W oparach Dicka / Labirynt śmierci

LABIRYNT ŚMIERCI – 1970. Czternaścioro, nieznanych sobie wcześniej osób, reprezentujących różne profesje, znudzonych już mocno i niezadowolonych takoż samo ze swych dotychczasowych miałkich egzystencji, trafia na planetę Delmak-O, by tam wspólnie prowadzić eksperymentalną kolonię. Cel zaistnienia owej kolonii jest jednak tajemnicą i taką też pozostać ma już do końca, gdyż podczas transmisji z instrukcjami, właśnie celu tego się tyczącymi, dochodzi do awarii przekaźnika i cała ta gromada bohaterów zostaje pozostawiona tam nagle samym sobie.

Ich sytuacji zdecydowanie nie poprawi również rychło bardzo pojawiający się w ich szeregach trup! Niemożność ucieczki z planety, brak zrozumienia pierwotnego celu utworzenia tego habitatu, narastający strach i paranoja – to nowe okoliczności przyrody, jakim świeżo upieczeni obywatele Delmak-O muszą sprostać, aby przeżyć, gdyż ewidentnie ktoś, lub coś, pragnie ich tam śmierci!

Philip K. Dick, w typowy dla siebie sposób, podejmuje po raz kolejny ulubioną dla siebie tematykę subiektywnego postrzegania świata. Robi to tym razem (poza klasycznym sztafażem SF) otaczając się co nieco scenerią rodem z kryminału. Trup bowiem ściele się tutaj dosyć gęsto, a kto i dlaczego zabija – pozostaje zagadką do rozwiązania. Natomiast ucieleśnieniem teorii nieobiektywnej percepcji zastanej rzeczywistości, Autor Przez ciemne zwierciadło czyni w powieści złowieszczy Budynek. 

1e7998760e1-labirynt-smierci

Budowla to niezwykle tajemnicza, owiana mroczną nutą grozy, ciężka też bardzo do fizycznego, wizualnego tam uchwycenia. Co jednak jest najważniejsze, w krytycznej fabularnie chwili, płata ona srogie percepcyjne figle całej grupie bohaterów, jednocześnie stając się tutaj kolejnym symbolem, ewidentnie końca niemającej, Dickowej obsesji.

„Zadziwiające, jak daleko potrafią się posunąć ludzie kierowani podświadomym pragnieniem uniknięcia kontaktu z rzeczywistością.”

Równie silnym wątkiem w powieści Autor, po raz kolejny zresztą, czyni kwestię wiary w Boga. Chociaż trudno tutaj mówić o samej wierze, wszak w świecie Labiryntu i systemie religijnym wymyślonym przez PKD na jego potrzeby, Bóg jest istotą jak najbardziej realną! Przy odrobince tylko szczęścia, można go wręcz fizycznie spotkać, jak i pogawędzić z nim co nieco – Chodzący po Ziemi – a modlitwy do Niego kierowane często bardzo przynoszą skutek całkiem wymierny!

Wątkiem trzecim znajduję w książce tematykę wirtualnej rzeczywistości, o której to za wiele jednak napisać się tutaj nie da, gdyż zrujnować by to mogło zabawę i radość płynącą z lektury tej to właśnie opowieści. Dodać jedynie pragnę, iż rzecz niezmiernie mocno skojarzyła mi się z jakimś całkowicie realnym opisem… życia przed życiem? Taki jakiś osobisty dryf, prozą i oparami Dicka spowodowany!

Konkludując, Labirynt śmierci jest powieścią więcej niźli dobrą. Bo dobrą z plusem! Klasycznie Dickowa, o świetnie znanej już wszystkim jego fanom problematyce, i w więcej niż przyzwoitym stylu napisana. I choć do Ubika, czy Trzech stygmatów… zdecydowanie jej brakuje, to czas spędzony przy jej lekturze, straconym na bank i nijak – nie będzie! 6,5/10.

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Philip K. Dick, mastered by Paweł M.
Okładka
: Philip K. Dick, Labirynt śmierci, Wydawnictwo REBIS, 2017

Reklamy

Petecki na życzenie / Rubin przerywa milczenie / Ludzie z gwiazdy Feriego

„RUBIN” PRZERYWA MILCZENIE – 1976. To kolejna klasyczna, smaczna i oldskulowa fantastyka rodem z naszego PRL-u lat 70-tych XX wieku. Kolejna też ze świetnego cyklu APF!

Petecki bez dwóch zdań ma swój charakterystyczny styl snucia opowieści. Jest on suchy, twardy i jednak nie zawsze do końca zrozumiały. Można by rzecz nawet, że stanowi wręcz przeciwieństwo lekkiego, niezwykle zgrabnego i precyzyjnego stylu Zajdla. Cóż, ten typ widać tak ma i trzeba nam to zwyczajnie zaakceptować. Od razu dodam, iż warto to zrobić!

„Rubin” przerywa milczenie jest bowiem pozycją… no tak, musi tutaj paść to słowo: solidną! Tym razem może bez większych zachwytów, głównie ze względu na ten nieco chropowaty styl, który jednak finalnie potrafi nadrobić swymi fantastycznymi walorami smakowymi. Bowiem książka ta, to 100% polskiej SF, z nostalgicznego i chyba najlepszego (wraz z latami 60-tymi) okresu dla tego gatunku rodzimej literatury.

Historia tutaj opowiedziana jest przyjemnie interesująca. Gdy pojawia się szansa na zaludnienie zupełnie nowego świata, gdzieś na trzecim globie w układzie Alfy, wyrusza tam ekspedycja ziemian-kolonistów, których to po czasie, z powodów różnic ideologicznych, traktuje się z lekceważeniem i niechęcią ze strony macierzystej Ziemi.

W dokładnie te same rejony, około osiemdziesiąt lat później, leci druga grupa osadników, która już niewiele po swym starcie, dość niespodziewanie deklaruje, iż z Ziemią to nie chce już mieć absolutnie nic do czynienia! Obie te grupy przedstawicieli ludzkości, przy okazji wrogo do siebie nastawionych, pragną wcielać w życie swe własne ideologie i pomysły na rozwój technologiczno-duchowy człowieka.

Tuż po tym, gdy milknie stacja „podsłuchowa”, zainstalowana skrycie przez Ziemian na drugiej planecie Układu, tytułowy statek Rubin, z trzema osobami na pokładzie, leci by wyjaśnić sprawę nagłej ciszy, jak i zapoznać się z sytuacją i drogą jaką wybrali dla siebie ziemscy odszczepieńcy.

Klasyczny i klimatyczny, z delikatną nutką nostalgii, watek i kąsek dla smakoszy gatunku! 6,5/10.

***

LUDZIE Z GWIAZDY FERIEGO – 1974. Stęskniony znów mocno rodzimej, twardej, no i przygodowej też fantastyki, sięgnąłem po raz kolejny, pewną ręką, po powieść Bohdana Peteckiego. 

No i chłop normalnie nie zawodzi! W Ludziach z gwiazdy… dostałem bowiem dokładnie to, czego chciałem i oczekiwałem po tego typu prozie z lat siedemdziesiątych. Staroszkolnej i pełnej klimatu rozrywki science-fiction, dodatkowo na bardzo znów przyzwoitym poziomie spisanej. Jakże słodko i rozkosznie było móc się w tym znowu czytelniczo zanurzyć! Pełen relaks, no i banan na twarzy!

Styl Autora Stref zerowych także znajduję tutaj bez zmian. Mało-płynny i niewygładzony taki, acz kto Peteckiego czytał ten wie, że inaczej być nie może. I zdecydowanie nie będzie!

A sama opowieść? Jak zwykle smaku pełna! Uczestniczymy w międzyukładowej misji ratunkowej, podczas której dosyć szybko okazuje się, iż członkowie zaginionej załogi żyją, lecz zostali kubek-w-kubek skopiowani/sklonowani/skserowani przez jedną z rozumnych ras i potraktowani dalej, bez pardonu, jako mięso armatnie w wojnie przeciwko rasie drugiej, zamieszkującą tę samą planetę. 

Czy zatem owe superklony, nie różniące się pomiędzy sobą fizycznie, ni mentalnie absolutnie niczym, to jeszcze ludzie, czy jednak już obce, humanoidalne ksera-cyborgi? Załoga misji ratunkowej musi rozstrzygnąć ową biologiczno-moralną kwestię, ratując jednocześnie tych nieszczęśników z wojennych tarapatów.

Kolejny solidny kawałek polskiej, twardej fantastyki, spod pióra Peteckiego. Bez specjalnych fajerwerków, acz smakoszom – dobrej rozrywki dostarczy on z pewnością! 7/10.

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Własnej produkcji, jedyny i niepowtarzalny a wysokogatunkowy „kolaż” z okładek „Rubin przerywa milczenie” oraz „Ludzie z gwiazdy Feriego”, Bohdan Petecki, Wydawnictwo Solaris, 2014-2015

Na wieży / Dick / Labirynt Śmierci

Znów Bruegel. Tym razem Wieża Babel. Koloseum dumnie wbite w niebo. Ciemne chmury rozbijają się o jego kształt, ludzie jak mrówki krążą po kolejnych kondygnacjach, spirala cegieł i mięśni, którą gigant sięgnie jeszcze wyżej. W dole zatłoczony port, praca trwa w najlepsze. Bruegel nie miał wątpliwości: nigdzie nie poszliśmy, nadal jesteśmy na wieży. Dick zdaje się, sądził podobnie i często do tej niewiary w dialog powracał.

