Fantazja na trzydzieści głosów / Rękopis znaleziony w Saragossie

„Rękopis” to zdecydowanie jedna z moich ulubionych powieści. Po kilku obowiązkowych latach przerwy mogłem po nią sięgnąć ponownie, a okazja była ku temu znakomita – nowe tłumaczenie Anny Wasilewskiej, ofiarowane polskiemu czytelnikowi przez Wydawnictwo Literackie.

Dzieje tego arcydzieła są wyjątkowo burzliwe. Okazuje się, że Potocki stworzył co najmniej dwie jego wersje, znacznie się od siebie różniące, zaś tłumacz (i to jedynie domniemany, bo istnieją uzasadnione podejrzenia, że Edmund Chojecki dał nazwisko pracy translatorskiej osoby pragnącej pozostać anonimową) skleił je w jedną, dopisując co nieco od siebie. Edycja WL stanowi pierwsze polskie wydanie jedynej kompletnej wersji, czyli tej z 1810 roku.

Widać oczywiście, że dzieło to wciąż pozostaje niedopracowane, nieukończone. Ale jakie jest mimo to imponujące! Podziw budzi zarówno sprawność kompozycyjna, dzięki której większość (a w zamyśle, nie do końca zrealizowanym, wszystkie) wątków pięknie się zazębia, jak i swoboda, z jaką Potocki sięga po motywy z tekstów różnych kultur i stapia je w nową całość.

Bo „Rękopis” jest arcydziełem przede wszystkim dlatego, że stanowi fascynujący przegląd tradycji piśmienniczej, jej kierunków i nurtów z przestrzeni wieków. I bynajmniej nie ogranicza się Potocki do czerpania ze skarbca literatury; jako człowiek oświecenia i kontynuator ambicji encyklopedystów, dokonuje grabieżczych wypadów na tereny innych dziedzin, w szczególności filozofii. Konfrontuje rozmaite postawy i poglądy, kilka lub kilkanaście wizji świata, a te z nich, które charakteryzuje dogmatyzm, subtelnie wyszydza.

Z jednej strony „Rękopis” to zatem niepowtarzalna przygoda, podróż przez niezmierzone głębiny ludzkiego jestestwa, z jego bogactwem, wielowymiarowością, kombinacją pierwiastków przyrodzonych oraz potrzeby czegoś więcej niż owe pierwiastki. Z drugiej – dobitne ukazanie, co za bzdury mogą z owej przyrodzonej człowiekowi potrzeby transcendencji wyniknąć, jeśli nie ujmie się jej w karby rozumu.

Wbrew dość powszechnemu mniemaniu, to nie gruntowny research konstytuuje dobrą literaturę; jej wartość leży głębiej. Ale nawet gdyby u Potockiego tej głębi nie było – a objawia się ona niezbicie w mistrzowskim i prześmiewczym sportretowaniu tragicznych zmagań podłej kondycji człowieka z jego wybujałymi ambicjami  – to „Rękopis” obroniłby się swadą, fantazją i humorem.

Dziś ludzie nie opowiadają już sobie tak powszechnie historii swych żywotów, a to dlatego, że są one przeważnie nudne i takie same; dla nieznanych przyczyn pisarze nie mają tyle przyzwoitości. Inaczej jest u Potockiego – z niektórych spośród jego historii można wynieść korzystne nauki, z innych wręcz przeciwnie, ale wszystkie są zajmujące. I w jak oględnych słowach można oddać nawracające orgietki z pewną damą i jej dwiema córkami!

Z kolei system Velasqueza, czyli objaśnienie pierwszej części Księgi Rodzaju za pomocą zdobyczy osiemnastowiecznej nauki, przypomniało mi obcowanie z presokratejskimi kosmogoniami, zrazu intrygujące, lecz dość szybko nużące. W wydaniu linearnym, niepoprzedzielany innymi historiami, i on jest nużący i pasuje do reszty jak pięść do oka. Musiał mieć Potocki świadomość, że ta część „Rękopisu” zestarzeje się najszybciej, ale jego polihistoryczne ambicje przeważyły. A może nie polihistoryczne ambicje, tylko subtelna kpina? Z hrabią naprawdę nigdy do końca tego nie wiadomo.

Ale i tak tęsknię za wersją Chojeckiego, choćby pełną nieścisłości i przeinaczeń. Swoboda obyczajowa i konstrukcyjna oraz przestrzeń dla większej swobody interpretacyjnej – oto, co pociąga mnie w tym wydaniu. Dodatkowo przyznaję prymat językowi Chojeckiego, wypełnionemu pięknymi sformułowaniami czy takimi perełkami jak „Kordowa”, do której mam szczególną słabość.

Stylizacja Anny Wasilewskiej jest dalece mniej zaznaczona, choć ciężko czynić z tego zarzut, skoro w tej postaci nabiera styl Potockiego elegancji i przejrzystości. Nie sposób porównywać więc tłumaczki a autorem nie do końca fortunnego przekładu „Barry’ego Lyndona”. „Rękopis” to jednak bardzo charakterystyczna powieść i z przyjemnością bym trochę po niej pomeandrował, dlatego za kilka lat sięgnę ponownie po Chojeckiego. 

I tym bardziej pragnąłbym przeczytać wersję z 1804 roku, nawet mimo jej niekompletności. Niestety, przyjdzie mi na to trochę poczekać. Póki co WL wydało ją jedynie w postaci elektronicznej, od której z zasady stronię – żaden czytnik nie prezentuje się tak dobrze obok kubka kawy na Instagramowej fotce jak książka papierowa.

Nie do końca jest też dla mnie jasne, do kogo właściwie skierowane jest to wydanie. Bo że stanowi ono wielkie wydarzenie, nie wątpię, ale jego filologiczne ambicje kazałyby je umieścić raczej w serii Biblioteki Narodowej. Tam właśnie pasowałoby wytykanie autorowi nieścisłości czy drobiazgowe przypisy, nieinteresujące zwykłego czytelnika. A ja niestety systemowo czytam przepisy, bo a nuż dowiem się z nich czegoś, czym później będę mógł komuś zaimponować?

Ale te wątpliwości niczego nie zmieniają. „Rękopis” trzeba czytać. Nie Mrozem czy Twardochem, tylko Potockim polska literatura stoi. Nawet jeśli nie raczył był on skreślić ani słowa w naszej szeleszczącej mowie.

utracjusz

Reklamy

Psy Ziemiańskiego / Achaja

Jakiś czas temu, po lekturze Grzędowicza doszedłem do wniosku, że fantastyka jako taka, stanowi przedłużenie legend, mitów i bajek, na których wyrastamy. Że jest wyrazem tęsknot za życiem w uproszczonym, archetypicznym wymiarze, za światem w którym zło jest złe, dobro dobre, cnoty są cnotami. Zatem odwaga, awanturniczość i pogoń za wspaniałą przygodą jest tym, co napędza bohaterów do działań, czytelników zaś do śledzenia tych działań.

Piszę o tym we wstępie do tekstu o Achai Ziemiańskiego, bo właśnie ten element najmocniej mnie w książce uwiera. Autor buduje szary i brutalny świat, w którym bohaterowie zamiast płynąć pod prąd, wtapiają się weń, grają na jego zasadach. Jeśli zaś się opierają, rzeczywistość szybko pozbawia ich ludzkich odruchów, tak że już po kilku chwilach dobrowolnie i ochoczo wskakują w tę rzekę i płyną z nurtem. Te psy Ziemiańskiego, jak psy Pawłowa, już po kilku rozdziałach reagują tak, jak chciał autor: są okrutne, bezwzględne, odczłowieczone.

Zaan, najmądrzejszy człowiek w swym kraju, dla pogoni za sławą, decyduje się na żywot rzezimieszka i oszusta; Achaja, otępiona przez lata niewoli, jest zaszczutym zwierzęciem, pełnym agresji. Droga Zaana do sławy i Achai do wolności usłane są trupami i bohaterowie nie robią sobie z tego wiele. Ziemiański chciał chyba napisać książkę o tym, jak rzeczywistość nas łamie i upadla. W tym celu na drodze swoich bohaterów nagromadził wszystkie możliwe przeciwności, upokorzenia i zniewagi, tak, że nawet jeśli chcieliby iść naprzód z podniesionymi głowami, nie mogą. Świat zegnie ich i złamie. I to łamanie to jest lwia część książki.

Poza tym, to są absolutnie byle jakie postaci. Ja nie wierzę tutaj w żadnego bohatera. Zaan, który całe życie strawił na czytaniu mądrych ksiąg, nagle postanawia zacząć oszukiwać i okradać miejscowych wieśniaków – taką sobie drogę do sławy wybiera. Meredith, wielki mag i doradca książąt, w połowie dialogów zapomina języka w gębie, powtarza się, nie nadąża za rozmówcami. Wojskowi dowódcy słuchają z podziwem, jak Achaja opowiada o konieczności zapewnienia armii wyżywienia, jakby największe mądrości wygłaszała.

Ale wszystko to i tak nic w porównaniu z samą Achają. Jeśli ktoś sięgając po książkę liczy na spotkanie wspaniałej heroiny, która staje się bohaterką w świecie antybohaterów… srodze się zawiedzie. Choć pierwsze rozdziały jasno stwierdzają, że Achaja to chodzący zbiór cnót i dobra, kolejne malują już obraz zgoła inny: w armii księżniczka gardzi wszystkimi przedstawicielami niższych klas, uważa ich za niegodnych zadawania się z nimi. Gdy już myślimy, że pod wpływem ciężkiego treningu pokornieje, ta w okrutny sposób drwi sobie z nowych rekrutów… zaiste zbiór cnót!

