że ktoś jeszcze jest obok!

Vladimir Boudnik, bo to jemu poświęcona jest ta książka i to znajomość z nim opisuje Hrabal, jest doskonałym przypadkiem dla rozmyślań o tym, czym właściwie jest spotkanie z drugim człowiekiem. Grafik nie marnuje żadnej okazji, żeby dostarczyć swojemu przyjacielowi i całemu światu powodów do zdziwień. Gwałtowne zachowania, pozornie pozbawione logiki, będące jedną wielką zagadką, na którą najwłaściwiej reaguje kolejny z przyjaciół, Egon Bondy, z szewską pasją, niby zaklęcie powtarzając swoje „kurwa fiks! Znów przez niego nie zmrużę oka!”. Vladimir jest dla autora postacią bez precedensu, postacią, którą najlepiej wyraża zawarty w tytule oksymoron, chodzącą sprzecznością, powodem do zdziwienia i zachwytu.

Spotkanie drugiego człowieka to jest cud i zagadka, dobitnie zdaje się mówić Hrabal. Książkę dostałem od mojej siostry, z zaznaczeniem: „to jest najważniejsza książka mojego życia”. Gdy dostajesz książkę obostrzoną taką uwagą, nie możesz jej ot tak zwyczajnie sobie przeczytać. To były poszukiwania: co ona tam znalazła? I dziwienie się: jest tu ktoś jeszcze! Za czym ona tęskni? Paradoksalnie książka o takim właśnie przyglądaniu się i poszukiwaniach mówi.

złoty wiek

Czytając, myślałem sobie: dlaczego to czyta się tak dobrze? Dlaczego żywot Vladimirka i Bohumilka zdaje się być snem, w którym mijamy tylko dobre miejsca, przeżywamy tylko dobre wydarzenia. Czy to nie jest życie, do jakiego cichcem wszyscy tęsknimy?

Hrabal pisze o swoich wspomnieniach, maluje portret człowieka, któremu nie mógł się nadziwić, z którym przeżył swego czasu rzeczy dziwne i piękne. Czas spędzony z Vladimirem staje się tu swego rodzaju złotym wiekiem. To epoka sielanki i to, co złe i zwyczajne nie ma do niej wstępu, cierpienia i bólu tam nie ma. Są wyprawy na piwo, są podróże na rowerze i motorze, są anegdoty o randkach, jest mur budowany w środku mieszkania, jest jazda pociągiem na grzyby… Tylko i wyłącznie dobre chwile.

Kolejne, chaotycznie rozrzucone anegdoty, z których składa się ta opowieść, zastygają w złocie bursztynu, w którym Vladimir trwa zawieszony jak owad. Pozostaje niewrażliwy na okrutne działanie czasu, zawsze ten sam, jedyny i niepowtarzalny, nieodgadnięta zagadka. Czuły Barbarzyńca, kurwa fiks! Nie będę przez niego spał!

Jasi M,
Paweł M
Autor zdjęcia: Ladislav Michalek, 1967.

Otwarte okno / Wierność / Romaniuk

mozaika

Sięgając po Wierność, mieć trzeba na uwadze rzecz jedną: to nie jest biografia. Nie da się, nie sposób z tej książki wyłowić czegoś, co można by uznać za chociażby mglisty kontur pełnej sylwetki Zbigniewa Herberta. Książka, złożona z ponad sześćdziesięciu wspomnień, przedstawia raczej mozaikę, archipelag rozrzuconych wysp, z których każda stara się opowiedzieć tę samą historię w swoim własnym języku.

Jedna historia w sześćdziesięciu czterech ustach, to tak naprawdę sześćdziesiąt cztery historie. Do postaci poety docieramy przez cały zastęp pośredników. Każdy z nich był świadkiem i uczestnikiem różnych okresów, w różnych miejscach, w różnych latach i w różnych okolicznościach się z Herbertem spotykał. Od osób najbliższych, żony, siostry, przyjaciół, przechodzimy przez tłum współpracowników, towarzyszów podróży i kolegów, kończymy zaś na ludziach, którzy zaledwie go mijali, zamieniali kilka zdań, kilka listów. Rozmaite są to wspomnienia.

 

co to jest Prawda?