Najbardziej jaskrawe przykłady to spisane w połowie lat pięćdziesiątych Oko na niebie, jedna z pierwszych powieści Dicka, w której autor mocno uderzył w fantastyczne tony, przenosząc grupę bohaterów do kolejnych wizji rzeczywistości, kreowanych przez następujące po sobie wyobrażenia każdego z nich. Okazuje się, że codzienność jednych, dla innych jest koszmarem. Niemożność dialogu jest także motywem przewodnim Klanów Księżyca Alfy, dość prostej powiastki wydanej w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. To jest stale powtarzający się u Dicka motyw. Nawet jeśli nie odgrywa przewodniej roli, to przecież często jesteśmy świadkami tego, jak ambicje, duma albo emocje biorą górę w podejmowanych decyzjach, wpływając na interakcje między bohaterami. Dick i jego postaci nigdy nie zeszli z Wieży Babel. Bohaterowie niby się rozumieją, ale pragnienia, gniew i emocje, sprawiają, że mówią tak naprawdę innymi językami. Ale czy rzeczywiście chodzi tylko o te czynniki? Ta niezgodność wynika u Dicka raczej z pewnej właściwości rzeczywistości: tego, że daje się poznawać jedynie subiektywnie, z osobna. Pisarz wątpi nie tylko w dialog, ale i w samą możliwość jego zaistnienia.

W tym punkcie przejść można do Labiryntu Śmierci, nowo wydanego przez Rebis, kolejnego powtórzenia owego refrenu. Na tle wcześniejszych tytułów, ten rysuje się wyjątkowo ponuro i ciężko. Książka powstaje w okresie niesłychanej formy autora – dość powiedzieć, że jej bezpośrednimi sąsiadami są Czy androidy marzą o elektrycznych owcach z jednej i Ubik z drugiej strony. Powieści legendarne, stale wpływające na kształt science fiction jako takiego. Samemu Labiryntowi nie udało się osiągnąć ani poziomu, ani popularności swoich kuzynek; Dick nie zawsze był doskonałym pisarzem, mamy jednak to szczęście, że dość często okazywał się być autorem bardzo dobrym. Tak jak tutaj.

Książka maluje przed nami tajemniczą scenerię: grupa ludzi ląduje w eksperymentalnej kolonii, gdzie bohaterowie mają podjąć zlecone im odgórnie zadanie. W wyniku usterki wytyczne nie docierają do grupy nowych kolonistów. Wszystko zaczyna komplikować się, gdy próby nawiązania jakiejkolwiek łączności i wezwania pomocy okazują się bezowocne; całość zaczyna przypominać szczelnie zamkniętą klatkę, bez możliwości wycofania się. Sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy kolejni uczestnicy eksperymentu zaczynają ginąć w tajemniczych okolicznościach.

Przywodzi mi na myśl motyw statku głupców. Wśród bohaterów znajdą się reprezentanci niemal wszystkich grup społecznych: ludzie młodzi, ludzie starzy, rozsądni i głupi, porywczy i spokojni… Każdy tutaj myśli, że dzierży ster, a Bogiem a prawdą, wszyscy dryfują w kierunku, na który tylko pozornie mają wpływ.

Cała ta poplątana historia, choć jej opis może sprawiać wrażenie opowieści czysto sensacyjnej, maluje się w typowo Dickowych odcieniach. Rzeczywistość w której znajdują się bohaterowie, dość szybko zaczyna przypominać mistyfikację: krążące pod nogami żuki, wyposażone są w filmujące ludzi kamerki; elementy krajobrazu okazują się być rozmywającą tuż przed nosem projekcją…

Koniec końców tak bohaterom, jak i czytelnikowi, towarzyszy mętlik w głowie. Czy dziwne wydarzenia, z którymi spotykają się bohaterowie są kwestią działania jakiejś nadnaturalnej, boskiej albo szatańskiej siły? A może są oni infiltrowani przez wojsko w jakimś dziwnym eksperymencie? Całkiem możliwe jest też, że przez izolację i wewnętrzne napięcia tracą zmysły i popadają w paranoję, w pewnym momencie okaże się bowiem, że sami są dla siebie jednym z większych zagrożeń.

Okazuje się, że jakkolwiek niesprzyjające byłyby warunki zewnętrzne, najwięcej napięć i tak zachodzi w tarciach międzyludzkich. Dick upycha grupę obcych, nieznających się ludzi w szczelnej, zacieśniającej się przestrzeni i każe im żyć razem. W krótkiej przedmowie, autor wspomina o nacisku, jaki położył na subiektywne patrzenie na rzeczywistość. I faktycznie, narracja zmienia się, przeskakuje z bohatera, na bohatera, ukazując, jak różne światy widzą kolejne postaci. Czy dialog jest możliwy? Czy czternaście osób, żyjących obok siebie, może żyć razem? Może żyć ze sobą? Dick zdaje się powtarzać dobrze już znane obrazy.

Skojarzenie z wieżą Babel wydaje mi się trafne także przez miejsce religii w świecie Labiryntu. Biblijna wieża miała być symbolem pychy, próbą sięgnięcia Boga, wkroczenia w boską rzeczywistość. Człowiek chciał dzielić świat z Bogiem, za co spotkała go kara. Tutaj dostajemy przewrotne odwrócenie tego obrazu. To Bóg dzieli świat z człowiekiem: schodzi na dół i żyją na równi. W swoich Manifestacjach kroczy ulicami miast, uzdrawia, podnosi na duchu. Chyba i tutaj można doszukiwać się źródła zgubnych tonów Labiryntu. To jest świat, z którego znikł podział na sacrum i profanum, dosłowność wyparła wiarę, a boskość stała się elementem rzeczywistym, stąpającym po ziemi, a zatem przyziemnym.

Cały Labirynt śmierci to jest cholernie trafna obserwacja. Czy my przypadkiem wciąż nie tkwimy na Wieży Babel? Ta celność nie dotyczy jedynie Ameryki późnych lat sześćdziesiątych – czy nie wydaje się wybrzmiewać z jakąś ponurością także tu i teraz? Pogubienie granicy między sacrum a profanum chyba także brzmi dziś wyjątkowo znajomo. Może stąd cały ten mrok szczelnie wypełniający książkę. Dobrze go znamy.

Wasz Paweł M

Bohdan Korewicki / Przez ocean czasu

Nade(j)szła już chwila na moje kolejne, krótkie, polsko-fantastyczne wspominki, literacko i wydawniczo odświeżone dzięki świetnej serii „Archiwum Polskiej Fantastyki”. Na tapet biorę tym razem, sporą legendą już obrośniętą powieść Bohdana Korewickiego – Przez ocean czasu.

Bardzo przyjemne, przyznać to muszę, chwile spędziłem podczas zapoznawania tomu pierwszego tej opowieści. Przez ocean czasu to staroszkolna mocno – lata 50 – młodzieżowa przygodówka, z wielką fantastyczną podróżą w czasy zamierzchłe naszej (pre)historii jako lejtmotywem. Plastycznie, miło i sprawnie jest to napisana rzecz, zdecydowanie też sformatowana pod młodego czytelnika, co jednak nie powinno specjalnie przeszkadzać w lekturze, a tym bardziej i odbiorze, tej klasycznej już pozycji.

Nie miałem szczęścia jakoś poznać jej „za młodu”, a szkoda, gdyż niewątpliwie musiałaby wtedy na mnie zrobić o wiele większe wrażenie. Nadrobiłem zatem te zaległości teraz – i nie żałuję!

Książkę polecam przede wszystkim jako sentymentalną podróż w literackie czasy lat 50 XX wieku, by stamtąd już swoistym wehikułem czasu – chronomobilem „made in Poland” (!), udać się wraz z bohaterami tej interesującej historii, w czasy lodowcowych epok oraz żyjących tam pitekantropów i neandertalczyków. Świetny i nowatorski jak na tamte fantastyczno-przygodowe lata pomysł, bardzo dobre jego wykonanie i rzeknę raz jeszcze – rzecz naprawdę czytelniczo to przyjemna!

Korewicki2

Tom drugi przygód ekspedycji chrononautów spod Warszawy, przedstawia ich losy dalsze, już u samego celu swej podróży w czasie – w epoce wielkich gadów ery Mezozoicznej.

Tytułowy ocean czasu jaki przebywają, by dotrzeć finalnie do tego miejsca, czy też czasu właśnie, wpływa mocno i wyraźnie na ich psychikę. Kreda okazuje się być bowiem bardzo niegościnnym miejscem dla ludzi. Obcym dla nich całkowicie, dusznym, przygnębiającym i zwyczajnie niebezpiecznym. A dzięki sprawnej narracji, czytelnik z łatwością odczuje ten przygodowy klimat.

Korewicki w swej powieści w świetny sposób łączy wątki młodzieżowo-przygodowe z edukacyjnymi (na poziomie lat 50-tych XX wieku rzecz jasna). W swoim gatunku pozycja jest to więc zdecydowanie bardzo dobra, a pośród wielu czytelników posiada wręcz status kultowej! Niewątpliwie, Przez ocean czasu to klasyk polskiej fantastyki przygodowej. Skierować ją należy, i sam polecić ją mogę osobom młodym, jak i tym, dla których lata młodości są już nostalgii pełnym li tylko wspomnieniem! 

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Bohdan Korewicki – wikimedia commons
Okładki
: Bohdan Korewicki, Przez ocean czasu t. I i II, Wydawnictwo Solaris, 2013

Po tamtej stronie szafy / Siostrzeniec Czarodzieja

Jest coś magicznego w tej zimnej i ciemniejszej części roku, mojej ulubionej, swoją drogą. Zaraz popłynie herbata z cytryną, zaraz będzie można wywlec koc, wpuścić kota, zaszyć się w domu, usiąść pod oknem i czytać! Ten czas w jakiś dziwny sposób sprzyja wszystkim odrealnionym, magicznym, spokrewnionym z baśnią lekturom. Nigdy nie czyta mi się tak dobrze, jak w przedziale jesienno-zimowym. Jeśli zdarzają mi się lekturowe powroty, to najczęściej trafiają się właśnie teraz, na te miesiące, kiedy czyta mi się najlepiej. Bo to chyba ważne, żeby najlepsze książki czytało się możliwie dobrze, no nie?