A potem jest niewola, tortury i ciężkie życie w obozie, gdzie kilkunastoletnia bohaterka wykupuje sobie przetrwanie i naukę u dwu łaskawców w zamian za usługi seksualne. W międzyczasie, w trakcie tortur i trudów nowego życia, w bohaterce kilkakrotnie „coś pęka”, nie prowadzi to jednak do żadnych zmian. Te nastąpią znienacka, w momencie, w którym autor uzna, że już wystarczy. Niewolnicze życie pozbawi Achaję resztek ludzkich odruchów, a przed końcem książki bohaterka stanie się jeszcze złodziejką, oszustką i pełnoprawną prostytutką. Co za wspaniały przykład silnej, żeńskiej bohaterki w literaturze fantastycznej!

Z lektury Achai nie wynika absolutnie nic. Nie ma tu drugiego dna, do którego czytelnik mógłby się dokopywać, nie ma zakamuflowanych rozmyślań o świecie i życiu, może poza tym, że są one okrutne, ale to nie jest specjalnie odkrywcze ani błyskotliwe stwierdzenie. To jest festiwal upodlenia i upadlania, wielkie święto antybohaterów. Przez całą książkę czekamy aż skończą się upokorzenia, aż Achaja wstanie i zemści się i pokaże wszystkim co i jak. Ale to trwa i nie chce się skończyć. A gdy się już kończy, dostajemy wystraszone zwierzę, gotowe zabić każdego, kto stanie mu na drodze. Z kolei Zaan dobrowolnie posuwa się do kolejnych okrucieństw, po trupach idzie do celu, każe torturować, każe zabijać, a jeśli będzie trzeba, nie zawaha się przed wywołaniem wojny. Byle sięgnąć swojego celu. Czy ja mam się z tym bohaterem identyfikować? Czy do takiego archetypu bohatera wzdychamy i tęsknimy?

Czy Achaja jest pozycją dla młodych dziewcząt? W końcu mało w literaturze fantastycznej bohaterek, z którymi mogłyby się utożsamiać młode czytelniczki. Myślę, że zapotrzebowanie na podobną sylwetkę byłoby spore i Achaja zdaje się doskonale spełniać taką rolę. Z okładki spoziera na nas groźna, silna i piękna kobieta, opis zaś zachęca: „…uczy się sztuki przetrwania. Przestaje już być grzeczną księżniczką. Rozumie, że aby coś od życia otrzymać, trzeba również coś poświęcić”. A tutaj gwałt, bezsilność i wielki, masochistyczny maraton przez trzy czwarte objętości książki…

To bynajmniej nie jest mistrzowska fantastyka (choć ukazuje się właśnie w serii „Mistrzowie Polskiej Fantastyki”). Czyta się to lekko i przyjemnie, nie przeczę, przygodowy charakter opowieści i ilość wydarzeń, zapewniają rozrywkę niemal przez cały czas trwania lektury. I wszystko byłoby piękne i wspaniałe, ale tutaj na scenę wchodzą wszystkie te fatalne postaci, którym nie uwierzyłem, które momentami kupy się nie trzymają. Ba! Nawet z nimi książka nadal byłaby jeszcze dostateczna (z dużym minusem co prawda, ale zawsze), w końcu kto komu zabroni opowiadać ciekawych, choć prostych historii?

Achaja jest jednak pozycją mierną, a to dlatego, że to anty-fantastyka. Jej bohaterowie to anty-bohaterowie. Stają się nimi albo z własnej woli, albo przez zaszczucie i upokorzenie. Tutaj książę jest mordercą i oszustem, księżniczka zaś prostytutką podrzynającą gardła swoim klientom. Smoka z kolei nie ma wcale, bo uznał, że ręce opadają i odleciał do ciepłych krajów. Ja takich bajek nie chcę, z kolejnych tomów rezygnuję, nie mam na to czasu, dejcie spokój.

Wasz Paweł M

Bardzo krótko / Jacek Bierut / Pornofonia

Naukowcy radzieccy wyliczyli, że 66,6% dobrej literatury pozostaje poza jej głównym obiegiem i może zostać odkryte jedynie przez ekspertów bądź na skutek ślepego trafu. Jako że ekspert ze mnie żaden, muszę uznać, że z Jackiem Bierutem niebywale mi się poszczęściło.

To bowiem twórca nagradzany, ale niemal anonimowy; zamiast zgodnie z wymogami rynku udzielać się w mediach społecznościowych, siedzi pewnie gdzieś na Księżycu, pociąga z butelki i śmieje się z nas oraz z samego siebie.

„Pornofonia” to powieść, której streścić nie sposób. Można by wprawdzie spróbować określić ją jako dystopię o siermiężnych wakacjach nad polskim morzem, ale to jak powiedzieć, że „Gwiezdne wojny” to film o mężczyznach ze skłonnością do krzyżowania mieczy. Dwuznaczność jest tu oczywiście zamierzona, bo sprawy płciowe wypełniają sporą część przestrzeni między srebrnymi okładkami tego tomu.

Ale też pomieścił tu Bierut tyle wątków, że trzeba się w nich pogubić, tyle pomysłów, że starczyłoby i na sto powieści. Na pierwszy plan wybija się jednak komentarz społeczno-obyczajowy, tyle że podany w formule jakże odległej od dziewiętnastowiecznej klasyki! Oto bowiem refleksji o zbyt dynamicznych i chaotycznych przesunięciach w obszarze aksjologii towarzyszy forma rozbuchana, stanowiąca w istocie dowód dynamicznych przemian w obszarze literatury.

Narracja jest zakręcona, pełna fajerwerków językowych, myślowych oraz erupcji nietuzinkowego poczucia humoru lokowanego na różnych poziomach. Nie wyprze się Bierut pokrewieństwa ani z Barthem, ani z Vonnegutem, ale z żonglerki konwencjami wychodzi mu produkt spójny i mocno autorski. Do tego gęsty od bon motów, z których wynotowywania musiałem w końcu zrezygnować dla zachowania płynności lektury.

Przyznam zresztą, że mam problem ze zwerbalizowaniem swoich wrażeń, co zdarza mi się bardzo rzadko. „Pornofonia” zdaje się należeć do bardzo wąskiego grona dzieł literackich pozbawionych atrybutu intersubiektywności. Trudno chyba o większy komplement. Żeby jednak nie było tak różowo, wyznam również, że autorowi być może udało się na dobre obrzydzić mi obcowanie cielesne.

Podsumowując – to znakomita, ambitna i zabawna powieść, z wszelkimi danymi ku temu, by stać się modną, a nawet kultową. Zrealizowanie tego potencjału wymagałoby jedynie zastosowania zaawansowanych narzędzi marketingowych, takich jak gniewne wejrzenie, głoszone publicznie kontrowersyjne poglądy czy orkiestrowanie oskarżeń o plagiat.

Niestety, nieszczęsny Bierut, zamiast marketingiem, zajmuje się byciem i pisaniem, w związku z czym, w przeciwieństwie do bohaterów „Pornofonii”, nie ma chyba dla niego ratunku.

utracjusz

Załóż nowe ciało! Ekranizacje #1

Modyfikowany  węgiel to dopiero pierwszy tom trylogii – zatytułowanej Takeshi Kovacs – od imienia głównego bohatera. Książki napisane w latach 2002 -2005 wychodziły po polsku już raz, zaraz po brytyjskiej premierze, w wydawnictwie ISA, ale nie było łatwo zdobyć te stare tomy. Dlatego decyzja Maga o wykupieniu praw i wznowieniu cyklu ucieszyła, podejrzewam, wielu fanów sf.  Drugi tom Upadłe anioły ukazał się tydzień temu. Nie bez znaczenia dla popularności powieści Richarda Morgana jest oczywiście fakt, że Netflix na podstawie pierwszego tomu (i motywów zaczerpniętych z trzeciego) nakręcił 10-odcinkowy serial (na kanale od lutego 2018). Prawdopodobnie powstaną kolejne sezony. 

Książka

To oczywiście cyberpunk. Stechnologizowany świat XXVI wieku, w którym za sprawą umieszczanego  między kręgami szyjnymi małego dysku (stos), zawierającego ludzką świadomość, ciało staje się wymienialną powłoką. Reperkusje tego faktu są niezliczone, od podróży międzygwiezdnych, do nieśmiertelności. W pierwszym tomie poznamy odmienioną Ziemię. (W serialu zmieniono daty, wszystko dzieje się 200 lat wcześniej; jeden z tych zabiegów, które z pewnością miały jakąś przyczynę, ale jaką, trudno samemu wymyślić; jakby uznano że przeciętny widz poczuje się bardziej komfortowo gdy przyszłość będzie bliższa). Morgan nie ma ambicji wyciągać z faktu istnienia stosu wszelkich możliwych moralno-filozoficznych implikacji. I wcale nie oznacza to, że pokaże nam nieprzemyślane uniwersum. Poznamy te problemy, które dotyczą naszych bohaterów, a że z pewnością nie są oni przeciętni, dylematy też będą nieliche. Będą one jednak zawsze tylko tłem.

Można oczywiście pisać, za wikipedią, że jest to utwór dystopijny, choć ja bym zastrzegła, że mniej więcej w takim zakresie w jakim dystopijna może być, pod odpowiednim kątem ukazana, nasza współczesność. Niemniej zaspokoi oczekiwania tych czytelników, którzy lubią czarne proroctwa. Ja tam wolę karmić się nadziejami i pięknem futurystycznych wizji, i Modyfikowany węgiel daje mi ku temu niejedną okazję. 

Zatem przede wszystkim, od pierwszych stron, jest Modyfikowany węgiel dynamiczną powieścią akcji. Emisariusz Takeshi Kovacs, mężczyzna o japońsko-słowiańskim rodowodzie, jak wszyscy koloniści z planety Harlana, to agent do zadań specjalnych, wyjątkowy nawet w swoim świecie. Superbohater, który sprawnie posługuje się umysłem, ciałem i bronią. Wewnętrznie skomplikowany, ale z jasnym azymutem moralnym. Ma w sobie i coś z Jamesa Bonda, i z Philipa Marlowa. Rozwiąże na Ziemi zagadkę morderstwa, którego ofiara, nie tyko wciąż żyje, ale wręcz jest nieśmiertelna.