Nie jest to zatem obraz spójny. Książka spięta w całość przez Annę Romaniuk, nie ma ambicji by stawać się biografią, czy choćby nawet jej próbą. To jest mozaika. Z resztą mozaiką jest każde patrzenie w przeszłość. Nie mamy bezpośredniego dostępu do rzeczy minionych – nawet w badaniu tych rzekomo najbliższych, pośredniczyć musi pamięć, ta zaś jest niepewna. Są jeszcze źródła, zapisy, pamiątki. Te, choć pewne, bywają jednak mnogie, często sprzeczne, często konkurujące o to, które najcelniej i najdosadniej odda prawdę. A co to jest Prawda?

Najbardziej chyba cenię w tej książce to, że jej autorka miała tę świadomość stania na dwu różnych nogach (jak dwie nogi Pana Cogito). Z jednej strony pamięta o niedoskonałości ludzkiej pamięci, z drugiej zaś o niepełności i fragmentaryczności źródeł. Do Herberta, centrum tych wspomnień, możemy się zatem jedynie zbliżać, pamiętając przy tym, że to nie jest droga prowadząca bezpośrednio do niego.

Wiele wspomnień powtarza się, przedstawia tę samą, zabawną, pełną życia, humoru i werwy postać, człowieka otwartego i wygadanego. Choć w trakcie lektury te skrawki wydawały się być najbardziej prozaiczne, zawierały bowiem niewiele szczegółów, czasem jakąś zabawną, wartą uwagi anegdotę, ale niewiele więcej, w końcowym obrazie robią coś ważnego: wydobywają poetę z marmuru. Moje wrażenia z lektury tych fragmentów, zgadzają się z zaskoczeniem wielu wspominających. Idąc na spotkanie z Herbertem, oczekiwali prawdziwego posągu, podniosłego, wielkiego i nieskazitelnego. Spotykali zaskakująco ciepłego, energicznego i zabawnego człowieka. A to niespodzianka!

Są też wspomnienia, które wchodzą głębiej. Dzieciństwo opisane przez siostrę, młodzieńczy romans w ustach uwiedzionej kobiety, kilka opisów kłótni z Miłoszem, kilka wyjątkowo ciepłych zetknięć (głównie z innymi poetami). Jest kilka ciężkich sprawozdań – wszak Herbert w ramach swego radykalizmu (tytułowej wierności) różne sądy wygłaszał, zrażając do siebie nieraz wieloletnich przyjaciół. Jest w końcu najdłuższe z wszystkich wspomnienie (jednocześnie warte największej uwagi), słowa wdowy po poecie, Katarzyny Herbertowej.

Jaka jest końcowa prawda tej książki? Nie ma takiej. Dostałem w ręce sześćdziesiąt cztery zeznania. Często sprzeczne, momentami gorzkie (choć ta gorycz zdarza się tu niezbyt często). I tak, jak pisała we wstępie autorka, chyba spina je wszystkie słowo „Wierność”. Osobiście najbardziej cenię sobie słowa pani Katarzyny i kilku poetów tutaj piszących, jest to jednak mój własny wybór tego, jaki obraz chcę widzieć. Na pewno nie ma tu zbyt wiele obiektywności.

otwarte okno

Pisałem wcześniej o tych mniej i bardziej głębokich wspomnieniach. W żadnym jednak momencie nie zostaje przekroczona ostatnia granica, granica najważniejsza: sam Herbert, oraz to, co Herbert miał w głowie.

O dzieciństwie nie opowiadał prawie nigdy. Podobnie o swoim pisaniu. Mimo, że żona przyglądała mu się, ba, współuczestniczyła w tworzeniu, będąc pierwszym krytykiem, przepisującym później kolejne wiersze, ślizgała się jedynie po powierzchni. To była dla niej tajemnica. Kilka osób wspomina jego notatniki, kilka nawet do nich zaglądało, ktoś towarzyszył mu w wyprawach, ktoś rozmawiał z nim o poezji… Ale to wszystko powierzchnia. Nikt tam nie napisał, jak to się działo, że ten chłopak, a później mężczyzna, taki rezolutny, taki zabawny, z przeszłością raczej ciemną i charakterem ciężkim jak kamień… jak to się działo, że siadał przy biurku i pisał czystą jak kryształ harmonię? O tym nikt opowiedzieć nie umie.

Z każdym tekstem zbliżamy się więc, coraz bliżej, coraz bliżej. Gdy w końcu dociera się na miejsce i myśli, że to już tutaj… otwiera się drzwi, wchodzi do środka i zastaje pusty pokój i firankę powiewającą w otwartym oknie.

Wasz Paweł M

Wojciech Orliński / Lem. Życie nie z tej ziemi

Po raz kolejny dane jest mi stwierdzić, iż czytanie Lema, jak i czytanie o Lemie samym, to czynności tak samo mi przyjemne. Nad wyraz mi przyjemne, dodajmy!