Z Narnią wiążą mnie dobre wspomnienia i niemały sentyment. Rozpisywał się nie będę, dość rzec, że czytałem już dwukrotnie (w jakimś dziwnym cyklu – sześć i dwanaście lat temu) a moje dzieciństwo naznaczone było serialową ekranizacją pierwszych tomów. Dwa dni temu, podniósłszy oczy znad lektury Moliera, dostrzegłem komplet siedmiu Lewisowych tomów i odczułem dobrze znany głód. Doskonale już wiedziałem: będzie trzeba przeplatać!

Trzecie zwiedzanie magicznej krainy Lewisa rozpocząłem zgodnie z narnijską, nie zaś wydawniczą chronologią, to jest od części szóstej, Siostrzeńca Czarodzieja, wydanego oryginalnie w 1955 roku, części, z którą od zawsze miałem chyba najwięcej problemów w całym cyklu. Jak szósty tom, w drodze wyjątku otwierający Kroniki, wybrzmiał tym razem?

Chyba nieco lepiej. Rozpoczyna się na jednym z londyńskich, dziewiętnastowiecznych podwórek, od spotkania dwojga dzieci: Poli i Digory’ego. Deszczowe lato, w zestawieniu z koniecznością wakacyjnych zabaw, rodzi konieczność zaangażowania wyobraźni w planowaniu kolejnych wojaży. W ten sposób bohaterowie trafiają na poddasze jednej z kamienic i sekretnym tunelem zamierzają przedostać się do sąsiednich, opuszczonych budynków. Cała ta część pachnie wielką tajemnicą, bo przecież w tym przemierzaniu strychów i odkrywaniu nieznanego, kryje się jakieś niebezpieczeństwo i zagadka. Całość robi się jeszcze bardziej intrygująca i mroczna, gdy na scenę wkracza czarna magia i dzieci, planujące zwiedzić jedynie sąsiednie, puste domy… trafiają do Lasu pomiędzy światami!

Starałem się czytać całość tak, jakbym wcześniej nie miał z tą opowieścią styczności i muszę przyznać, że pierwsza połowa książki zrobiła na mnie niezwykłe wrażenie. Ciemne strychy, zaczarowany las, z którego dostać można się do różnych światów, i najlepsze z tego wszystkiego: odwiedziny w starym, martwym świecie! Puste place, szare niebo, czerwone słońce, postaci zaklęte w posągi… To naprawdę niesamowity moment! W scenie, w której dzieci przemierzają zaklętą komnatę, obsadzoną zastygłymi w bezruchu postaciami władców, tajemnica, jak mgła unosi się w powietrzu, i łatwo w tę mgłę wsiąknąć, bo czytelnik, tak jak mali bohaterowie, brnie na spotkanie z nieznanym.

Zaraz po tym książka znienacka przyspiesza. Z mrocznego świata uciekamy już po dwu rozdziałach, na chwilę zatrzymujemy się w Londynie, w końcu trafiamy do jeszcze niezaistniałej Narnii. Tutaj tkwi największy problem z Siostrzeńcem Czarodzieja: książka opowiada niejako trzy historie, albo raczej trzy, wyraźnie różne epizody jednej opowieści. Żadna z tych części nie zostaje rozwinięta w zadowalającym mnie stopniu. Odwiedziny w martwym świecie, to zaledwie dwa rozdziały, rozróba na ulicach Londynu kolejne trzy, później, na nieco dłużej lądujemy w Narnii, ale i tam akcja zostaje podzielona między opis stworzenia, przygodę Digory’ego i stanowienie zasad rządzących krainą… Nigdzie nie zagrzewamy miejsca.

Największym jednak minusem książki jest… rozczarowanie. Pamiętam, gdy czytałem ją po raz pierwszy, znajomi powiedzieli mi, że szósta część będzie opowiadać o stworzeniu Narnii. Nie sposób opisać, z jak wielkim zapałem czekałem, aż w końcu dotrę do tego tomu! Ta książka miała wszystko, by stać się najciekawszą częścią Kronik: powiew świeżości po pięciu mniej lub bardziej powiązanych ze sobą tomach, możliwość spisania świetnej mitologii, połączenia kosmogonii ze zdumiewającą opowieścią… a skończyło się na zaledwie ciekawej, podzielonej na trzy epizody przygodzie. Każdy z nich, gdyby rozwinął skrzydła, mógłby stać się świetną opowieścią.

Ale żaden skrzydeł nie rozwinął. Od lat towarzyszy mi przeświadczenie, że Lewis był po prostu Narnią zmęczony. Pierwsze dwa tomy wyszły dobrze, trzeci, czwarty i piąty to apogeum całego cyklu, niezwykłe opowieści ze świetnymi postaciami… Zaś szósty i siódmy, mimo że nie tracą zupełnie świetnych cech cyklu, zdają się być napisane niejako na siłę. Po pięciu tomach, w których motywem przewodnim były świetne fabuły i ciekawe opowieści, autor zasiadł do dwu ostatnich tomów z zamysłem: opiszmy Stworzenie i Czasy Ostateczne w Narnii. Cała reszta: fabuła, postaci, odwiedzane miejsca, są tu niejako drugorzędne.

Nie oznacza to rzecz jasna, że Siostrzeniec jest książką słabą. Jest książką słabą, jak na część Opowieści z Narnii, ale to nadal są Opowieści z Narnii. Pełne magii, rozbrzmiewa tu dziwny zew przygody i tajemnicy, oraz ta niezwykła atmosfera, którą znaleźć da się jedynie po tamtej stronie szafy. Wędrówka po martwym świecie, cudowny opis stworzenia Narnii, no i alegoryczny, baśniowy ładunek, czekający tuż pod powierzchnią, nie zawodzą. Stworzenie wyraźnie nawiązuje tu do scen z Biblii, zjawia się nawet moment kuszenia z udziałem jabłka… To jest dobra opowieść, wszystkie wady wychodzą na jaw dopiero przy porównaniu z wcześniejszymi tomami.

Wasz Paweł M

 

Petecki na życzenie / Tylko cisza / Strefy zerowe

TYLKO CISZA – 1974. To naprawdę bardzo dobra, polska, ekologiczna fantastyka z lat 70, z ciekawym pomysłem na regenerację/odnowę biologiczną naszej planety, podczas której to cała ludzkość, w kontrolowany sposób, ucina sobie globalnego komara!  A wszystko to jest nam podane i opisane całkiem składnie i przyjemnie, i to biorąc nawet pod uwagę współczesnego czytelnika tego rodzaju literatury.

To moje drugie spotkanie z prozą Peteckiego (po całkiem niezłym Messier 13) – dzięki nowym i genialnym w swym zamyśle, choć nie do końca jednak w wykonaniu (mnóstwo literówek i często-gęsto „łuszczące się” okładki), wydaniom z serii Archiwum Polskiej Fantastyki, Wydawnictwa Solaris.

I po raz kolejny tu, w przypadku lektury powieści tego Autora, muszę – a nawet chcę – użyć słowa solidna. A także: interesująca, oryginalna, przystępna, a zupełnie niebanalna! Zapewne i nie bez wad, gdyż fabularny pomysł by główny bohater, choć astronauta, spędził 20 lat (!) na samotnym, kontrolującym całą akcję rewitalizacji Ziemi posterunku, gdy na szali położony jest przecież los naszej ludzkiej cywilizacji na tej planecie, jest… co najmniej kontrowersyjny.

No bo któż tyle wytrzyma, samemu, przy zdrowych zmysłach? Ano chyba tylko ex-piloci z Centrali…

Zdecydowanie jednak warto dać tej pozycji swoją szansę i poobcować z nią czytelniczo. Znajdziemy w niej bowiem, a w zasadzie przede wszystkim, dość ciekawe przykłady psychologii zachowań ludzkich w sytuacjach skrajnej samotności, wielkiej odpowiedzialności i wszechobecnej, tytułowej ciszy właśnie. Być może nie jakichś tam lotów najwyższych są to wywody – Petecki to jednak nie półka z Lemem – i zapewne co nieco po łebkach podane, acz na potrzeby tejże fabuły zupełnie wystarczające!

Polecam niniejszym każdemu SF maniakowi. Tylko Cisza to ciekawa i dobrze napisana, klasyczna i dosyć oryginalna, polska fantastyka naukowa! Zatem proszę czytać i nie dać jej umrzeć! 7/10.

Bohdan_Petecki

STREFY ZEROWE – 1972. To moja trzecia pozycja z Archiwum Polskiej Fantastyki i jednocześnie trzecia powieść, zapomnianego już co nieco, Bohdana Peteckiego. Autor, kojarzący mi się subiektywnie i nieco nachalnie z określeniem: solidna SF, nie zawiódł mnie i tym razem.

A nawet zrobił był więcej, gdyż urzekł mnie (czytelniczo!) najpełniej jak do tej pory. Uważana powszechnie za jego najlepsze dzieło, powieść Strefy Zerowe, to w mniemaniu moim, i nie tylko, znakomite science-fiction! Do tego rozkosznie twardziutkie (ups…) i naprawdę sprawnie napisane!

Obyty fantastycznie choć co nieco czytelnik, odnajdzie tutaj swoisty kogel-mogel niektórych myśli i problemów zawartych w Niezwyciężonym oraz Fiasku Stanisława Lema. Lecz o ile genialny Niezwyciężony napisany został blisko dekadę wcześniej – i Petecki mógł teoretycznie z niego zaczerpnąć to i owo oraz tamto – to Lemowe Fiasko, i opisany w nim kontakt z cywilizacją, która nijak owego kontaktu nie chce, to była dopiero melodia przyszłości.

Jednak w oczach tego czytelnika, który obydwie te pozycje polskiego klasyka SF rozkosznie już był zaznajomił, Strefy Zerowe Peteckiego jawić się mogą, nieszczęśliwie, jako rzecz cokolwiek wtórna. A przecież nijak to słuszne!