Jest to książka zbudowana na akcji i dialogu, czyta się więc Modyfikowany węgiel łatwo i szybko, raczej w dwa wieczory niż siedem. Dialogi tworzy Morgan błyskotliwe (co ciekawe choć przeniesiono na ekran całe frazy, nie udało się wykorzystać tego potencjału powieści), a sceny akcji są bardzo dobrze zbudowane. Dla mnie istotną cechą pisarstwa Morgana jest także fakt, że buduje silne charaktery kobiece, nie tylko towarzyszki męskich bohaterów (bo to znoszę tylko na ekranie). Na deser dostajemy erotykę, napisaną odważnie i sugestywnie.

Znakomicie się bawiłam czytając Morgana i zdecydowanie wielbicielom sf go polecam. Przyznaję też, że żadnych głębszych przemyśleń z lektury Modyfikowanego węgla nie wyniosłam. Co gorsze odpowiada mi ten stan rzeczy i mam nadzieję, że kolejne tomy też mnie do refleksji nie zmuszą.

Serial

Trochę inaczej było z serialem. Zapewne dlatego ulegam nieco plotkarskiej chęci podzielenia się luźnymi przemyśleniami. Spojlerów unikam.

Zacznę od tego, że obejrzałam zdecydowanie bez przykrości, choć chwilami z irytacją.

W stosunku do powieści pojawia się sporo zmian. Niektóre są bardzo dobre. Antropomorfizacja hotelowej SI pod postacią Edgara Alana Poe okazała się udanym zabiegiem (w książce to Hendrix – Jimi oczywiście- ale postać z białą gitarą pojawia się tylko raz i to na chwilę). Może dlatego, że Poe to jedna z najlepiej obsadzonych ról w serialu. Chris Conner jest i świetnie ucharakteryzowany, i naprawdę uroczy. Warto jednak pamiętać, że uczynienie ze sztucznych inteligencji ludzkich kopii, to olbrzymie i bajkowe uproszczenie. Podobało mi się wzbogacenie o dodatkowy rozbudowany wątek postaci Reileen Kawahary. Co interesujące – grająca ją Dichen Lachman idealnie odzwierciedla książkowy opis bohaterki.  Przynajmniej w moim wyobrażeniu trudno o lepszą „elfią twarz”.

Wiele rzeczy kogoś, kto polubił książkę może jednak drażnić. O ile powieści dystopią bym nie nazwała to serial niestety tak. Schematyczną i niedopuszczającą niedopowiedzeń. Pisałam już o niczym  nieuzasadnionym przesunięciu czasowym. Uproszczono charaktery postaci – gdy dobro i zło dzieli mur, nie da się bohaterów postawić pośrodku. Właściwie serialowy scenariusz każdy szczegół świata wyjaskrawia i podaje w formie zwalniającej widza z obowiązku samodzielnego myślenia, i to od pierwszej sceny – niepotrzebnie histerycznej reakcji Kovacsa na wybudzenie. Polityczne tło wydarzeń narysowane zostało z subtelnością kina klasy B. W rezultacie uniwersum Morgana odarto z całej tajemnicy. Dosłowność jest wrogiem każdej sztuki, ale przecież twórcom serialu nie o sztukę chodziło. Dodatkowo mroczna brutalność niektórych scen książki w serialu zostaje przesunięta w akceptowalne, choćby nie wiem jak okrutne i obrzydliwe regiony (tygrys na talerzu sprawdziłby się w filmie artystycznym – u Bunuela czy Passoliniego – tu był niesmaczny do granic mojej wytrzymałości). Jest to dziwny zabieg. To nie tylko wartościowanie niewartościowalnego – serial pokazuje to, co się sprzeda widzowi, może też to, co mniej ograniczy odpływ bardzo młodych widzów, czyli wybiera atrakcyjniejsze formy okrucieństwa. Nie podważam właściwie celowości akurat tych zabiegów, drażniła mnie ich świadomość.

Produkcja sprawia wrażenie taniej. Nie wiem jak się to wrażenie ma do konkretnych liczb. Ale scenografia jest uboga, niektóre komputerowe krajobrazy piękne, jak na przykład  „Głowa w Chmurach”, ale już wnętrzom, ulicom, wszystkim zdjęciom „studyjnym” brakuje rozmachu. Nie wnoszą też nic nowego do estetyki cyberpunka. Nie rażą nieudolnością, ale trudno przegapić ich wtórność (wzorcem jest niewątpliwie pierwszy Balde Runner). Najlepszym elementem scenografii są kostiumy.

Oddzielny akapit poświęcę postaci Miriam Bancroft i myślę że wszyscy, którzy obejrzeli ten serial po przeczytaniu książki, zrozumieją moją potrzebę. Pomijając nawet wyobrażenie uwodzicielskości narzucane nam przez  twórcę konceptu, że zawsze musi być widać piersi – a przecież jest to koncept, który budzi pewne wątpliwości – jest to postać, która choć robi mniej więcej to samo, co Miriam książkowa, całkowicie odbiega od tamtego wizerunku. I właściwie nie jest to wina charyzmatycznej aktorki (Kristin Lehman). Odnosi się raczej wrażenie, że producent serialu całkiem zerwał z pomysłem, że Miriam ma być ideałem (choć tekst, że jej powłoka jest dziełem sztuki i tak się pojawia). Postacią, która epatuje seksualnością,  niedopuszczającą obojętności. Nie wiem tylko dlaczego doszło do tej rozbieżności. Bo fabuła wyraźnie na tym traci. Cóż. Bogaci mają być jednoznacznie źli i grzeszni, a widz nie powinien nawet na chwilę zapomnieć, że Miriam Bancroft ma grubo ponad 100 lat (to także zmiana w stosunku do powieści, w której Matuzalemowie są jeszcze starsi). Kompletnie przenicowano także wątek neokatolicyzmu (spowiadająca się Ortega!). Kontrowersja dusza – ciało jest dla twórców serialu wyjątkowo średniowieczną i oczywistą opozycją. W powieści Morgan dużo subtelniej i całkowicie inaczej wtrąca się w ten dylemat.

Ogólnie serial został niestety zagrany przeciętnie. Z dużych fantastycznych projektów ostatnich lat najbardziej tematycznie przypomina  Westworld – i niestety nie ma na tu nawet ułamka kunsztu aktorskiego z tamtej produkcji. Jedynym aktorem Modyfikowanego węgla, który potrafi grać niuanse jest James Purefoy – i tylko sceny z jego udziałem potrafią wyzwolić w widzu podziw – na przykład w bardzo dobrej, nowej w stosunku do powieści, scenie z zarażonymi. Na szczęście Takeshi Kovacs został obsadzony nieźle. Joel Kinnaman wygląda świetnie (naprawdę dziewczyny, miło popatrzeć!) i wydaje się stworzony do roli ponurego, szlachetnego detektywa z przeszłością. Zresztą aktorsko Kinnaman także sobie radzi, wychodzi obronną ręką nawet z durnych scen. Gorzej z  Ortegą, okrojoną w stosunku do książki z charakteru i na ekranie fatalnie, niekonsekwentnie egzaltowaną (Martha Higareda).

Niemniej jak już pisałam oglądałam ten serial bez przykrości i kolejne sezony także obejrzę. Po pierwsze to w końcu cyberpunk. Po drugie po najsłabszych trzech pierwszych odcinkach, serial poprawia się. Po trzecie każdy lubi jakiś rodzaj kiczu 🙂

I tym spostrzeżeniem, wcale niekoniecznie prawdziwym, kończę.

Agnieszka Ardanowska

Głód, dom i bajki / Pan Lodowego Ogrodu / Grzędowicz

Po co są marzenia? Nie chodzi wcale o rzeczy, które da się zrealizować, po które da się sięgnąć: dom, syn i drzewo, nowe auto, wymarzone wakacje. Po co nam marzenie abstrakcyjne? Dlaczego naiwnie, jak dzieci wciąż fantazjujemy?

To jest pytanie o całą fantastykę, z naciskiem na fantasy. Science fiction zwykłem uważać ze pewien rodzaj terapii, którą sami sobie fundujemy, rozładowanie napięć, wyrażenie niepokojów związanych ze współczesnym, ale i przyszłym światem. Fantasy, choć także pełne dodatkowych warstw i komentarzy odnośnie rzeczywistości, stawia raczej na samą opowieść i przygodę, na fantazję, do której tęsknimy.

O ile science fiction zajmuje się tym, kim jesteśmy i dokąd idziemy, o tyle fantasy, jako gatunek, przygląda się raczej archetypom, tutaj ważne jest to, skąd przychodzimy i jak wypływa z tego pochodzenia nasza obecna kondycja. Fundamentem, na którym stoją wszystkie książki z gatunku z którymi się spotkałem, są podstawowe zagadnienia: odwaga, bohaterstwo, przyjaźń, honor, ale także zło, zdrada i niegodziwość z drugiej strony. Właśnie te zagadnienia grają tutaj pierwsze skrzypce, decydują o przygodowym, złośliwi powiedzą: efekciarskim charakterze gatunku.

Ale ten rodzaj opowieści towarzyszy człowiekowi przez całą jego historię! Tam, gdzie zaczynają się dzieje, w Sumerze, najpierw opowiadano sobie, potem zaś odciskano w glinie historie o wielkiej przyjaźni Gilgamesza i Enkidu. Ile tu przygód! Pokonanie potwora Humbaby (prawdopodobnie pierwsze w dziejach wyobrażenie smoka) a potem wielkiego Niebiańskiego Byka! A ileż dramatyzmu i niepewności widzimy w uzbrojonym w samą tylko procę Dawidzie stającym naprzeciw Goliata? Herkules ze swymi pracami, Roland i jego walka, święty Jerzy ubijający smoka, Guliwer ze swoją podróżą, Verne wystrzeliwujący ludzi na księżyc i w końcu XX wiek ze swoją fantastyką, którą czytamy do dzisiaj. Wszystko to jest odpowiedź na wielki, palący nas od zawsze głód: głód bohaterstwa i głód przygody!

