W oparach Dicka / Czas poza czasem

CZAS POZA CZASEM – 1959. Niniejsza powieść, napisana rok przed jej pierwszą publikacją, to Dick dosyć wczesny. Wczesny, nie oznacza jednak tutaj słaby, niepełnowartościowy, czy też szmirowaty! Absolutnie nic z tych rzeczy. Książka ta zawiera bowiem już w zasadzie całą tę typową i dla późniejszego PKD problematykę. A więc znajdziemy tutaj nade wszystko to słynne a ciągłe kontestowanie zastanej rzeczywistości i tego, co jest, lub wydaje się tylko być, realnym.

Oczami głównego bohatera, Ragla Gumma, 46-letniego arcymistrza w szaradziarskiej grze logicznej „Zielony ludzik”, przeżywać i poznawać będziemy lekkie, i te nieco cięższe, paranoidalne stany oraz teorie spiskowe, próbujące tłumaczyć jakoś świat przedstawiony bohaterom tej to powieści. 

„Tak, coś tu nie gra.”

A świat na pozór jest to całkiem normalny i podręcznikowo wręcz idylliczny, świat Ameryki z przełomu lat 50. i 60. XX wieku. Dodajmy – bardzo sugestywnie i plastycznie przez Dicka tutaj literacko odmalowany! Gdy zatem w takich przyjemnych okolicznościach przyrody pojawi się coś, drobnostka jakaś, ledwo odbiegająca od normy, nad którą zapewne większość z nas przeszłaby do porządku dziennego, machnąwszy lekko ręką, Ragle Gumm, i po części także jego szwagier Victor Nielson, rękami swymi machać nie będą, a staną się nieufni, podejrzliwi i zaczną się zastanawiać…

180945_czas-poza-czasem_532

„Lecz myślę, że tak naprawdę żyjemy w zupełnie innym świecie niż ten, który postrzegamy, i wierzę, że przez chwilę dokładnie widziałem, jaki on jest.”

Bohaterowie dociekać będą więc prawdy, która jednak w każdej chwili okazać się może zwyczajnie ich chorobą psychiczną i urojeniami, które ona powoduje. Każdy zatem czytelnik, znający choć parę pozycji (tych książkowych!) Philipa K. Dicka, poczuje się w Czasie poza czasem jak w domu u siebie, i z przyjemnością, lub też z niejakim niepokojem, towarzyszyć będzie aktorom tej powieści w ich drodze do granic ich własnej rzeczywistości! A nawet ciut-ciut dalej…

Czas poza czasem czyta się szybko, przyjemnie i ze sporą dozą czytelniczej satysfakcji, gdyż to po prostu bardzo dobra, fantastyczna rozrywka jest! Różnicę jakościową, w stosunku do dzieł późniejszych i zapewne co nieco dojrzalszych, stanowić jedynie może fakt, iż Autor w zakończeniu tej książki wyraźnie sugeruje, a w zasadzie odkrywa przed czytelnikiem prawdę tyczącą się świata nam tutaj zaprezentowanego.

W przyszłym Ubiku czy ukochanych Trzech stygmatach Palmera Eldritcha już tak dobrze ani komfortowo nie będzie… Tak czy siak – 7/10!

Józek z bagien

Ilustracja w tle: http://paradoks.net.pl/image_files/text/33526/2.jpg
Okładka
: Philip K. Dick, Czas poza czasem, Wydawnictwo REBIS, 2013

Reklamy

Jarosław Grzędowicz / Azyl dla starych opowieści

Pisałem już gdzieś kiedyś, a było to bodaj po lekturze ostatniej jego powieści Hel-3, iż Grzędowicz nie zawodzi. No, przynajmniej mnie jego proza jeszcze nie zawiodła była!

Po przeczytaniu Azylu, najnowszego wydawnictwa tego świetnego, rodzimego autora ogólnopojętej fantastyki, stwierdzam dodatkowo, że Grzędowicz również i nie zawodził! Pozycja ta bowiem składa się z dziewięciu, jak sam Autor o nich mówi: już zaginionych i co nieco zapomnianych opowiadań, którym pragnie dać (no i daje) drugie, a pierwsze: pełno-książkowe życie!

Opowieści te różni czas ich powstania, pierwsze pisane były bowiem we wczesnych latach osiemdziesiątych XX wieku, a te ostatnie już pod koniec pierwszej dekady lat dwutysięcznych wieku XXI. Różni je również długość samych historii w nich zawartych – od ledwie kilku po kilkudziesięciostronicowe. Co jednak wydaje się być wyraźnym a wspólnym ich mianownikiem, to ich charakterystyczny i rozpoznawalny język oraz styl.

azyl-tytul-front-470x748

Już pierwsze, najstarsze w tym zbiorze opowiadania – Azyl dla starych pilotów, Ruleta, czy Twierdza Trzech Studni – czyta się z przyjemnością, lekkością i sporym zainteresowaniem. Zdania tam płyną, a kartki książki radośnie szmerają, będąc szybko przez czytelnika przewracane. 