Bardzo zgrabnie i interesująco jest tutaj ta historia opisana. Opowieść o klasycznym kontakcie z wysoko rozwiniętą cywilizacją i o problemach niemałych tej kwestii się tyczących. Napisana językiem nieskomplikowanym, żywym, przyjemnym w odbiorze i znów: niebanalnym. Ciekawe, dobre i bardzo dobre opisy obcej inteligencji, choćby tylko podczas próby kontaktu w finale powieści, zasługują zdecydowanie na moje uznanie i wysokie noty!

Ciekaw jestem wielce, jak odebrałbym tę pozycję nie znając wcześniej Lemowych klasyków. Lem zapewne konkurencji tutaj bać się nie musi, jest wszak niekwestionowanym, precyzyjnym arcymistrzem. Lecz Petecki mimo, iż wydaje się być merytorycznie ligę niżej, Strefami Zerowymi prezentuje bez dwóch zdań, wysoki poziom frapującej a fantastycznej rozrywki!

Rozrywki, którą wszystkim pożeraczom klasycznej SF poznać trzeba oczywiście obowiązkowo! Bo jak dla mnie, to tym razem jest to rewelacja! 8/10.

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Własnej produkcji, jedyny i niepowtarzalny a wysokogatunkowy „kolaż” z okładek „Tylko cisza” oraz „Strefy zerowe”, Bohdan Petecki, Wydawnictwo Solaris, 2013
Fotografia w tekście
: http://encyklopediafantastyki.pl/index.php/Plik:Bohdan_petecki.jpg

Sześć wzorowych rzeczy / Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

I. Być człowiekiem.
Niesłychaną rzecz robi Philip Dick w swoim Czy androidy marzą o elektrycznych owcach, i to już w pierwszych zdaniach: jest tam scena, w której bohater, przebudziwszy się, za sprawą specjalnego ustrojstwa programuje swój nastrój na nadchodzące godziny. Produktywność, dobre nastawienie i tak dalej. Obok, po drugiej stronie łóżka, jego żona zajmuje się tym samym, z jedną drobną różnicą: ona wybiera depresję, samooskarżanie i myśli samobójcze. To niebywałe. Dick przewiduje, że człowiek w przyszłości będzie w stanie uciec od dręczących go bolączek i koszmarów, że znajdzie lekarstwo nawet na złe nastroje i brak chęci do działania. Mimo to, chyba nigdy nie będzie w stanie uciec od bycia człowiekiem…

Ta prosta obserwacja, poranna kłótnia dwojga małżonków, najlepiej pokazuje, jakim geniuszem potrafił być Dick. Nie wyszedł jeszcze z sypialni, jego bohaterowie, na dobrą sprawę, nie wstali jeszcze z łóżka, a ten zdążył już przenikliwie ukazać, nieco ironicznie, acz celnie, bolączki ludzkiej natury.

Opóźniony wstęp.

Cała książka składa się z mnóstwa podobnych, błyskotliwych i celnych obserwacji, czym, bez dwu zdań, zachwyca. Jest jednak – paradoksalnie – często niedocenianą pozycją w dorobku autora (sic!). Otóż sięgamy po nią często na samym początku i, zwabieni legendarnością jej ekranizacji, spodziewamy się po niej cudów niestworzonych. Moja pierwsza lektura tego tytułu, tak właśnie wyglądała, w konsekwencji prowadząc do rozczarowania. Szczęśliwie książka trafiła w moje ręce jeszcze dwukrotnie, powrót do lektury był okazją do zweryfikowania tych pochopnych ocen.

W przeddzień premiery nowego filmu nawiązującego do słynnej książki, postanowiłem wrócić do wersji papierowej i wyciągnąć z niej sześć rzeczy, które Phil Dick zrobił wzorowo, które uważam za absolutnie wyjątkowe, stanowiące o tym, że to jedna z najważniejszych dla mnie książek. Powód pierwszy pojawił się już powyżej, zatem zmierzam wprost do punktu drugiego.

II. Chłam wypiera nie chłam.
John R. Isidore. Przedstawiciel najniższej grupy społecznej (wciąż jednak wyższej niż androidy) człowiek napromieniowany, częściowo upośledzony. Mieszka w starym, opuszczonym budynku, zamieszkując jedyne, pośród dziesiątek pustych mieszkań. Isidore żyje tu sam. Stara się w jakiś sposób utrzymywać swoje mieszkanie w dobrym stanie, koniec końców staje się jednak bezsilnym obserwatorem tego, jak cały budynek, w którym mieszka, pożerany jest przez chłam. Nie chodzi tu rzecz jasna o żadną dosłowność – to jest świadectwo samotnego życia, w którym bohater jest zanurzony. Tego, jak stopniowo, dzień po dniu, pożera go codzienność i głucha pustka.

I jest taka scena, w której do jednego z sąsiednich mieszkań wprowadza się tajemnicza i piękna kobieta. Isidore traktuje ją z mieszaniną strachu i czci, ale jednocześnie lgnie do niej, chce jej pomóc, chce być jej przyjacielem. Doznawszy pogardy od całego społeczeństwa, stojącego nad nim, od niej jednej pragnie śladowego choćby uznania i wdzięczności. W trakcie ich pierwszej rozmowy, jąkając się, mówi o wykonywanej przez siebie prostej pracy z pewnym namaszczeniem, starając się przekonać ją, że ta nie rozmawia z byle kim… A że wykonywany zawód raczej nie należy do najbardziej prestiżowych, cała scena zdobywa pewien gorzki wydźwięk. W oczach swej nowej sąsiadki (z którą przecież coś nie gra, nawet on, opóźniony intelektualnie, podskórnie to czuje) szukał będzie J.R. Isidore potwierdzenia swojej wartości. Niezmiennie porusza mnie ta ich relacja.

III. Obłuda i Wstyd.
Świat przyszłości, według Dicka, kręci się wokół empatii – najważniejszej rzeczy wyróżniającej człowieka, tego, co odróżnia go od androidów. Empatia to klucz do zrozumienia wielkiego paradoksu, jaki w Blade Runnerze zostaje ukazany. Bowiem tym, co ma najlepiej zaświadczać o naszej zdolności do troski i współodczuwania, jest posiadanie i pielęgnowanie zwierząt. Deckard, w jednej z pierwszych scen, wzywa serwisanta do swojej zepsutej owcy. Prawdziwe, żywe zwierzę, jest oznaką wysokiego statusu społecznego i stać na nie tylko nielicznych, powszechnie więc kupuje się w tajemnicy zwierzęta sztuczne, tak, by symulowały wysoką pozycję w społeczeństwie. Jakże wstydzi się bohater tego, że jego owca jest elektrycznym, sztucznym tworem, w dodatku zepsutym!

Mając w pamięci filary tutejszego świata (empatię i współczucie), przyjrzyjmy się kolejnym poczynaniom bohatera. Androidy w realiach dickowej powieści, to jednostki o zerowym statusie społecznym. Nie posiadają żadnych praw, jedynie obowiązki. Gdy więc grupa kilku z nich ucieka na Ziemię w poszukiwaniu spokojnego życia, ich pozycja z miejsca staje się ujemna. Czeka je jedynie eliminacja. Dick ukazuje ściganych jako postaci nie odbiegające wcale od ludzi: boją się, mają swoje nadzieje i marzenia, towarzyszy im wola przetrwania, są inteligentne, odczuwają, a nawet tworzą piękno.

Deckard, dostawszy zlecenie, okraszone niemałą nagrodą, bezwzględnie ściga swoje ofiary i pozbawia je życia. W zachowaniu tym nie widzi żadnych niezgodności, niczego, co byłoby nieetyczne albo niemoralne. Momentami szarpią nim wątpliwości, zagłusza je jednak. Jego bezwzględność jest rażąca, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że główną motywacją bohatera jest zdobycie pieniędzy na żywe zwierzę, mające legitymować wysoki poziom jego empatii i moralności! Co za przewrotność! (Rzecz jasna Deckard nie jest postacią płaską, przechodzi pewne przemiany, ale mowa tutaj o punkcie wyjścia i postawie dominującej).

IV. MERCER.
Świat Łowcy Androidów, jak już napisano, stoi na fundamencie empatii i moralności. Rządzą one działaniami społeczeństwa, są najważniejszymi cnotami i wytycznymi w życiu osobistym bohaterów. Dick nie byłby sobą, gdyby nie przekroczył pewnych granic i poza społecznym i filozoficznym wymiarem empatii, nie nadał jej także zabarwienia mistycznego i religijnego.

Zrobił to w jakże charakterystyczny dla siebie sposób, sprawiając, że kult merceryzmu, który wymyślił, jest połączeniem religijnych misteriów, wirtualnej rzeczywistości i show rozrywkowych, w których kolejni wierni, podpinający się pod sieć i doznający wizji, łączą się ze sobą i współodczuwają w duchowej symbiozie. Wszystkich, w alegorycznej wizji na wzgórze prowadzi Mercer – mesjasz. Jedynym zbawieniem, jakie ma do zaoferowania ten mesjasz, jest świadomość, że wszyscy, tak jak on, wchodzimy na wzgórze doznając ciosów, wszyscy przeżywamy to samo. Jesteśmy razem, a największym sakramentem jest tu empatia.

V. Pająk.
Androidy są poniekąd opowieścią o stopniowaniu, o patrzeniu na świat ze zmieniających się perspektyw. Na szczycie Rick Deckard z pistoletem laserowym w dłoni i typowe (błahe z naszego punktu widzenia) zmartwienia jego klasy. Niżej (znacznie niżej) stoi J.R. Isidore. Ten, trudniąc się podrzędnymi zajęciami, usilnie stara się nadać swojemu życiu jakąś treść. Stara się być dla kogoś ważny. No i androidy, na samym dnie. Bez prawa do wolności, a po zdobyciu owego zakazanego owocu, również bez prawa do życia. W jednej ze scen, Dick przesuwa tę drabinę istnień jeszcze niżej.