Dobrze o tym głodzie pamiętał Tolkien, wprowadzając fantazjowanie w nową epokę, w której trwamy do dziś. O, jakie mieliśmy szczęście, że dokonał tego człowiek obdarzony tak kolosalną wiedzą i tak ogromną wrażliwością! On doskonale wiedział, że marzenie leży w naszej naturze i w naszej historii. Znawca mitów i legend, kleił swoje epokowe dzieła z porażającą świadomością i celnością. I tym wysiłkiem ukierunkował fantastykę, którą czytamy do dziś. To zawsze jest opowieść o człowieku i o tym, że człowiek musi przekroczyć swoje granice, sięgnąć do większych niż on sam wartości, bo człowiek to jest coś więcej niż suma składających się nań elementów. Skąd się bierze to coś więcej? Skąd ten głód za tym co dobre i szlachetne?

Pora w końcu zająć się Grzędowiczem i czterema tomami jego cyklu o Panu Lodowego Ogrodu. Zauważmy, jak bardzo opowieść o Nocnym Wędrowcu wpisuje się w te tory, które towarzyszą nam od zawsze, a które Tolkien dla współczesnych pogrubił. Bo właśnie w tym rodzajowym pokrewieństwie tkwi to, co w historii Grzędowicza jest najlepsze.

To jest opowieść o człowieku w bardzo podstawowym znaczeniu tego zdania. O tym, jak dobro, konsekwencja i sumienie, biorą górę nad nikczemnością i okrucieństwem. Dobro u Grzędowicza jest walką i trudem. Nie leży ono w naturze człowieka – ten musi tę naturę dopiero pokonać, stanąć ponad nią, żeby dobro mogło zatryumfować. Również zło nie bierze się samo z siebie. Okazuje się być owocem ucieczki, idealizmu, albo nadmiernie dobrych chęci (dobrze wiemy jak to jest z budowaniem „nowego, lepszego świata”).

Świat Lodowego Ogrodu nie jest jednak miejscem jednoznacznym. To świat pełen półcieni, mgły i migoczącego, niepewnego światła. Tutaj wybór bardzo często ogranicza się do zła i większego zła. Opisana przez autora rzeczywistość jest brudna, ciemna i bezkompromisowa, w pewnym momencie napięcia stają się nie do zniesienia. Zwłaszcza drugi z czterech tomów zdaje się być w dużej mierze poświęcony zagadnieniu sumienia. Tego, jak wielkim naciskom i naprężeniom ono ulega w miejscu, w którym przetrwanie bardzo często jest równoznaczne z bezwzględnością. Wojna jest zwycięstwem konieczności, kilkakrotnie przeczytamy na kartach kolejnych tomów.

Historia Ulfa, to historia człowieka, który sam jak palec trafia w obcy i zupełnie nieprzychylny świat; świat, który przyjdzie mu naprawić. To zatem sporych rozmiarów opowieść o stopniowo przezwyciężanej samotności. Zaskakująca jest rozbieżność z jaką bohater rozumie słowo „dom” na początku i na końcu tej wyprawy. Bycie w obcym świecie, wśród ludzi, nad którymi ma się przewagę wiedzy i świadomości, to także kusząca okazja do ruszenia przez te dzikie tereny w stronę Jądra Ciemności. Nawiązania do Conrada są tutaj bardziej niż wyraźne (autor zresztą otwarcie się na nie powołuje).

Ale wejście w ten obcy i nieprzychylny świat, tylko z pozoru jest twarde i nieprzyjemne. Kolcami na tej róży są rzekomo przyjazne, ziemskie elementy. Sam świat w który wkracza bohater, świat stylizowany na nordycką kulturę, jest swego rodzaju wytchnieniem, obrazem pełnym tęsknoty. Oto Vuko, zwany także Ulfem i kilkoma innymi imionami, wyrwany z Europy przyszłości, trafia do miejsca, w którym słowo honoru jest słowem honoru, w którym czarne jest czarne a białe białe, miejsce, w którym nieporozumienia wyjaśnia się dając sobie po mordzie, a potem idzie się ze śmiechem do karczmy i na zgodę wypija dzban piwa. I za tym też, zdaje się, podskórnie tęsknimy.

Wojna to zwycięstwo konieczności. Fantastyka zaś jest zwycięstwem przygody i opowieści. To one, siłą rzeczy muszą być tutaj na przedzie, wiele zależy od tego, czy będą fascynowały i trzymały w napięciu, od tego, jak wyraźni będą bohaterowie, jak wiele emocji wywołają w czytelniku ich przygody. Nie wiadomo dlaczego, ale opowieść o zwycięstwie dobra, zawsze musi być pełną przeciwności przygodą i właśnie w takiej postaci, jak już wcześniej pisałem, fascynuje nas od samego początku.

Pan Lodowego Ogrodu odnosi tutaj zwycięstwo. I chociaż kilkakrotnie zdarzało mi się przewracać oczami nad tym, albo tamtym wątkiem (tu wskazać muszę niemal cały tom drugi, z naciskiem na jego finał), to pełen obraz, cała mapa tej opowieści jest piękna i satysfakcjonująca. Obydwie historie: Ulfa i Filara, choć tak różne (jedna jest pogonią, druga ucieczką) świetnie spełniają swoje role. Grzędowicz, zdaje się, wyciągnął maksimum tego, co dało się z fantasy w początkach XXI wieku wyciągnąć. Warto było brnąć przez kolejne tomy!

A zatem raz jeszcze: dlaczego marzymy? Bo jakiś głód nam każe. Może dlatego, że nasze serce jest tam, gdzie nasz skarb. Tego zaś skarbu nie ma tutaj. Ale jest, musi być, skoro coś nakazuje nam tęsknić.

I jest jeszcze jeden głód obok bohaterstwa, szlachetności i odwagi, być może najbardziej pocieszający: głód dobrego zakończenia. Pamiętajmy o nim!

Wasz Paweł M

W oparach Dicka / Inwazja z Ganimedesa

INWAZJA Z GANIMEDESA – 1967. Całkiem niedawno, gdyż 28 lutego roku bieżącego, Dom Wydawniczy Rebis po raz pierwszy w Polsce wydał był powieść Inwazja z Ganimedesa. Książka, napisana w połowie lat sześćdziesiątych przez PKD wespół z bliżej (jak i dalej) mi nieznanym Ray’em Nelsonem, dzięki znakomitej, a od dobrych kilku już lat prowadzonej serii w/w wydawnictwa, poświęconej twórczości tego absolutnie nietuzinkowego a fantastycznego pisarza, w końcu miała szczęście ujrzeć i w naszym kraju Światło Radośnie Dzienne! Jak i te sztuczne, nie mniej przecież radosne – żarówkowo-ledowe.

Zastanawiałem się też chwilę – korzystając chytrze z okazji – czy jest sens jeszcze wspominać tutaj o jakże niedocenianym oświetleniu świetlówkowym, jak i tym ortodoksyjnym: przyświeczkowym, (w literaturze fachowej odświecznym zwanym czasem), ale… jednak nie. Może innym razem!

Już w przedmowie do niniejszej pozycji, autorstwa Wojciecha Orlińskiego, dowiadujemy się, iż nie jest to najlepsza powieść Dicka. Kilka przedpremierowych recenzji powieści, również wydaje się podzielać ten pogląd. Po przeczytaniu wspomnianej wyżej przedmowy, a nawet i samej Inwazji, stwierdzić i ja muszę, iż faktycznie, w przebogatej twórczości autora Ubika znalazłoby się parę dzieł, od tej dopiero co przeczytanej, lepszych. Smaczniejszych, dojrzalszych, a i bardziej dickowych. Nie zmienia to jednak faktu, który wydaje mi się tutaj bezspornym, że podczas lektury Inwazji z Ganimedesa bawiłem się fantastycznie!

2954fbc-inwazja-z-ganimedesa

Bo czegóż tutaj nie ma! Mamy klasyczną, a tytułową inwazję obcych na naszą planetę, w nieklasyczny za to sposób czytelnikowi podaną. Poczytamy smacznie o telepatach, sztuczno-inteligentnie gadających a latających samochodach, a także o równie irytujących, bo też perorujących hotelowych pokojach! Autorzy uraczą nas fabularnie zakręconą intrygą, gmatwającą się co chwila i szyki swoim bohaterom co i rusz mieszającą! Sporo będzie też (już!) o sztandarowym u PKD postrzeganiu rzeczywistości, o nowatorskiej, psychiatrycznej terapii niebytem, jak i o wielu ludzkich przywarach, ujawniających się malowniczo podczas okupowania Ziemi przez obcą cywilizację Robali.

Do użytego, klasycznego, a przez smakoszy gatunku cenionego nad wyraz sztafażu, doliczyć należy także występujące w powieści roboty, jak i roje całe fantastycznych, ba!, fantasmagorycznych nawet broni, z doomsday machine na czele. W książce tej doświadczymy jednak przede wszystkim lekkich piór obu pisarzy, sprawiających, że lektura Inwazji faktycznie jest przyjemna i mocno rozrywkowa. 

Bez dwóch zdań jednak, nie można jej zarzucić problematycznej pustki, czy też literackiej płytkości. Trzy Stygmaty Palmera Eldritcha to zapewne nie są, acz Inwazja z Ganimedesa ma w sobie coś z poligonu doświadczalnego, na którym PKD testuje lęgnące się już w jego (co nieco szalonej) głowie sztandarowe pomysły, artystycznie napędzane przez LSD i inne gatunki różnorakich przysmaków.

Mnie tam się zatem podobało! I to zaskakująco bardzo, a przyznać się muszę, i to bez bicia, że podczas liturgii czytania żaden książkowy Berkeley Boo – marihuanowy papieros – wypalony nie został! Całkowicie więc na trzeźwo, niniejszej pozycji rozkosznie przyznaję: 7/10!