No i w zasadzie tak już będzie do samego końca tejże pozycji. A nawet lepiej! Gdyż Śmierć szczurołapa, Przespać piekło, czy wyjątkowo intrygujący Dom na Krawędzi Światła, to już smakołyki iście pełnomleczne! I aż dziw normalnie bierze, jak i niedowierzanie pospolite, w obliczu faktu tego, iż nie były one wcześniej zawarte w jakimkolwiek autorskim tomie opowiadań! Jakże czas to już więc był najwyższy!

Opowiadania spodobały się i czytelniczo zafrapowały mnie wszystkie. W większości okazały się mi być więcej niźli dobrymi, bo nawet znakomitymi! Grzędowicz po raz kolejny jest tutaj gwarantem smakowitej, gatunkowej rozrywki. W Azylu bez trudu znajdziemy elementy fantastyki twardej i tej co nieco o odcieniu fantasy, SF klasycznej a socjologicznej, jaki i postapo, czy też cyberpunku.

A w każdym z tych stylów Autor radzi sobie wybornie. Zaskakująco wybornie! I choć żadne z tych opowieści szczególnie wybitne może nie jest – patrząc tak realnie i przekrojowo na polską fantastykę – to zapoznać się z tym wyborem wybitnie już trzeba! Bo po pierwsze – to książkowe dopełnienie pisarskiego dorobku tego pisarza, a po drugie i zarazem już ostatnie – to zwyczajnie kawał znakomitej, fantastycznej zabawy dla każdego fana dobrego SF! No normalnie polecam!

Józek z bagien

Fotografia w tle: https://fabrykaslow.com.pl/azyl-tapety-pobrania
Fotografia w tekście: Jarosław Grzędowicz, Azyl, Wydawnictwo Fabryka Słów, 2017

Lektury uzupełniające #13 Dawno, dawno temu, w przyszłości.

książka: Trylogia Ciągu : Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo; autor: William Gibson; powód czytania: chciałam w końcu przeczytać to razem

Dzisiejsza recenzja dotyczyć będzie tylko powieści, ale w skład całości zwanej Trylogią Ciągu wchodzą trzy powieści i trzy opowiadania, wszytko to utwory pochodzące z najwcześniejszego okresu twórczości Williama Gibsona. Łączy je miejsce akcji – Ciąg właśnie, olbrzymia konurbacja (używam rzadkiego słowa za Gibsonem), moloch – metropolia, zurbanizowana strefa obejmująca terytorium od Atlanty do Bostonu. Łączą je również bohaterowie, niektórzy: właściciele barów, handlarze informacją i krzemem są niemalże jak miejsca, wrośnięci w tkankę Ciągu, na przykład nieśmiertelny mędrzec Finn, który pojawia się w każdej historii. Łączą je w końcu związki czasowe i przyczynowo-skutkowe. Żeby naprawdę zrozumieć Ciąg trzeba zapoznać się z całością.

Te trzy powieści to: Neuromancer (1984), Graf Zero (1986), Mona Liza Turbo (1988). Opowiadania: Wypalić chrom, Johnny Mnemonic i New Rose Hotel powstały trochę wcześniej. Po polsku wyszły w zbiorze Johnny Mnemonic.

Każdą książkę Gibsona można czytać oddzielnie. I te wymienione wyżej i te należące do drugiej znanej serii autorstwa amerykańskiego pisarza: Trylogii Mostu. Polubiłam Gibsona czytając go właśnie w taki, losowy sposób. Ale choć dobrze czyta się te powieści oddzielnie, dużo wspanialej czyta się je razem.

Miasto, masa, maszyna[1]

Pierwsza, Neuromancer, to tytuł kultowy. Powieść sztandar: rzeczywistość wirtualna, cyberwszczepy, sztuczne inteligencje, gęste od hałasu i światła terytorium miasta. Wraz z Neuromancerem narodził się cyberpunk. (Samego słowa cyberpunk użył po raz pierwszy, dwa lata przed wydaniem Neuromancera, pisarz Bruce Bethke, a dla określenia  prądu w literaturze wykorzystał je w artykule dla Washington Post krytyk literacki Gardner Dozois w 1984 roku.) Gibson wymyślił termin cyberprzestrzeń.

Pierwsze zdanie powieści należy do zdań słynnych, często przytaczanych w cytatach: Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał. Mnie kojarzy się z głosem z innego i jakże wtedy oddalonego punktu globu: Nad ogromną betonową wsią z wolna gaśnie słoneczna żarówka… (Małgorzata Ostrowska wyśpiewała tekst Marka Dutkiewicza w 1983 roku)

Wspominam o tym, żeby uzasadnić coś, co zaraz napiszę: Choć cyberpunk doskonale definiuje to o czym i jaka jest powieść Gibsona, jednocześnie ją zubaża, umiejscawia powieść w jakiejś niszowej strefie, sprawia że zapominamy, jak głęboko w trzewiach swoich czasów jest ta książka zakorzeniona (skoro rezonuje z tekstem piosenki z peerelowskiej Polski). Gibson fenomenalnie zogniskował to co działo się w kulturze, nie tylko literackiej, ale całej zbuntowanej, awangardowej strefie kultury popularnej. Jego książka to odpowiedź artysty na zmiany, które gotowała wtedy i ciągle nam gotuje wszechobecna w życiu codziennym technologia. Bo Neuromancer (i cała Trylogia Ciągu) jest przede wszystkim nie cyberpunkiem, tylko doskonałą literaturą. Taka literatura zawsze jest uniwersalna i zawsze jest czymś więcej niż jej definicje.