Jedna z bohaterek, android, znalazłszy pająka, w okrutnej torturze pozbawia go nóg, traktuje to jak czynność moralnie neutralną. Męczenie zwierzęcia nie bawi jej, ale też nie widzi w nim niczego złego. Scena ciągnie się niemiłosiernie długo, a autor nie szczędzi nam opisów cierpiącego stworzenia, które dostało się w ręce obojętnej, acz okrutnej dlań siły. Dick nie tylko dostawia kolejny stopień na schodach coraz niższych pozycji, on w tej scenie przewrotnie odwraca role. Zaszczuty android w jednej chwili z ofiary staje się oprawcą. Czy to w ramach jakiejś przewrotnej a podświadomej rekompensaty, czy też potwierdzenia zakładanego od samego początku braku empatii? Nie wiem.

VI. Pytanie / zamiast podsumowania.
Jedna z ofiar Ricka, pewien mężczyzna, najwyraźniej nie mający pojęcia o byciu androidem, po odkryciu prawdy, wykrzykuje z rozpaczą, że przecież ma wiewiórkę! Opieka nad zwierzęciem jest w Blade Runnerze przejawem posiadanej empatii, android opiekujący się zwierzęciem, jest zatem ewenementem.

Wróćmy do pytania. Do pytania tytułowego. Jak to jest z tymi androidami? Czy marzą o swoich elektrycznych owcach? Bo przecież o tym, że marzą, wątpić nie możemy. Spójrzmy na wcześniejsze punkty. Elektryczna owca jest powodem wstydu głównego bohatera, w drabinie społecznych ról, stojącego w miarę wysoko. Dlaczegóż miałaby więc być obiektem pożądania sztucznego człowieka? Z perspektywy androida, wykluczonego, wyrzuconego poza margines społeczeństwa, zwierzę, nawet sztuczne, musi wyglądać jak jakiś nieosiągalny Święty Graal. Możność posiadania, nawet tego, co dla innych jest odpadem, stanowiłaby o jakim społecznym minimum, do którego by ich dopuszczono.

I tutaj znajduję połączenie między powieścią Dicka a naszym, realnym światem. To opowieść o nierówności. Ci na górze, zaprzątają sobie głowy błahymi sprawami, podczas gdy ci na dole usilnie pragną tego, czym tamci pogardzają, czego się wstydzą. Bez względu na to, jak potraktujemy Czy androidy…, w skali globalnej, społecznej, czy też osobistej, wydźwięk książki pozostaje niezmiennie aktualny. Człowiek może wyleczyć depresję, ale nigdy nie wyleczy bycia człowiekiem.

Wasz Paweł M
Jako grafikę główną wykorzystałem lekko przerobiony wizerunek zdobiący Rebisowe wydanie książki, ilustracja autorstwa Wojciecha Siudmaka.

Nauko! Coś ty nam zrobiła! / Wojna światów

I

Będzie się tutaj odbywało utyskiwanie na krzywdę, jakiej od niepohamowanie rozwijającego się stanu naszej wiedzy doznajemy. Nie może ono rzecz jasna dotyczyć wszystkich objętych tym rozwojem dziedzin. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że w ogólnym rachunku nasza symbioza z nauką wychodzi nam zdecydowanie na dobre. Zażegnanie widma towarzyszących nam przez całe wieki chorób (mimo usilnych starań niektórych środowisk), rozumienie otaczającego nas świata, czy też dobrodziejstwo kolejnych udogodnień, między innymi tych, dzięki którym ja mogę te słowa pisać, czytelnik zaś czytać.

Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów! Wraz z postępującym zrozumieniem świata, nad kolejnymi dziedzinami naszego życia rozlewa się racjonalizacja. Są jednak takie strefy, które muszą funkcjonować na granicy, a czasem nawet poza granicami tego, co racjonalne. Żadna chyba dziedzina (poza duchowością, ale to jest temat osobny) nie ucierpiała od tej światłej inwazji tak, jak wyobraźnia. Wyobraźnia i jeden z ważniejszych jej elementów: naiwność, której często, jak ognia, się wystrzegamy.

Naiwność, w dość oczywisty sposób nacechowana negatywnie, potrafi jednak przejawiać pewne cechy dodatnie. Jako składowa część wyobraźni (być może nawet główny składnik naszych rojeń) okazuje się być bezcennym towarzyszem i poniekąd budulcem środowiska, w którym wyrastamy. Przecież być naiwnym oznacza także z szczerą ciekawością poznawać otaczający nas świat, to także być otwartym na rzeczy, których nie znamy, odgórnie zakładać czekające nas dobro.

Wraz z wiekiem zagłębiamy się jednak coraz głębiej w dorosły świat, rzeczywistość dziecięcych fantazji pozostawiając (szczęśliwie!) za sobą. Problem w tym jedynie, że wyobraźnię, wraz z towarzyszącą jej naiwnością, często utożsamiamy z tą sferą, której pozbywamy się dorastając. Rezygnujemy więc z niej jako z rzeczy, która nie będzie nam już potrzebna. (Tekst ten nie ma, rzecz jasna, żadnych aspiracji ani podstaw do wydawania sądów o tym, jak wyglądają procesy związane z wchodzeniem w dorosłe życie, wypływa raczej z osobistych odczuć piszącego, jego tęsknot i obserwacji. Niech czytający ma to na uwadze). Ten proces, odchodzenie od wyobraźni, to coś, co przytrafia się nam także w skali makro: nam jako pokoleniu. Zaś polem, na którym odczuwamy to najdotkliwiej są treści kultury.

Jeśli o przejawy tego procesu chodzi, z szczególną uwagą przyglądam się literaturze, wyjątkowy nacisk kładąc na science fiction, gatunek chyba najdynamiczniej rozwijający się w ostatnich dekadach, dodatkowo ściśle powiązany z tym, jak widzimy i jak rozumiemy świat. Sprawcą niesłychanego tempa z jakim nasza wiedza eksplodowała w XX wieku, jest głównie fizyka. Przecież wchodząc w minione stulecie, posiadaliśmy zbiór mglistych wyobrażeń o działaniu wszechświata i jego historii. Pierwsza rewolucja dokonała się już w latach dwudziestych, za sprawą odkryć Hubbla, które zmusiły nas do zbudowania od podstaw nowej wizji otaczającego nas świata… jakim szokiem była teoria względności i późniejsze prace nad mechaniką kwantową, tego opisać się nie da.

II

Nasza galopująca wiedza o świecie, oraz racjonalne doń podejście, musiało w dość jasny sposób odbić się na tworzonych i przyjmowanych przez nas treściach. Nowe horyzonty towarzyszyły rzecz jasna wybuchom wyobraźni. Reakcja na ekspansję świata nauki, swój najjaśniejszy wyraz znalazła w dynamicznym rozwoju literatury fantastycznonaukowej. Ta symbioza nie jest wcale sprzeczna z tym, co napisano w poprzednich akapitach. Wielki głód wyobraźni stał się bowiem przyczyną zapotrzebowania na fikcję naukową, jednak tym, co wpływało na kształt tej wyobraźni, sukcesywnie ją racjonalizując i odzierając z naiwności, była sama sprawczyni, nauka. Wielki wpływ, bo wielka była także zależność i współgranie tych dwu światów.

Przyjrzyjmy się temu, jak owa symbioza wpływała na kształt fantastycznych, napędzanych naukowym głodem opowieści. Z XIX wieku do tablicy wywołuję Verne’a i Żuławskiego (ten drugi tworzył co prawda także już w wieku XX, jednak przed erą wielkich rewolucji, o których wspominałem wcześniej). U obu autorów pojawia się swego rodzaju naukowość. Bohaterowie są odkrywcami, motorem przygód jest ciekawość i chęć zrozumienia świata, a towarzyszące im narzędzia i metody jasno nawiązują do osiągnięć techniki i nauki. Gdy jednak zaczynamy mówić o elemencie fantastycznym, oddalamy się od racjonalnego świata i zanurzamy w realiach cudownej, naiwnej wyobraźni.

Rzecz jasna naiwność ta płynie poniekąd z ówczesnego stanu wiedzy. Gdy Żuławski (w Trylogii Księżycowej) ładuje swych bohaterów do armatniej kuli i drogą tą wystrzeliwuje na księżyc, wybiera rozwiązanie możliwie racjonalne, tłumacząc przy tym mechanizmy działania tego środka lokomocji (mamy tu więc swego rodzaju zaczątki hard science fiction). Jednak poza obostrzeniami technicznymi, wyobraźnia autora dosłownie galopuje. Tym, co ją napędza jest ciekawość, chęć ukazania świata nieznanego, fantastycznego, bez baczenia na to, że mógłby wydać się nam cudacznym. To rytmowi przygód poddana jest treść.

III

Niech kolejnym przystankiem w tej podróży będzie twórczość Philipa K. Dicka, reprezentująca połowę XX wieku. Jeden z ważniejszych twórców gatunku pojawił się na fali wielkiego boomu, konsekwencji wspominanych wcześniej odkryć. Pierwsze sondy latały już w kosmos, prowadzono coraz dokładniejsze obserwacje kolejnych obiektów na niebie, a na horyzoncie majaczyły już perspektywy realnych podróży w przestrzeń kosmiczną. Wszystkie te rzeczy rozbudzały w społeczeństwie wielką ciekawość, stojącą za ogromną popularnością treści zabarwionych fikcją naukową. To dzięki temu zjawisku Dick był w stanie pisać dziesiątki opowiadań rocznie, a później znajdować miejsce do publikowania ich. Wielka popularność i mnogość wydawnictw sprawiła, że rynek zalany został mnóstwem czasopism z pogranicza science fiction, teorii spiskowych i innych cudactw, przez co często bagatelizowano go, uważano za podgatunek. Sam Dick wstydził się tego, że jest pisarzem nurtu SF, całe życie marzył o tworzeniu PRAWDZIWEJ, wielkiej literatury (próby te w lwiej części opublikowane zostały dopiero po śmierci)…

Popularność musiała iść, rzecz jasna, w parze z przystępnością, za sprawą której naukowe zabarwienie treści musiało współbrzmieć z atrakcyjną, przygodową formą i kolorową, wciąż naiwną wyobraźnią. Poza tym, rzecz jasna, twórcy połowy XX wieku nie byli (i nadal nie bywają) wykształconymi fizykami. Świadomość nowego kształtu świata powoli do nich i do ich czytelników dopiero docierała. Toteż wciąż mamy do czynienia z wielkim morzem wizji naiwnych, starających się wprowadzać wizje naukowe, nie dbających jednak z przesadą o ich rzetelność. Bohaterowie Świata Jonesa wsiadają do rakiety i po kilku godzinach lotu, lądują na Wenus, gdzie osiedlają się i, bez większych przeszkód, żyją. W Słonecznej Loterii dostajemy podobnie uproszczoną wizję podróży przez Układ Słoneczny. Prawdziwa feeria kolorów czeka na nas w opowiadaniach, pisanych przez Dicka w latach pięćdziesiątych XX wieku. Wiele aspektów, w późniejszych dekadach rozwijanych i bogato opisywanych, tutaj pojawia się w formie uproszczonej. Wizja świata, jego naukowość, wciąż stoją w tle, stanowią scenografię i inspirację opowieści, nie wpływając jednak w dużym stopniu na jej treść i przebieg.