Józek z bagien

Ilustracja w tle: https://www.thesun.co.uk/tvandshowbiz/4511766/blade-runner-philip-k-dick-blade-runner-electric
Okładka
: Philip K. Dick i Ray Nelson, Inwazja z Ganimedesa, Wydawnictwo REBIS, 2018

PRÓŻNIA GO SKONAŁA #2 / Stulatek, który wyskoczył przez sufit

Adrian Gabaryt to młody pisarz o ustalonej już renomie i niespotykanej skuteczności; publikuje od trzech lat i przez ten czas ukazało się jego siedemnaście powieści, nie licząc kobiet i dzieci. Autor zapowiada, że dopiero się rozkręca i ten rok będzie rekordowy.

Szeroko znane są pisarskie rytuały Gabaryta. Dzień uznaje on za stracony, gdy nie napisze stu stron, a za udany wówczas dopiero, gdy napisze ich co najmniej dwieście. Jako że hołduje tradycyjnej technice twórczej, w pobliskiej wsi zorganizowano mały tartak oraz ręczną papiernię, obsługiwaną przez pensjonariuszy miejscowego zakładu karnego, którzy w zamian za pracę mają okazję pojawić się w kolejnych powieściach Gabaryta w roli czarnych charakterów.

Należy dodać, iż funkcja literata jest dla autora jedynie zajęciem pobocznym, prowadzi on bowiem, i to z powodzeniem, prywatną praktykę stomatologiczną. Mimo braku kontraktu z NFZ, najbliższy dostępny termin to 29 lutego 2022 roku, a 90% amatorów borowania i piaskowania stanowią niewiasty, lgnące do Gabaryta nie tylko z tytułu jego sławy, ale i z powodu jego gładkiego lica.

„Wyprawa po złote guano”, jego trzecia tegoroczna premiera, pozycjonuje się w dość niszowym segmencie fantastyki geriatrycznej. Oto Wieńczysław Szczególny, pensjonariusz domu spokojnej starości, zadaje kłam swemu nazwisku, wiodąc w tymże domu całkowicie przeciętny żywot. Nic specjalnego, ot, czasem partyjka rozbieranego pokera, raz na jakiś czas wprowadzenie się w stan lekkiego upojenia przeszmuglowanym z wiejskiego sklepu piwem czy domalowanie wąsów gipsowej imitacji rzeźby w zdrojowym parku.

Tym skromnym rozrywkom oddaje się nasz bohater, nie spodziewając się już od życia niczego dobrego i powoli szykując się na nadejście jego nieodłącznej siostry – śmierci. Ale nie tak prędko! Pewnego wieczoru w jego pokoju niespodziewanie materializują się wysłannicy z odległej przyszłości, przy czym jeden, na skutek niedokładnych obliczeń, materializuje się częściowo w ścianie i oddaje ducha w słusznej sprawie – i w okrutnych mękach.

Nasi odlegli potomkowie poruczają Wieńczysławowi misję wielkiej wagi, od której zależy przetrwanie ludzkości. Szczegółów misji nie zdradzimy, by nie psuć Czytelnikom przyjemności z lektury, ale zawiera ona takie elementy jak walka z kosmicznymi jaszczurami oraz bezgraniczne oddanie pięknych dziewic. Tych ostatnich nie zdoła zresztą Szczególny, wbrew wyraźnym chęciom, zhańbić, gdyż z racji wieku doświadcza już przewlekłych problemów natury hydraulicznej. Warto zaznaczyć, że nie odkrywa tu Gabaryt Ameryki, a jedynie powiela tezy sformułowane przez Stanisława Lema w mniej znanym dziele pt. „Fantastyka i fiut-urologia”.

Jest więc „Wyprawa” powieścią pozwalającą seniorom identyfikować się z bohaterem i przeżyć przygodę dostosowaną do ich warunków życiowych. Ale jej doniosłość wykracza daleko poza rolę narzędzia egzekwującego sprawiedliwość społeczną. W nieco może przydługim monologu wygłoszonym ze szczytu góry częściowo zrekultywowanych śmieci podejmuje bowiem Gabaryt ustami bohatera polemikę z inną wielką współczesną twórczynią, Meluzyną Marciniak, jawnie i odważnie przeciwstawiając się jej poglądom na kwestię handlu w niedzielę.

W ten sposób sztuka wysoka i ważkie problemy ogólnonarodowe stapiają się w jedno pod piórem literata, którego młody wiek nie przeszkadza bukmacherom w umieszczaniu jego nazwiska na liście kandydatów do literackiego Nobla i lauru zwycięzcy w Wielkiej Pardubickiej.

Przy tym doskonale rozumie i obrazuje Gabaryt tragizm ludzkiej egzystencji: nieusuwalność przemijania, nieuchronność kolejnych rozstań czy wreszcie – i przede wszystkim – niekończącą się trudność w nadążaniu za modą.

Specjalista od jadaczek okazuje się więc literackim starym wyjadaczem, do tego w młodym wieku. Ten niepokojący paradoks jest niczym, a nawet niczem, w porównaniu ze strachem, jaki musi wzbudzić namysł nad kresem możliwości Gabaryta; całkiem możliwe, że nie sposób go wytyczyć w naszej galaktyce.

utracjusz

Książka: Adrian Gabaryt – Wyprawa po złote guano, Wydawnictwo Parafilia, Opolno-Zdrój 2018

Grafika: Rembrandt van Rijn – Stary człowiek z brodą, olej, drewno, ok. 1630

W oparach Dicka / Czas poza czasem

CZAS POZA CZASEM – 1959. Niniejsza powieść, napisana rok przed jej pierwszą publikacją, to Dick dosyć wczesny. Wczesny, nie oznacza jednak tutaj słaby, niepełnowartościowy, czy też szmirowaty! Absolutnie nic z tych rzeczy. Książka ta zawiera bowiem już w zasadzie całą tę typową i dla późniejszego PKD problematykę. A więc znajdziemy tutaj nade wszystko to słynne a ciągłe kontestowanie zastanej rzeczywistości i tego, co jest, lub wydaje się tylko być, realnym.

Oczami głównego bohatera, Ragla Gumma, 46-letniego arcymistrza w szaradziarskiej grze logicznej „Zielony ludzik”, przeżywać i poznawać będziemy lekkie, i te nieco cięższe, paranoidalne stany oraz teorie spiskowe, próbujące tłumaczyć jakoś świat przedstawiony bohaterom tej to powieści. 

„Tak, coś tu nie gra.”

A świat na pozór jest to całkiem normalny i podręcznikowo wręcz idylliczny, świat Ameryki z przełomu lat 50. i 60. XX wieku. Dodajmy – bardzo sugestywnie i plastycznie przez Dicka tutaj literacko odmalowany! Gdy zatem w takich przyjemnych okolicznościach przyrody pojawi się coś, drobnostka jakaś, ledwo odbiegająca od normy, nad którą zapewne większość z nas przeszłaby do porządku dziennego, machnąwszy lekko ręką, Ragle Gumm, i po części także jego szwagier Victor Nielson, rękami swymi machać nie będą, a staną się nieufni, podejrzliwi i zaczną się zastanawiać…

180945_czas-poza-czasem_532

„Lecz myślę, że tak naprawdę żyjemy w zupełnie innym świecie niż ten, który postrzegamy, i wierzę, że przez chwilę dokładnie widziałem, jaki on jest.”

Bohaterowie dociekać będą więc prawdy, która jednak w każdej chwili okazać się może zwyczajnie ich chorobą psychiczną i urojeniami, które ona powoduje. Każdy zatem czytelnik, znający choć parę pozycji (tych książkowych!) Philipa K. Dicka, poczuje się w Czasie poza czasem jak w domu u siebie, i z przyjemnością, lub też z niejakim niepokojem, towarzyszyć będzie aktorom tej powieści w ich drodze do granic ich własnej rzeczywistości! A nawet ciut-ciut dalej…

Czas poza czasem czyta się szybko, przyjemnie i ze sporą dozą czytelniczej satysfakcji, gdyż to po prostu bardzo dobra, fantastyczna rozrywka jest! Różnicę jakościową, w stosunku do dzieł późniejszych i zapewne co nieco dojrzalszych, stanowić jedynie może fakt, iż Autor w zakończeniu tej książki wyraźnie sugeruje, a w zasadzie odkrywa przed czytelnikiem prawdę tyczącą się świata nam tutaj zaprezentowanego.

W przyszłym Ubiku czy ukochanych Trzech stygmatach Palmera Eldritcha już tak dobrze ani komfortowo nie będzie… Tak czy siak – 7/10!

Józek z bagien

Ilustracja w tle: http://paradoks.net.pl/image_files/text/33526/2.jpg
Okładka
: Philip K. Dick, Czas poza czasem, Wydawnictwo REBIS, 2013

Jarosław Grzędowicz / Azyl dla starych opowieści

Pisałem już gdzieś kiedyś, a było to bodaj po lekturze ostatniej jego powieści Hel-3, iż Grzędowicz nie zawodzi. No, przynajmniej mnie jego proza jeszcze nie zawiodła była!

Po przeczytaniu Azylu, najnowszego wydawnictwa tego świetnego, rodzimego autora ogólnopojętej fantastyki, stwierdzam dodatkowo, że Grzędowicz również i nie zawodził! Pozycja ta bowiem składa się z dziewięciu, jak sam Autor o nich mówi: już zaginionych i co nieco zapomnianych opowiadań, którym pragnie dać (no i daje) drugie, a pierwsze: pełno-książkowe życie!