Wojciech Orliński, autor znany dobrze lemofilom z książki Co to są sepulki? Wszystko o Lemie, postanowił napisać pierwszą w kraju biografię naszego rodzimego Mistrza literatury fantastyczno – naukowej: Stanisława Lema. Jak postanowił, tak też i uczynił. A co mu z tego wyszło? Zobaczmy!

W swojej nowej książce, Orliński, omawiając kolejne etapy życia i twórczości Lema, bazuje dosyć obficie na kilku wydanych i znanych już pozycjach. Są to przede wszystkim: Wysoki Zamek – autobiograficzny wgląd Lema w swoje lwowskie dzieciństwo, oraz Tako rzecze… Lem Świat na krawędzi – dwie absolutnie przepyszne książki typu wywiad-rzeka, autorstwa kolejno: Stanisława Beresia i Tomasza Fiałkowskiego.

Opiera się również, całkiem zresztą nierzadko, na opublikowanych korespondencjach Autora Solaris ze swoim przyjacielem Sławomirem Mrożkiem oraz amerykańskim tłumaczem swoich dzieł: Michaelem Kandlem. Czerpie też, nie raz – ani dwa, choć może nie garściami, z bardzo miłej książki syna Pana Stanisława – Tomasza Lema, o tytule Awantury na tle powszechnego ciążenia.

Czy zatem ten swoisty lemofilski kogel-mogel, zaserwowany nam przez biografa w Życiu nie z tej ziemi, ma jakąś sensowną wartość dla zmaniaczonego czytelnika i fana Stanisława Lema, który to czyta, pochłania, pożera i zwyczajnie już zna wszystkie powyżej przedstawione pozycje, traktujące o życiu Mistrza? Bo nie da się ukryć – Orliński, pomimo, iż wszystkie te fakty z życiorysu Lema ładnie i składnie zbiera do tzw. kupy i układa w chronologiczną, spójną całość, to wydawać by się mogło, że niczym więcej nas tutaj zaskoczyć nie może. Bo i czym i skąd? A jednak…

lem_

Biograf staje na wysokości zadania. Zapoznaje się (zapewne mozolnie, chociaż pewnie i radośnie), a następnie cytuje inne, prywatne i niepublikowane dotąd, stosy korespondencji Twórcy Powrotu z gwiazd. Są to listy od i do swoich przyjaciół, dobrych znajomych i innych tłumaczy swojej prozy. Przekopuje się przez kilka historycznych książek o Lwowie i Krakowie, głównie czasu drugiej wojny światowej. Osobiście się też udaje do miejsc blisko związanych z życiem Lema, i chadza tam jego ścieżkami. W końcu – prowadzi liczne rozmowy z najbliższą rodziną pisarza oraz z osobami, z którymi los zetknął był Pana Stanisława, podczas jego wyjątkowego, twórczego życia.

A wszystko to okrasza mało znanymi, i smakowitymi przez to wielce, fotografiami!

Skutkiem tego niezwykle interesującego riserczu, jakiego dokonał Orliński, nasza wiedza o Mistrzu jest zdecydowanie pełniejsza i doskonalsza! Tam, gdzie nie wszystko w biografii Lema było dotąd jasne, lub przez samego pisarza było niedopowiedziane, czy zakamuflowane i zaszyfrowane wręcz, Orliński precyzyjnie i wiarygodnie uzupełnia biograficzne luki. W przyjemny i satysfakcjonujący sposób, wraz z dużą dozą prawdopodobieństwa.

Lem. Życie nie z tej ziemi staje się zatem – a nawet tym samym! – pozycją obowiązkową! Dla tych, którzy nie posmakowali jeszcze jakiejkolwiek biograficznej wiedzy o Twórcy sepulek – nawet nie ma o czym mówić, a pisać tym bardziej! Jazda do księgarń! Natomiast dla wszelkiej maści lemologów, lemofilów i lemożerców, ta biografia będzie przede wszystkim kolejną przepyszną, „okołolemową” lekturą, ale i wiarygodnym źródłem kolejnych, frapujących faktów, smaczków i historyjek Mistrza Lema się tyczących! Polecam więc już z sumieniem całkowicie i krystalicznie czystym – lektura tej książki nijak Was zawiedzie!

Kapitan MO

Fotografia w tle: Stanisław Lem, Krzysztof Karolczyk / AG
Fotografia w tekście: Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne/Agora, 2017