Dick jest jednak jaskółką pewnych zmian (miały one miejsce rzecz jasna wcześniej, jednak dopiero teraz przyjdzie im eksplodować w pełnej sile), widać już bowiem u niego (niemal od samego początku, we w miarę wczesnym Człowieku z Wysokiego Zamku jest to już tendencja w pełni rozwinięta) to, że opowieść, coraz mocniej podporządkowana jest rygorom tego świata, o którym wiedza stale rośnie, prowokując przy tym do intensywnych rozmyślań na gruncie filozoficznym.

IV

Obok Dicka, jasno świeci w drugiej połowie XX wieku nasza, polska „reprezentacja”. Jest tu Zajdel, jest Snerg, jest Oramus, jest w końcu Lem. Okazało się bowiem, że nowa, zastana przez nas rzeczywistość jest nie tylko pretekstem do gdybania i rozwoju wyobraźni. Wraz z nią idzie przecież konieczność odnalezienia się w świecie, który znienacka okazuje się działać na zupełnie innych zasadach. Pewien szok środowiskowy, kojarzący mi się (choć jest to skojarzenie nieco przesadzone) z życiem wychodzącym z wody, przystosowującym się do nowych, lądowych warunków.

Ta adaptacja musiała się przecież dokonać także w treściach kultury. Ba! To one wytyczały szlaki w popularyzowaniu nowej wizji rzeczywistości. Treści fantastycznonaukowe stopniowo, coraz mocniej przesiąkały pierwiastkiem naukowości i filozofii. Snerg umieści swojego Robota w narracji głęboko osadzonej w naukowym światopoglądzie. Lem zagalopuje się ze swoim Solaris i z Niezwyciężonym w ciężkie rozważania na temat wyjątkowości życia i istnienia. Dicka przestanie interesować to, jak działają androidy, zajmie go raczej rozważanie tego, o czym androidy marzą.

XX wiek przyniósł niezwykłe przeskalowanie. Nawet jeśli do tej pory mieliśmy wystarczające powody, by w ogromie wszechświata czuć się małymi, po odkryciach Hubble’a musieliśmy podnieść (a raczej opuścić) nasze poczucie małości o kilka wartości. Pytania o nasze miejsce we wszechświecie, o kształt i sens jego istnienia i istnienia nas samych, wszystkie musiały wybrzmieć na nowo. Literatura jest naturalnym środowiskiem dla funkcjonowania podobnych pytań, będąc jednocześnie narzędziem propagowania i popularyzowania takich treści. Ta nowa rzeczywistość sprawiła, że treść, poddana do tej pory głównie hegemonii wyobraźni (z jej cudowną naiwnością), zaczęła być kształtowana także przez nowy obraz świata i wypływające zeń pytania i wątpliwości. Stała się ergo przestrzenią bądź co bądź poważnego dyskursu, w którym narracja (by móc unieść cały ciężar podnoszonych zagadnień) musiała stopniowo rezygnować z rozwiązań cudacznych i naiwnych.

Prosta stąd droga do powstania nowego, gatunkowego odgałęzienia: hard science fiction, w którym to treść i narracja musiały być niejako kompatybilne z naszym stanem wiedzy. Jeśli bohaterowie odbywali kosmiczną podróż, musieli odbywać jej skutki: trzeba było uwzględnić brak ciążenia, upływ czasu, a wszelakie techniczne rozwiązania umiejscowić jeśli nie w istniejących już rozwiązaniach, to w takich, które przynajmniej wydawały się teoretycznie możliwe. Uwzględnianie naszej wiedzy technicznej i teoretycznej, nadało sf kolejny wymiar, jednocześnie odsuwając je jeszcze dalej od naiwności.

Wyobraźnia pisarzy wciąż zachwyca, co do tego wątpliwości mieć nie można. Druga połowa XX wieku była okresem dojrzewania fantastyki naukowej i powiązanych z nią imaginacji. To dorastanie literatury do dorosłego życia w świecie, o którym wiemy coraz więcej. Czy to nie wygląda jak dojrzewanie, którego sami doświadczyliśmy? Stopniowe odsuwanie się od naiwnej i nierzeczywistej wizji na rzecz postępującej racjonalizacji

V

Jak sprawy mają się dzisiaj? Rzekłbym, że fikcja naukowa płynie obecnie podwójnym korytem. Podział ten i przebieg obu nurtów są bezpośrednią konsekwencją wcześniejszych przemian, zwłaszcza tych z drugiej połowy XX wieku. Z jednej strony płynie literatura zmierzająca w kierunku filozoficznego i intelektualnego nasączenia treści. Na naszym podwórku najjaśniej świeci chyba Dukaj, autor o wyobraźni wręcz szalonej, na wskroś jednak poddanej rozbudowanej warstwie myślowej. Mamy też niedawno przytaczanego Kosika, zajmującego się kwestiami społecznymi i futurologicznymi. Zza granicy przywołam chociażby przykład Petera Wattsa (będącego de facto naukowcem akademickim), albo szczególnie głośnego, chińskiego twórcę Cixin Liu. Ta gałąź gatunku przykłada wielką wagę i konsekwencję do rzetelności opisywanego świata, jego zgodności z naszym stanem wiedzy i odpowiednio satysfakcjonującej obudowy intelektualnej, jest zatem dość oczywistym spadkobiercą liter sprzed lat trzydziestu-czterdziestu.

Obok szumi jednak jeszcze jeden nurt, odgałęzienie przygodowe, stawiające na akcję, które przeżywa pewnego rodzaju renesans. Gdy przyglądam się działom w odwiedzanych księgarniach, ze zdumieniem stwierdzam, że dział „fantastyka” przerasta nawet niezwykle popularny dział poświęcony kryminałom. To rzecz wielce budująca. Wciąż bowiem funkcjonuje (a nawet rozwija się!) zapotrzebowanie na fantastykę w jej pierwotnej postaci. Fantastykę jako odpowiedź na ciekawość. W tym bogatym i nurtującym nurcie (ha!) wymienić można chociażby niezwykle popularnych panów Grzędowicza czy Szmidta, którym udaje się łączyć wartką akcję ze złożoną wizją świata i jednoczesnym zahaczaniu o cięższe, głębsze zagadnienia. Zwłaszcza ten drugi, niedawno przypominany w tekstach Statku, w wyjątkowo satysfakcjonujący sposób podchodzi do łączenia przystępnej akcji i myśli moralnej.

Mogłoby się wydawać że to piękne pole dla pielęgnowania naszej wyobraźni i jej naiwnej strony, jednak i ta dziedzina nie jest wolna od „plagi” racjonalizowania. Kolejne opowieści umieszczane są przecież w świecie, który znamy, świecie poddanym wpływowi naszej wiedzy.

Dostrzec można jednak pewne zmiany na tym polu. Świetnym ewenementem okazuje się na przykład Paweł Majka, który to, dość zuchwale sobie poczynając, łączy w swoich powieściach świat głębokiej i racjonalnie zakorzenionej fikcji naukowej, ze światem nienamacalnym, duchowym. Zjawisko to na tyle świeże i specyficzne, że nie mogę nie polecić lektury jego książek! Pokój światów i Niebiańskie pastwiska powinny zadowolić każdego spragnionego odrobiny irracjonalności wplecionej w fantastycznonaukowe scenerie.

Podobne zabiegi czyni w swoich książkach Krzysztof Piskorski. Jego twórczość zahacza o estetykę steampunkową, momentami otwarcie wkracza też na teren fantasy (FENOMENALNY CIENIORYT!). Spora część jego twórczości (dobra Zadra, bardzo dobra Krawędź Czasu i Czterdzieści cztery, na którym mocno się zawiodłem, książka obficie przy tym nagrodzona, co może stanowić dowód na mało prawdopodobną tezę, że i ja się czasem mylę) to cokolwiek odważne i zuchwałe gdybanie na temat różnych wersji rzeczywistości, podróży w czasie i między wymiarami. I mimo że autor przykłada sporą uwagę do wyjaśniania tego, jak działają konstruowane przezeń światy, bez ogródek zderza je potem z rzeczywistościami i wydarzeniami zupełnie nieracjonalnymi!

Wartym wymienienia tytułem, jest też z pewnością Vertical, wspominanego już wyżej Rafała Kosika. Ciężko zdefiniować tę książkę jako science fiction, w dzisiejszym jego kształcie, podczas lektury miałem jednak stałe i nieustępujące skojarzenie z Vernem, z ową fantastyczną, czystą przygodą w absolutnie abstrakcyjnym świecie. Jakże świeżym okazuje się takie nawiązanie, taki wehikuł czasu!