Opowieści te różni czas ich powstania, pierwsze pisane były bowiem we wczesnych latach osiemdziesiątych XX wieku, a te ostatnie już pod koniec pierwszej dekady lat dwutysięcznych wieku XXI. Różni je również długość samych historii w nich zawartych – od ledwie kilku po kilkudziesięciostronicowe. Co jednak wydaje się być wyraźnym a wspólnym ich mianownikiem, to ich charakterystyczny i rozpoznawalny język oraz styl.

azyl-tytul-front-470x748

Już pierwsze, najstarsze w tym zbiorze opowiadania – Azyl dla starych pilotów, Ruleta, czy Twierdza Trzech Studni – czyta się z przyjemnością, lekkością i sporym zainteresowaniem. Zdania tam płyną, a kartki książki radośnie szmerają, będąc szybko przez czytelnika przewracane. 

No i w zasadzie tak już będzie do samego końca tejże pozycji. A nawet lepiej! Gdyż Śmierć szczurołapa, Przespać piekło, czy wyjątkowo intrygujący Dom na Krawędzi Światła, to już smakołyki iście pełnomleczne! I aż dziw normalnie bierze, jak i niedowierzanie pospolite, w obliczu faktu tego, iż nie były one wcześniej zawarte w jakimkolwiek autorskim tomie opowiadań! Jakże czas to już więc był najwyższy!

Opowiadania spodobały się i czytelniczo zafrapowały mnie wszystkie. W większości okazały się mi być więcej niźli dobrymi, bo nawet znakomitymi! Grzędowicz po raz kolejny jest tutaj gwarantem smakowitej, gatunkowej rozrywki. W Azylu bez trudu znajdziemy elementy fantastyki twardej i tej co nieco o odcieniu fantasy, SF klasycznej a socjologicznej, jaki i postapo, czy też cyberpunku.

A w każdym z tych stylów Autor radzi sobie wybornie. Zaskakująco wybornie! I choć żadne z tych opowieści szczególnie wybitne może nie jest – patrząc tak realnie i przekrojowo na polską fantastykę – to zapoznać się z tym wyborem wybitnie już trzeba! Bo po pierwsze – to książkowe dopełnienie pisarskiego dorobku tego pisarza, a po drugie i zarazem już ostatnie – to zwyczajnie kawał znakomitej, fantastycznej zabawy dla każdego fana dobrego SF! No normalnie polecam!

Józek z bagien

Fotografia w tle: https://fabrykaslow.com.pl/azyl-tapety-pobrania
Fotografia w tekście: Jarosław Grzędowicz, Azyl, Wydawnictwo Fabryka Słów, 2017

Lektury uzupełniające #13 Dawno, dawno temu, w przyszłości.

książka: Trylogia Ciągu : Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo; autor: William Gibson; powód czytania: chciałam w końcu przeczytać to razem

Dzisiejsza recenzja dotyczyć będzie tylko powieści, ale w skład całości zwanej Trylogią Ciągu wchodzą trzy powieści i trzy opowiadania, wszytko to utwory pochodzące z najwcześniejszego okresu twórczości Williama Gibsona. Łączy je miejsce akcji – Ciąg właśnie, olbrzymia konurbacja (używam rzadkiego słowa za Gibsonem), moloch – metropolia, zurbanizowana strefa obejmująca terytorium od Atlanty do Bostonu. Łączą je również bohaterowie, niektórzy: właściciele barów, handlarze informacją i krzemem są niemalże jak miejsca, wrośnięci w tkankę Ciągu, na przykład nieśmiertelny mędrzec Finn, który pojawia się w każdej historii. Łączą je w końcu związki czasowe i przyczynowo-skutkowe. Żeby naprawdę zrozumieć Ciąg trzeba zapoznać się z całością.

Te trzy powieści to: Neuromancer (1984), Graf Zero (1986), Mona Liza Turbo (1988). Opowiadania: Wypalić chrom, Johnny Mnemonic i New Rose Hotel powstały trochę wcześniej. Po polsku wyszły w zbiorze Johnny Mnemonic.

Każdą książkę Gibsona można czytać oddzielnie. I te wymienione wyżej i te należące do drugiej znanej serii autorstwa amerykańskiego pisarza: Trylogii Mostu. Polubiłam Gibsona czytając go właśnie w taki, losowy sposób. Ale choć dobrze czyta się te powieści oddzielnie, dużo wspanialej czyta się je razem.

Miasto, masa, maszyna[1]

Pierwsza, Neuromancer, to tytuł kultowy. Powieść sztandar: rzeczywistość wirtualna, cyberwszczepy, sztuczne inteligencje, gęste od hałasu i światła terytorium miasta. Wraz z Neuromancerem narodził się cyberpunk. (Samego słowa cyberpunk użył po raz pierwszy, dwa lata przed wydaniem Neuromancera, pisarz Bruce Bethke, a dla określenia  prądu w literaturze wykorzystał je w artykule dla Washington Post krytyk literacki Gardner Dozois w 1984 roku.) Gibson wymyślił termin cyberprzestrzeń.

Pierwsze zdanie powieści należy do zdań słynnych, często przytaczanych w cytatach: Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał. Mnie kojarzy się z głosem z innego i jakże wtedy oddalonego punktu globu: Nad ogromną betonową wsią z wolna gaśnie słoneczna żarówka… (Małgorzata Ostrowska wyśpiewała tekst Marka Dutkiewicza w 1983 roku)

Wspominam o tym, żeby uzasadnić coś, co zaraz napiszę: Choć cyberpunk doskonale definiuje to o czym i jaka jest powieść Gibsona, jednocześnie ją zubaża, umiejscawia powieść w jakiejś niszowej strefie, sprawia że zapominamy, jak głęboko w trzewiach swoich czasów jest ta książka zakorzeniona (skoro rezonuje z tekstem piosenki z peerelowskiej Polski). Gibson fenomenalnie zogniskował to co działo się w kulturze, nie tylko literackiej, ale całej zbuntowanej, awangardowej strefie kultury popularnej. Jego książka to odpowiedź artysty na zmiany, które gotowała wtedy i ciągle nam gotuje wszechobecna w życiu codziennym technologia. Bo Neuromancer (i cała Trylogia Ciągu) jest przede wszystkim nie cyberpunkiem, tylko doskonałą literaturą. Taka literatura zawsze jest uniwersalna i zawsze jest czymś więcej niż jej definicje.

Strukturę powieści opiera Gibson na schematach dobrze czytelnikowi znanych. Intryga (w każdej książce serii) to czarny kryminał, ze znużonym bohaterem, zanurzonym w kłębach papierosowego dymu, w szarej mżawce zaułków, z charakterystycznym splinem podupadłej okolicy. Dodatkowo Neuromancer jest klasyczną powieścią inicjacyjną; o podróży i dojrzewaniu bohatera (wg schematu Josepha Campbella).

Ale to dobrze dla nas, czytelników, że Gibson manewruje w tak ogranych strukturach. Bo w tej powieści zrzuci też na nasze głowy całe swoje twórcze opętanie. Nic nie zostanie nam wytłumaczone. Wejdziemy w świat artysty i albo sobie damy radę albo nie. Nie bez przyczyny do opisania stylu Neuromancera pasuje słowo natchniony.   

Być może właśnie ta intensywność jest najważniejszą cechą powieści.  Być może bez niej nawet tak znakomita i tak wpasowana w prąd czasu książka nie zyskałaby statusu kultowej i nie zapoczątkowała całego pasma światów i stylu obrazowania. Co ciekawe z dzielonej na części trylogii Neuromancer wcale nie byłby moją ulubioną, Grafa Zero i Mona Lizę czyta się łatwiej (w ogóle w moim odczuciu Gibson im późniejszy tym łatwiejszy), bohaterowie nakreśleni są wyraźniej, fabuła przynosi więcej odpowiedzi, a świat i tempo nadal pozostają znakomite. Ale to Neuromancera najłatwiej pokochać. 

Akcja trylogii rozgrywa się w świecie przyszłości, po pandemii i wojnach (być może gdzieś z treści da się wyłowić dokładnie ilu, ja zapamiętałam, że więcej niż jednej). Światem rządzą wielkie korporacje – zaibatsu „wielonarodowe koncerny, kształtujące historię ludzkości i przekraczające wszelkie bariery. Traktowane jak organizmy, osiągnęły pewien rodzaj nieśmiertelności.” A życie kształtuje technologia – szybkie komputery (deki) podłączane są do zagnieżdżonych w ludzkim ciele łączy, ci którzy potrafią się najlepiej poruszać w wirtualnej, kreowanej przez informację rzeczywistości to cisi superbohaterowie tego świata -dżokeje, kowboje cyberprzestrzeni. W tym drugim świecie wznoszą się całe miasta danych, chronione przez LÓD – agresywne zaporowe oprogramowanie.  Dziś to wszystko brzmi właściwie prosto, ale w 1984 roku miało znamiona proroctwa. Oczywiście rozwój technologii poszedł w inną stronę, nie włączamy się do sieci bezpośrednio, nie doświadczamy jej wszystkim zmysłami (i pisząc to czuję nieracjonalne ukłucie żalu), niemniej skali wyobraźni Gibsona ta rozbieżność nie zmienia. (Tu przypomniało mi się wyznanie pisarza z jakiegoś wywiadu, że gdyby to on miał wyreżyserować kinowego Neuromancera, choć nie chciałby tej roboty, to unikałby słowa cyberprzestrzeń, które zbyt się zanachronizowało)

Para głównych bohaterów to Case i Molly. Śledzimy w tej opowieści przede wszystkim dojrzewanie i przemianę Case’a, a Molly to nasz najbliższy odpowiednik detektywa w prochowcu. Ale chciałam wspomnieć o innej postaci, drugoplanowej w skali Neuromancera i epizodycznej w skali całego Ciągu. Za to cudownie, doskonale przerażającej. Peter Riviera to socjopata klasy  Lectera czy Kilgreve’a (postać z serialu Jessica Jones, w moim odczuciu przyzwoitego, lecz nie rewelacyjnego, fenomenalnie zagrany przez Davida Tennanta, najstraszniejszy charakter jaki widziałam w filmie od lat)

Riviera (i Gentry) u 3Jane w pliku Rimbaud, to jedno z tych dziwnych, drażniących, doskonałych zestawień, za które uwielbiam Gibsona, i gdy podstawi się pod postać Riviery twarz Rimbauda, robi się jeszcze straszniej (polecam do obejrzenia prace Wojnarowicza Rimbaud w Nowym Jorku).