VI

Jest w wymienionych tytułach element tej magii, za którą, szczerze napisawszy, tęsknię. Tego lotu na Księżyc w armatniej kuli, tego pola dla naiwności i dziwności, których autorzy – najwyraźniej – boją się jak ognia, dopinając na ostatni, racjonalny guzik wszystkie mechanizmy rządzące opisanymi przez nich światami. Ile świeżości i jaki zachwyt potrafi u mnie wywołać nagłe pojawienie się elementu otwarcie fantastycznego, cudacznego. Jest to zatem kolejny, trzeci nurt w dzisiejszej fantastyce naukowej. Mocno mu kibicuję.

Działalność wymienionych pisarzy, to pewnego rodzaju fantastyka interdyscyplinarna. Posiada elementy fikcji naukowej, nie omieszka jednak sięgnąć od czasu do czasu w dziedziny mniej ścisłe, wyciągnięte z zamierzchłych czasów, lekce sobie ważące rygor ścisłej logiki XX wieku. Grzędowicz w swoim sztandarowym Panu Lodowego Ogrodu, choć zaczyna od świata jednoznacznie naukowego, dość szybko miesza go z czystym fantasy, znajdując w racjonalnym i spójnym wszechświecie miejsce na rzeczy absolutnie odrealnione. Może warto iść w jego ślady i też podobne rzeczy znajdować?

Wymienieni twórcy, to postaci znaczne i interesujące na współczesnej, polskiej scenie fantastyki. Wymieniane książki (zdaje się bez wyjątku) spotkały się z dobrymi ocenami, licznymi nagrodami i jak najlepszym odbiorem. Chyba zatem jest nadzieja na pewne odrodzenie się naiwności w fantastyce naukowej, na odejście w stronę tajemnicy, w stronę rzeczy niekoniecznie logicznych, racjonalnych, zrozumiałych… Czyż nie od tego właśnie jest fantastyka?

A skoro jest na to miejsce w literaturze, będącej odbiciem naszego stanu i naszych pragnień, to chyba oznaka tęsknot, dźwięczących w naszych piersiach i głowach. Dokąd pójdziemy, dokąd trafimy?

Wasz Paweł M
Odnośnie ilustracji. Trochę przewrotnie i chytrze (tak naprawdę jest to zasłona dla nieskutecznego planowania i braku zmyślności) w grafice głównej wykorzystałem kadry z ważnych w dziejach science fiction filmów. Przyczyny są trzy. Tekst miał początkowo dotyczyć tak literatury, jak i kina, jego obszar okazał się jednak zbyt rozległy. Poza tym obecny kierunek, w którym zmierza kinematografia jest cokolwiek niepokojący i na jednego Interstellara, otrzymujemy dziesięć filmów o kolejnej inwazji obcych na Amerykę. Po trzecie w końcu, kadry z filmów uznałem za obrazy ikoniczne, przywołujące natychmiastowe skojarzenia, dzięki czemu mogłem plastycznie i przejrzyście ukazać owo przejście przez dzieje fantastyki naukowej.
Wykorzystane kadry:
Podróż na Księżyc (1902), Georges Melies.
Metropolis (1927), Fritz Lang.
Plan dziewięć z kosmosu (1959), Edward D. Wood Jr.
Stalker (1979), Andriej Tarkowski.
2001: Odyseja kosmiczna (1968), Stanley Kubrick.
Akira (1988), Katsuhiro Otomo.
Ghost in the Shell (1995), Mamoru Oshi.
Interstellar (2014), Christopher Nolan.
Tło zdjęcia i nazw kolejnych akapitów pochodzi ze strony nasa.gov

Wielka Trójca Janusza Zajdla / Paradyzja

Paradyzja, wydana po raz pierwszy w 1984 roku, jest powieścią krótką, acz niezwykle treściwą i pełną socjologiczno-fantastycznej materii. Jest absolutnie cudowna i – po raz kolejny – mistrzowsko alegoryczna. Ale to również, u tego Autora, odnaleźć możemy w standardzie.

Ziemski wysłannik, pisarz – Rinah Devi, po sześcioletniej, anabiotycznej podróży na frachtowcu Regina Vacui, przybywa na tytułową Paradyzję. Twór sztuczny, sporych rozmiarów satelitę, krążącego gdzieś (lecz nie wiadomo gdzie) wokół planety Tartar, w gwiazdozbiorze Psów Gończych. Ten kompleks połączonych ze sobą dwunastu cylindrycznych kontenerów, stanowiących orbitującą Paradyzję, zamieszkuje gigantyczna już populacja, bo około 150 milionów ludzi, potomków niedoszłych kolonistów planety Tartar.

Niedoszłych, gdyż w pierwotnej ewaluacji i ocenie życiodajnych warunków na tej planecie był poważny błąd, uniemożliwiający osiedlenie się tym ludziom na jej powierzchni. No, przynajmniej tak brzmiała oficjalna informacja i wersja niejakiego Carlosa Jose Cortazara – przywódcy tych pechowych i nieszczęsnych osadników. 

Postanowiono jednak szat nie rozdzierać i założyć swą wymarzoną kolonię. Na orbicie, opływającego w niemal nieprzebrane, naturalne bogactwa, Tartaru! Tak powstała Paradyzja, ogłosiła niezależność od Ziemi i od ponad już stu lat, jest ściśle, szczelnie i tajemniczo izolującą się, sztuczną planetą.

Rinah, z czterotygodniową paradyzyjską wizą w ręku, mieszka i poznaje ten zamknięty i jedyny w swym rodzaju świat. A ze swych obserwacji i zebranych tam informacji, zamierza stworzyć książkę. 

„Ilekroć coś wyda Ci się dziwne, przypomnij sobie gdzie jesteś, i zamiast się dziwić, spróbuj zrozumieć.”

paradyzja-b-iext44048914

Ta kolejna, zajdlowska antyutopia, jest kolejnym zajdlowskim majstersztykiem! Świat, który oglądamy i oceniamy oczami ziemskiego wysłannika, jawi nam się dwojako. Jest habitatem nade wszystko nastawionym na bezpieczeństwo i przetrwanie swoich obywateli. Temu imperatywowi podporządkowane jest tam całe ich życie, a czuwa nad nim wszechstronnie, choć bezstronnie, obiektywnie i komputerowo doskonale – Centralny System Zabezpieczeń.

Od zakazu swobodnego i niekontrolowanego przemieszczania się po satelicie (możliwe zakłócenie sztucznej grawitacji), po konieczność instalacji w każdym miejscu Paradyzji mikrofonów, kamer i przejrzystych ścian (by zapobiec śmiertelnym w skutkach aktom sabotażu i dywersji). Dla wzmocnienia czujności wśród obywateli i wpojenia im odpowiednich reakcji na zagrożenia zewnętrzne i wewnętrzne, często stosowane są nagłe ćwiczebne alarmy i tzw. pogadanki szkoleniowe.

Jednostki stopnia człowieczeństwa – SC, paradyzyjskiego systemu społecznego,  w prosty, precyzyjny i nadzwyczaj sprawiedliwy sposób czuwają nad tym, aby każdy obywatel dostał to, na co uczciwie zapracował i zasłużył swoim przykładnym zachowaniem. Od punktów dodatnich, po te ujemne. Z jak zawsze niezawodną, komputerową precyzją! Nareszcie kolesiostwo czy nepotyzm nie mają racji bytu!

„W naszym pojęciu wolność osiąga się przez uświadomienie, że wszystko, co nas ogranicza, jest konieczne.”

Na Paradyzyjski Raj, można też spojrzeć i z innej perspektywy. Objawi się on nam wtedy dość mocno niepokojąco, jako orbitalna kolonia, gdzie łamane są fundamentalne prawa człowieka. Gdzie panuje całkowity brak prywatności, cenzura i permanentna, audio-wizualna inwigilacja. Gdzie trwa ciągła, przymusowa propaganda, a obywatele odczuwają nieustanne poczucie zagrożenia, z zewnątrz i od środka. Gdzie, by móc powiedzieć co myśli się naprawdę i oszukać System, używać trzeba niewykrywalnego dla systemu komputerowego, skojarzeniowo-aluzyjnego języka – KOALANG.

I wreszcie – gdzie całe społeczeństwo jest więzione, izolowane, dezinformowane i okłamywane, przez czyniący wszystko, by utrzymać się przy władzy, nieuchwytny, bezlitosny a totalitarny reżim.

Jak jest naprawdę, która perspektywa jest prawdziwa, po czyjej stronie jest słuszność i co z tym wszystkim wspólnego ma siła Coriolisa? O tym każdy czytelnik fantastyki, i nie tylko, zdecydowanie winien przekonać się sam, delektując się znów lekkim, wspaniałym i przenikliwym piórem Zajdla!

P.S. W Paradyzji z łatwością odnajdziemy nawiązania do czasów i realiów naszego PRL. Co uderzyło mnie jednak szczególnie, to korelacja scen oprowadzania Rinaha po tym satelicie, przez specjalnie przydzielonego mu przewodnika, z tym, w jaki tylko sposób, turystycznie, zwiedzać można… KRLD.

Kapitan MO

Grafika w tle: Fotografia własna
Grafika w tekście: Janusz A. Zajdel, Paradyzja, Wydawnictwo SuperNOWA, 2004

Kijem po mrowisku / Andrzej Sapkowski i jego sezonowa burza

W listopadzie 2013 roku, wielbiony i kochany przez czytelnicze masy Wiedźmin, zaskakująco był do nas książkowo powrócił. I odbyło się to bez żadnych hucznych czy buńczucznych zapowiedzi ze strony wydawnictwa, czy samego Autora. Sezon burz zwyczajnie, choć sensacyjnie, pojawił się na kilkadziesiąt godzin przed swą premierą, w zapowiedziach różnorakich księgarń internetowych.

Dla każdego fana był to szok absolutny! Połączony rzecz jasna z niedowierzaniem i kiwaniem głową. Kiwaniem radosnym: wzdłużnie-aprobującym, ale i też poprzecznie-negującym wielce taki odautorski pomysł! No bo po cóż, i na cóż, takie figle Sapkowskiemu było czynić? Po silnie kontrowersyjnej Żmii, większość fanów mocno zwątpiło w formę Mistrza polskiego fantasy, a nagłe pojawienie się kolejnych przygód Białego Wilka i s-ki, groziło, przynajmniej w teorii, z(a)burzeniem wiedźmińskiego – zamkniętego już wydawać by się mogło – kanonu, i to w prawdopodobnym, raczej kiepskawym stylu!