Antarktyka zaczyna się tutaj[2]

Tak brzmi motto rodziny Tessier-Ashpool – zaibatsu, które było klanem a stało się reprezentantem Innego. Poznamy je dopiero w tomie drugim. Graf Zero czytany bezpośrednio po Neuromancerze bardzo pomaga świat Ciągu zrozumieć (T-A  jest motorem wydarzeń z Neuromancera).  Gibson w Grafie, tym razem przynosząc ulgę obciążonej wyobraźni czytelnika, wreszcie tworzy dla opowiadanych wydarzeń szersze tło. Jednocześnie wciąż rośnie skala i zróżnicowanie Innego -postludzkiego. Bo o ile głównym motywem Neuromancera jest Case’a podróż w głąb siebie, o tyle teraz akcent się wyraźnie przesuwa: rozważamy granice człowieczeństwa i to co poza nimi. Fabułę tworzą losy trójki obcych sobie i rozrzuconych po świecie bohaterów, ich wątki połączą się we wspólnym rozwiązaniu. Przygnębiony detektyw ma w tej odsłonie twarz honorowego  najemnika. Bohaterowie Grafa Zero opowiedziani są wyraźnie, łatwo tu kogoś od razu polubić, oddać się prostej przyjemności utożsamiania z fikcyjną postacią. Dobro i zło mają ostrzejsze kontury.  Niezwykle plastycznie Gibson rozrysowuje subkultury Ciągu – Kasuale, Lobowie, Gothicy („młodzi atleci we wczesnym stadium gruźlicy„). Projekty to kolejne (po Villi Straylight w Neuromancerze) architektoniczne założenie pisarza, które chciałoby sie bardzo zobaczyć zwizualizowane na ekranie. I w tej części nie zabraknie duchów, choć tym razem większość z nich przybierze formę poniekąd tradycyjną (jako loa voodoo). Ufantastycznia się jedynie (o i ile założymy że fantastyczności duchów da się jeszcze stopniować) środowisko ich występowania. 

W drodze do Valinoru[3]

Myślę, że możnaby napisać rozprawkę naukową na temat na ile świat Ciągu jest światem baśni. W moim odczuciu element baśniowy, obecny cały czas, narasta przez wszystkie tomy (to chyba jeden z powodów dla których naprawdę warto czytać to razem). Niesie w sobie smutek baśni scena na plaży w Neuromancerze, prostota nagrody jaką otrzymuje dobro w ostatnim rozdziale Grafa też jest baśniowa (dlatego Turner nie mógłby pojawić sie w trzecim tomie, baśniową nagrodą nie powinno się manipulować).

Granice między światami realnym i magicznym (wirtualnym) są tu cały czas płynne, to cecha i narracji, i immanentna światów – z tego przecież płynie tragizm opowieści (kogo Case porzuca na plaży?)

W całej trylogii dobro walczy ze złem, przy czym dobro jest od zła dużo łatwiej definiowalne (klarowny zbiór zasad). Dobro ciąży też zawsze ku dobru, gdy u Gibsona spotykają sie bohaterowie których lubimy, zawsze odnajdą tę więź. Jest to świat duchów (nie tylko loa, bo jest on wspaniale zróżnicowany) i czarów -czasem bardzo dosłownych jak w przypadku magii (implanty w mózgu wpływające na podświadomość bliźnich) Riviery.

Dziewczynka biegająca w skarpetkach po zimnych ulicach Ciągu, Kumiko w rozwianym płaszczu, ugoszczona przez biednego sprzedawcę ulicznego jedzenia to przecież sama esencja baśni: sierota zagubiona w wielkim świecie bezbłędnie rozpoznająca (Sally) i wyzwalająca u innych (Petal) dobro (Mona Liza Turbo). Niektóre znane baśnie (Kopciuszek, Piękna i Bestia, Śpiąca Królewna) mają tu wręcz całe, cyberpunkowe odsłony.

Właściwie tylko jedna cecha baśni w Trylogii nie występuje – przejrzystość narracji. Nie da się uciec od faktu, że jest Gibson (ten z czasów Trylogii Ciągu) pisarzem trudnym. Nie znaczy to, że źle się go czyta, bo czyta się wspaniale, tylko niestety, nie trafi do każdego. Trzeba czytelniczej wprawy, żeby się w sposobie opowiadania Gibsona nie pogubić.[4]

Fabuła Mona Lizy Turbo mocno jest zakotwiczona w Grafie, dwoje bohaterów poprzedniego tomu; Bobby i Angela tutaj tworzy oś wydarzeń, w pięknym stylu powraca też neuromancerowa  Molly. Przy okazji Mona Lizy warto też porozmawiać o sztuce; nie mogłam się oprzeć temu zdaniu, ale temat jest całkiem serio i już się w tym tekście sygnalizował. Gibson jest pisarzem bardzo mocno związanym ze sztuką (osobiście angażował sie w projekty teatralne, taneczne, sztuki performance, warto wiedzieć na przykład, że reżyser Johnnego Mnemonica Robert Longo jest przede wszystkim malarzem i rzeźbiarzem – chociaż to trochę nieudolna próba określenia ram w jakich pracuje). Ta artystyczna spójność Gibsona jest w Trylogii Ciągu bardzo wyraźna. Warto przyjrzeć się odniesieniom do sztuk różnych, które zauważy się w czasie lektury. Bo tu nic nie wyskakuje przypadkiem, wszystko doskonale współgra z atmosferą opowieści. W Neuromancerze dręczyć nas będzie Wielka szyba Duchampa (jej echa widać potem w śledzonych przez Marly kostkach), grozę przeszłości odda w Grafie Europa po deszczu Maxa Ernsta. Dziwaczność świata wzmocni architektura Parku Güell albo Wieże Wattsa.

I to na stronach Mona Lizy Turbo otwiera się przed nami najpiękniejsza moim zdaniem z przestrzeni Gibsona, czyli Fabryka (oraz niezwykły portret artysty w okaleczonym Ślizgu Henrym).  

Wspomnę jeszcze, że tłumaczenie Piotra W. Cholewy jest bardzo udane.

Agnieszka Ardanowska

  

[1] Miasto, masa, maszyna; zasada 3M, która przylgnęła do opisu cyberpunku i doskonale do niego pasuje, to tak naprawdę formuła krakowskich futurystów (Manifest Tadeusza Peipera z 1922 roku)

[2] Antarktyka zaczyna się tutaj – motto T-A Gibson zaczerpnął z piosenki Johna Cale’a z albumu Paris 1919 (z 1979 roku)

[3] Valinor -kraina nieśmiertelnych, tam elfy wraz z Frodem i Bilbo odpłynęły na końcu tolkienowskiej sagi

[4] Myślę, że tak naprawdę nie chodzi o to, że Gibson nie tłumaczy pojęć, a światy realny i wirtualny za bardzo się przenikają, raczej po pierwsze nie tłumaczy nam siebie i swoich skojarzeń (Riviera w pliku Rimbaud), po drugie sceny akcji buduje na zasadzie opisu: Jan biegnie. Z podłoża wystaje pręt. Jan leży. – w tym krótkim opisie ciąg przyczynowo-skutkowy jest łatwy do ogarnięcia, ale sceny akcji u Gibsona są naprawdę duże, bohaterów jest wielu a ciągi dłuższe – zresztą gdybym zamiast: Jan leży, napisała: Jan krzywi się z bólu -już ten sam krótki ciąg stałby sie nieco bardziej skomplikowany. I na pisarzy takich jakich Gibson, jest tylko jedna rada: więcej czytać.

 

Lemowe Duety – Niezwyciężony / Człowiek z Marsa. Opowiadania młodzieńcze. Wiersze

NIEZWYCIĘŻONY – 1964. Absolutnie kanoniczna i prawdziwie fantastyczno-naukowa! Wybitna, jeśli nie jedna z najwybitniejszych pozycji hard science fiction w historii gatunku! W Polsce i na świecie. Znakomicie, precyzyjnie i jednocześnie przystępnie napisana i opowiedziana historia ludzkiego kontaktu z obcą formą martwej cywilizacji, czy też techno-ewolucji.

„Niezwyciężony”, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru.”

Znajdziemy tutaj wspaniałe, plastyczne opisy ziemskiego, potężnego arsenału, rzuconego na planecie Regis III w niespodziewany bój z tajemniczym „chmuromózgiem”, jak i bardzo ciekawy pomysł na „ewolucję” cybernetycznych maszyn i inteligentnej broni. Pomysł, do którego Lem powróci jeszcze nie raz, a najdoskonalej rozwinie go chyba w równie znakomitej powieści – Pokój na Ziemi.

Niezwyciężony

Niezwyciężony wciąga już od samego – wyżej zacytowanego – początku, swą smakowitą akcją i fantastyczną fabułą, ale przede wszystkim urzeka swoją warstwą drugą, czyli: formą, konsekwencjami oraz finałem kontaktu człowieka, w książce reprezentowanym przez postać Rohana, z sobie nieznanym, obcym i niezrozumiałym. Niejako też: upartym i za nic chcącym się ludziom – pomimo ich prawdziwej, militarnej potęgi – podporządkować i poddać.

„Gdyby atakującymi były żywe istoty, masakra, jaka je spotkała, zmusiłaby chyba następne szeregi do odwrotu, a przynajmniej do zatrzymania się u wrót wznieconego piekła […]”

Ta kultowa powieść Lema, to prawdziwe delikatesy dla każdego mniej lub bardziej zaawansowanego czytelniczo maniaka SF. Jednych porwie i zachwyci warstwa przygodowo-sensacyjno-militarna, drudzy docenią i ze smakiem skonsumują i poziomy głębsze – jak to u Lema: przepełnione troską o człowieka, wiarą w ludzki rozum, jego kreatywność i nieobliczalność, a jednocześnie chroniczny u Autora brak nadziei na porozumienie i prawdziwy kontakt obcych sobie intelektów.