Sam jednak należałem do grona tych czytelników, którzy wiadomość ową przyjęli nad wyraz entuzjastycznie! Naprawdę, nie pamiętam bym kiedykolwiek czekał na odbiór jakiejś książki z tak wielką niecierpliwością, z takimi nadziejami i jeszcze większymi rumieńcami, jasno symbolizującymi potężne, czytelnicze podniecenie! Drżącymi rękoma rozpakowałem przesyłkę i jeszcze tego samego dnia, wieczorową porą, rozpocząłem lekturę!

Po 20 latach od kanonicznego zbioru opowiadań Ostatnie życzenie, AS swym Sezonem burz, cofa nas niejako nostalgicznie w czytelniczym czasie. Znów poczuć możemy ten sam wyjątkowy klimat, te same rozterki Geralta, rzuconego w stary i dobrze nam znany świat magii i wiedźmińskich mieczy. Jest Jaskier – ten sam, jest i troszku Yennefer – także tej samej. Są też czarodzieje, potwory, intrygi i masa interesujących, naprawdę dobrze rozpisanych, ale jednak nowych przygód! 

wiedzmin-tom-8-sezon-burz-b-iext44044949

Są świetne znów dialogi, mnóstwo humoru, prawd życiowych, a także i tych krasnoludzkich! Akcja nie gna na łeb na szyję, jak to bywało u Reynevana, ale jest skonstruowana… po staremu. Choć nowością na pewno jest tutaj sama forma – jedno duże, wielowątkowe opowiadanie.

Tą książką, Andrzej Sapkowski w znakomitym stylu powraca na sam TOP! Tam zresztą, gdzie jest jego miejsce. Uściślijmy jednak – Sezonem burz nie serwuje nam pisarsko absolutnie niczego nowego. W tym jednak to szczególnym przypadku – wydaje mi się to być całkiem sporym komplementem! Moim zdaniem Autor pokazał klasę, pokazał także, iż wciąż potrafi. Jedni być może powiedzą, iż owszem: potrafi, ale naśladować siebie samego z lat 90. I że robi to na dodatek wyłącznie dla kasy! Osobiście nie zgadzam się z tego typu stwierdzeniami, co więcej – jest mi to tutaj całkowicie obojętne, gdyż…

Gdyż najważniejszą sprawą dla mnie, jako spragnionego wiedźmińskich perypetii czytelnika, jest to, że Sapkowski dał mi dokładnie to, na co tyle lat czekałem: nie burząc wiedźmińskiego kanonu – garści kilka całkiem nowych przygód Geralta, literacko staroszkolnie spisanych, a wszystko to na naprawdę wysokim znów, i fantasy pełnym, poziomie!  

Dla mnie czytelniczy powrót do Wiedźminlandu, okazał się prawdziwą i pełną smakołyków ucztą! Niespodziewaną zupełnie, choć wyczekiwaną bardzo. Ucztą obfitą i zaspakajającą me czytelnicze, fanowskie potrzeby całkowicie! Zapewne można było ją podać lepiej, inaczej, tudzież przy jeszcze bardziej suto zastawionych stołach. Sapkowski jednak zaserwował ją nam tak, a nie inaczej. Ja tam jestem zadowolon oraz kontent i zdecydowanie czekam wciąż na więcej!

Kapitan MO

Fotografia w tle: https://www.wykop.pl/tag/sapkowski
Fotografia w tekście: Andrzej Sapkowski, Sezon burz, Wydawnictwo SuperNOWA, 2013

Wielka Trójca Janusza Zajdla / Cylinder van Troffa

Cylinder van Troffa, wydany w roku 1980, to kolejny zajdlowski majstersztyk i delikates!

Prekursor gatunku fantastyki socjologicznej, tym razem serwuje nam niezwykle smacznie podany temat powrotu z gwiazd. Nie da się ukryć – jeden z moich ulubionych w tej dziedzinie literatury.

Bezimienny kosmonauta, wraz z grupą kolegów i koleżanek z ekspedycji do dalekiej Dzety, po blisko 200 ziemskich latach powraca na ojczystą planetę. Po drodze, przechwytuje ich stacja na Księżycu i dość niespodziewanie więzi, lub mówiąc precyzyjniej: przyjmuje i zabrania opuszczać stację, dla ich ogólnie pojętego dobra i bezpieczeństwa.

Nasi badacze dowiadują się na niej, iż na Ziemi, podczas ich długiej nieobecności, doszło do wielu niekorzystnych, katastrofalnych wręcz zmian, i nikt opuścić Księżyca na ten czas nie może. Ekipa kosmonautów wiary temu specjalnie nie daje i w tajemnicy postanawia jednego spośród siebie na Ziemię wyekspediować. Aby naocznie mógł się przekonać, jak naprawdę rysuje się tam sytuacja!

okladka-200

Zajdel, oczami naszego bohatera, ukazuje sugestywny i ponury obraz zastanej ludzkości. Pięknym i lekkim, precyzyjnym i jak zawsze zadbanym piórem, opisuje pozostawione już w zasadzie tylko sobie, wysoko zautomatyzowane, komputerowo sterowane i zarządzane, wielopoziomowe Miasto-Moloch, zaspakajające wszystkie życiowe potrzeby swoich zdegenerowanych, skazanych na zagładę mieszkańców. Niedobitków ludzkości: Gnypli, Zgredów, Docentów, Lunaków i Kosmaków.

Miasto, którego zdecydowaną większość stanowią już cwane hordy szczurów, radzących sobie w zaistniałych warunkach znakomicie, włączając w to przemieszczanie się po tym mieście metrem!

W takich to okolicznościach, nasz bohater dochodzić będzie prawdy o tym, co doprowadziło do takiego koszmaru i dlaczego ludzkość umiera w takiej degrengoladzie. Realizować też tutaj będzie swoją prywatną misję, związaną z pozostawioną tu przed odlotem kobietą – Yettą i tajemniczym, tytułowym Cylindrem van Troffa.

Znakomita pozycja! I znowu: wybitna w polskim SF! Nic niestarzejąca się, świetnie napisana, inteligentna i frapująca! Dodatkowo z dość zabawnym (pomimo tematyki), przewrotnym zakończeniem, a’la Ijon Tichy. Bez dwóch, ni trzech nawet zdań, Cylinder van Troffa poznać musi każdy pasjonat polskiej fantastyki! Bo dzieło Zajdla, to kolejna lektura obowiązkowa! KLASYK.

Kapitan MO

Grafika w tle: Fotografia własna
Grafika w tekście: Janusz A. Zajdel, Cylinder van Troffa, Wydawnictwo SuperNOWA, 2008

Bardzo krótko / David Brin – Tryumf Fundacji

„Tryumf Fundacji” to taki ciut ulepszony Asimov, to znaczy ulepszony w zakresie literackim, bo całą pracę koncepcyjną musiał oczywiście wykonać sam Isaac.

Świat Fundacji to w ogóle jeden z niewielu tak szeroko zakrojonych i tak dobrze pomyślanych światów w historii SF, stąd pokusa uzupełnienia go nowymi historiami wydaje się całkiem naturalna, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, w jak szerokich ramach czasowych umieścił go Asimov – liczba luk do wypełnienia wyżywiłaby całe zastępy pisarzy. Dobrze jednak, że właściciele praw do dzieł Asimova zarządzają nimi ostrożnie – z jednej strony twardogłowi fani już tę jedną nową trylogię mogą uznać za herezję, z drugiej jednak nietrudno dziś wyobrazić sobie sytuację, w której franczyzy sprzedano by do wielu państw (jak „Metro 2033”) i nastąpiłby wysyp apokryficznych, usankcjonowanych jedynie prawnie dzieł, których masowość w nieunikniony sposób niosłaby za sobą spadek jakości. Jestem w stanie przedstawić sobie, kto podjąłby rękawicę w Polsce jako urzędowy (choć świeży) omnibus i wolę jednak wizje, które wyobraźnia podsuwa mi na styku nocy i dnia.

„Tryumf” wpisuje się w cykl bardzo sprawnie, podejmując i konkludując wątki zapoczątkowane przez Benforda i Beara, dając odpowiedzi na kilka nurtujących pytań, ale i stawiając nowe. Nadaje to powieści bardzo klasyczną formę, bo wyjaśnienia zamieszczone w ostatnich rozdziałach są rozbudowane i satysfakcjonujące.

Brin ma tę przewagę nad Asimovem, że zna ostatnie dokonania nauki oraz zdobycze techniki i może je łagodnie wprowadzić do powieści – pojawia się chociażby internet – eliminując anachronizmy, które w przypadku pisanych kilkadziesiąt lat temu tomów „Fundacji” są nieuniknione.

Autor ma wykształcenie filozoficzne i to widać. Bierze na warsztat doktryny kojarzące mi się z Millem czy choćby naszym swojskim Znamierowskim i dowodzi, że mogą się one sprawdzać tylko do pewnego etapu rozwoju ludzkości. Z utopią rozprawia się w sposób o niedoścignionej skuteczności, czyli kreując świat, w którym się ona ziściła.

Być może nie będzie też nadinterpretacją odczytanie „Tryumfu” w kategoriach teologicznych, sytuując go jako głos zawieszony pomiędzy ateizmem a deizmem. Powieść stawia pytanie o definicję Boga, i to stawia nie wprost, a odpowiedź, jaka narzuca się na postawie dokonań jedynej postaci obecnej we wszystkich tomach cyklu, pozwala przeprowadzić paralelę między dawnymi (z perspektywy Fundacji) ludzkimi religiami a nową –  i dojść do niezmiennie aktualnego wniosku, że ułomny człowiek może stworzyć jedynie ułomnego Boga.

utracjusz