Co w Niezwyciężonym wydaje się być jednak krzepiące, przedstawiciele ludzkości, używając swych intelektualnych przywar, w które Autor niewątpliwie jeszcze wierzył pisząc tę powieść, potrafią zakończyć tę historię inaczej, niż bohaterowie ostatniej Jego fantastycznej książki – Fiaska.

Powieść napisana w latach 60. niemal w ogóle się nie zestarzała, nie trąci myszką ani też innymi gryzoniami. Czyta się ją nadal wyśmienicie i nadaje się wręcz idealnie na początek znajomości z naszym Wielkim Klasykiem tegoż rodzaju literatury. Nie sposób więc mi jej Wam nie polecać – toż to prawdziwy Kanon SF! Moja ocena tutaj: 9/10!


CZŁOWIEK Z MARSA. OPOWIADANIA MŁODZIEŃCZE. WIERSZE – 1946/1953. 

Pierwsza powieść Lema. A w niej, biomechaniczny stwór rodem z Marsa pojawia się na Ziemi metodą twardego lądowania, a’la meteor tunguski. Gdy tylko zostaje odnaleziony, z miejsca swej katastrofy/lądowania, przetransportowany zostaje czym prędzej do tajnego laboratorium, gdzieś w okolicach Nowego Jorku lat czterdziestych XX wieku.

Tam to, zbiór kilku na prędce zwołanych naukowców, wraz z narratorem tej opowieści (zupełnym przypadkiem tam się napatoczonym, byłym redaktorem Chicago World), a pod przewodnictwem światłego profesora Widdlettona, próbuje na różne sposoby z owym marsjańskim przybyszem się skomunikować, jak i zrozumieć też zasadę jego działania. Pierwsze próby nawiązania Kontaktu, nikomu jednak na zdrowie nie wychodzą…

„Trzeba nam najpierw go poznać, zanim zechcemy się poznać z nim.”

Człowiek z Marsa to prawdziwie pierwsze, a większe potyczki Stanisława Lema z nieznanym, obcym i niezrozumiałym. Grupa uczonych, ludzi, kontra nieziemski organizm Areanthropos, o dość nieodgadnionej zasadzie istnienia. Czy można więc pojąć, to co prawdziwie jest obce? I czy następnie jest szansa na zadowalającą obie strony komunikację? 

Człowiek z Marsa

Warto bardzo zapoznać się z tym wczesnym tekstem naszego Klasyka SF i spróbować odnaleźć w nim odpowiedzi na te fundamentalne, już wtedy, dla niego pytania. Powieść ta jest krótka, napisana sprawnie i pomimo swego poważnego już wieku, czytanie jej sprawia niekłamaną przyjemność. Dla fanów – rzecz to oczywiście jest obowiązkowa. A dla reszty społeczeństwa – takoż samo!

Niniejszy tom zawiera również 14 opowiadań, powstałych i w przeważającej większości opublikowanych w latach 40 ubiegłego wieku. Historie w nich zawarte, przesiąknięte są tematyką wojenną i jej, naturalnie, głównie się tyczą. Lem, w naturalistyczny niemal sposób przedstawia, całkiem dla niego przecież świeże a tragiczne opowieści, czasów drugiej wojny światowej. 

Chwilami ich pesymizm jest dojmujący. W szczególności w Operation Reinhardt, gdzie poziom realizmu i autentyzmu, połączonego z opisywanym szaleństwem wywózki lwowskich żydów do obozów śmierci, stanowi prawdziwie przejmujące i mocno ponure czytelnicze przeżycie.

Do jaśniejszych i lżejszych nieco chwil tego tomu, zaliczyć za to można dwa spotkania ze Stefanem Trzynieckim! Postacią znaną ze świetnego, choć również traumatycznego co nieco w odbiorze Szpitala Przemienienia

Tom kończą powojenne wiersze Mistrza. Cóż o nich rzec można? No cóż, jeśli o mnie chodzi, to zdecydowanie wolę te spod pióra niejakiego Pawła Marciszewskiego! Nie znacie? Poszukajcie, a znajdziecie. A następnie se przeczytajcie! A tutaj: 7/10!

Kapitan MO

Ilustracja w tle: http://gadzetomania.pl/58225,stanislaw-lem
Okładki
: Stanisław Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo AGORA, 2008; Stanisław Lem, Człowiek z Marsa. Opowiadania młodzieńcze. Wiersze, Wydawnictwo AGORA, 2009

Nie wszyscy jesteśmy Meekhańczykami / lektury cotygodniowe

O autorze.

Robert M. Wegner Opowieściami z meekhańskiego pogranicza Północ-Południe debiutował na fantastycznej literackiej polskiej scenie. Zebrał wiele nagród, w tym jedną z najcenniejszych w tym świecie – Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za opowiadanie Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami.

I ta książka, podzielona na dwie niespojone fabularnie części, które dzielą się na mniejsze opowiadania, obrazujące mroźną północ i pokryte piaskiem pustynie południa, jest absolutnie wspaniała. Po czym wnioskuję – przede wszystkim dostrzegam pozytywne recenzje czytelników. Również fakt, że nie posiadam absolutnie żadnych informacji (ani ich specjalnie dla tego tekstu nie szukam) co do kapituły nagrody im. A. Zajdla i przez to mogę ufać jej wyrokom z naiwną wiarą.

Bo na przykład Nagroda Nike to coroczna komedia literacka z różnymi tam – powinowactwami i brukowymi półskandalami.

Wegner w nich nie musi uczestniczyć, ponieważ pisze, podobno, fantastyczne powieści, które kompletnie do mnie nie trafiają. Ostatni raz, kiedy potrafiłem się cieszyć na fantastykę, po oczywistej przygodzie z Tolkienem, to czas liceum i seria o księżniczce Achai spisana przez Andrzeja Ziemiańskiego. Wspaniała książka i dobre ilustracje, dodatkowo wzmocniona czasem, który upłynął. Później jeszcze tylko czytanie Oka jelenia Andrzeja Pilipiuka. I wielkie nic, jeśli idzie o fantastykę. Wegner to takie łypnięcie okiem na ten temat – czy polska fantastyka ma się ciągle tak nieźle, jak ją zapamiętałem z tych kilku książek.

No ma. Ma się dobrze polska fantastyka, ale na szczęście nie wszyscy jesteśmy Meekhańczykami. W pokoju mojego brata – stosy fantastyki – Krajewska, Cherezińska, Wegner, wszystko Tolkiena, Królowie przeklęci i inne figle. W moim – jakieś poezje, sporo klasyki, dużo eseistyki. To chyba najlepsze, co mogło nam się trafić. Akurat w tej dziedzinie – kompletna nieprzysiadalność.

Chociaż oczywiście gardzę tym, co czyta Adam, a on gardzi tym, co czytam ja. Niemniej jednak ten gad kupił kiedyś poezje Williama Butlera Yeatsa. Czy za moim asumptem? Może. Uznał, że to dziwne i wrócił do swojej literatury. Ja kiedyś kupiłem książkę Murakamiego, choć byłoby korzystniej kupić bułkę, na przykład z różowym dżemem (pozdrowienia dla Pawła Marciszewskiego i tych, którzy już mnie nienawidzą za to stwierdzenie). Zatem, zakręcając kółeczko tego akapitu – ja, po czytaniu Wegnera uznaję, że to dziwne i wracam do swojej literatury.

Dzięki Bogu każdy ma swoje nieprzebrane idearium i byłbym sabotażystą czytelniczym, gdybym powyższy akapit pisał w tonie poważnym. To najwspanialsze uczucie świata rozmawiać z osobą, która uwielbia literaturę, której nie cierpię. W ogrodzie książek można być naprzemiennie neofitą i apostatą, i cóż z tego – najwyżej nazwą nas oczytanymi, a my zaśmiejemy się im w twarz, bo wiemy, że wie ten, kto wie, że nic nie wie.

O Opowieściach…

Wegner jest świetny w budowaniu zaufania do swoich postaci. Może wie, że nie powinno być patetycznie tam, gdzie nie powinno być patetycznie (to być może najprawdziwsze zdanie, które mi się napisało). I tworzy taki świat, w którym się chce być. Mam w głowie powyrzynanych przez Górską Straż półdzikich acherów i lej doliny, w którym parszywi rzezimieszkowie w liczbie stu tysięcy mordowali uciekającą biedotę. I Aspektowaną Moc, która jest zrozumiała w trzy zdania. Zresztą – sugestywny jest literacki sznyt Wegnera i nawet dziób pingwina w tej materii coś niecoś załapie.

I tak dalej. Czytasz i widzisz. Jeśli fantastyka taka ma być – wyraźna, wyrazista, wypełniona postaciami z „krwi i kości”, a także dość niespodziewana, a przy tym literacko lekka, to czapki z głów dla autora. Nawet od profana.

O tym, co myślę o Opowieściach…

Chodzi mi o to źródło, które zaczęło się dość byle jak, daleko temu w szkole. Od baśni, biblijnych starotestamentowych opowiadań i innych fragmentów, które nas nudziły. Mówię „byle jak” nie w odniesieniu do tych monumentów naszej kultury, ale mając na myśli raczej to, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z kosmosu, na który patrzymy dziecięcymi spojrzeniami urwisów. Że to po czasie okazało się, że nie ma jednej wykładni, a iskra w nas, którzy czytamy, jakby od tego coś zależało, nie zgaśnie, aż zgaśniemy.

I bardzo dziękuję tym, którzy piszą i czytają fantastykę, i tym, którzy robią poezję, a także nudnym monografistom i historykom w tweedowych marynarkach, bo dzięki nim ciągle uświadamiam sobie, że biblioteka jest potężna – a co dopiero ogród, pełen piskliwych ptaków, a co dopiero kosmos, pełen sędziwych bogów…

Marcin