Strukturę powieści opiera Gibson na schematach dobrze czytelnikowi znanych. Intryga (w każdej książce serii) to czarny kryminał, ze znużonym bohaterem, zanurzonym w kłębach papierosowego dymu, w szarej mżawce zaułków, z charakterystycznym splinem podupadłej okolicy. Dodatkowo Neuromancer jest klasyczną powieścią inicjacyjną; o podróży i dojrzewaniu bohatera (wg schematu Josepha Campbella).

Ale to dobrze dla nas, czytelników, że Gibson manewruje w tak ogranych strukturach. Bo w tej powieści zrzuci też na nasze głowy całe swoje twórcze opętanie. Nic nie zostanie nam wytłumaczone. Wejdziemy w świat artysty i albo sobie damy radę albo nie. Nie bez przyczyny do opisania stylu Neuromancera pasuje słowo natchniony.   

Być może właśnie ta intensywność jest najważniejszą cechą powieści.  Być może bez niej nawet tak znakomita i tak wpasowana w prąd czasu książka nie zyskałaby statusu kultowej i nie zapoczątkowała całego pasma światów i stylu obrazowania. Co ciekawe z dzielonej na części trylogii Neuromancer wcale nie byłby moją ulubioną, Grafa Zero i Mona Lizę czyta się łatwiej (w ogóle w moim odczuciu Gibson im późniejszy tym łatwiejszy), bohaterowie nakreśleni są wyraźniej, fabuła przynosi więcej odpowiedzi, a świat i tempo nadal pozostają znakomite. Ale to Neuromancera najłatwiej pokochać. 

Akcja trylogii rozgrywa się w świecie przyszłości, po pandemii i wojnach (być może gdzieś z treści da się wyłowić dokładnie ilu, ja zapamiętałam, że więcej niż jednej). Światem rządzą wielkie korporacje – zaibatsu „wielonarodowe koncerny, kształtujące historię ludzkości i przekraczające wszelkie bariery. Traktowane jak organizmy, osiągnęły pewien rodzaj nieśmiertelności.” A życie kształtuje technologia – szybkie komputery (deki) podłączane są do zagnieżdżonych w ludzkim ciele łączy, ci którzy potrafią się najlepiej poruszać w wirtualnej, kreowanej przez informację rzeczywistości to cisi superbohaterowie tego świata -dżokeje, kowboje cyberprzestrzeni. W tym drugim świecie wznoszą się całe miasta danych, chronione przez LÓD – agresywne zaporowe oprogramowanie.  Dziś to wszystko brzmi właściwie prosto, ale w 1984 roku miało znamiona proroctwa. Oczywiście rozwój technologii poszedł w inną stronę, nie włączamy się do sieci bezpośrednio, nie doświadczamy jej wszystkim zmysłami (i pisząc to czuję nieracjonalne ukłucie żalu), niemniej skali wyobraźni Gibsona ta rozbieżność nie zmienia. (Tu przypomniało mi się wyznanie pisarza z jakiegoś wywiadu, że gdyby to on miał wyreżyserować kinowego Neuromancera, choć nie chciałby tej roboty, to unikałby słowa cyberprzestrzeń, które zbyt się zanachronizowało)

Para głównych bohaterów to Case i Molly. Śledzimy w tej opowieści przede wszystkim dojrzewanie i przemianę Case’a, a Molly to nasz najbliższy odpowiednik detektywa w prochowcu. Ale chciałam wspomnieć o innej postaci, drugoplanowej w skali Neuromancera i epizodycznej w skali całego Ciągu. Za to cudownie, doskonale przerażającej. Peter Riviera to socjopata klasy  Lectera czy Kilgreve’a (postać z serialu Jessica Jones, w moim odczuciu przyzwoitego, lecz nie rewelacyjnego, fenomenalnie zagrany przez Davida Tennanta, najstraszniejszy charakter jaki widziałam w filmie od lat)

Riviera (i Gentry) u 3Jane w pliku Rimbaud, to jedno z tych dziwnych, drażniących, doskonałych zestawień, za które uwielbiam Gibsona, i gdy podstawi się pod postać Riviery twarz Rimbauda, robi się jeszcze straszniej (polecam do obejrzenia prace Wojnarowicza Rimbaud w Nowym Jorku).

Antarktyka zaczyna się tutaj[2]

Tak brzmi motto rodziny Tessier-Ashpool – zaibatsu, które było klanem a stało się reprezentantem Innego. Poznamy je dopiero w tomie drugim. Graf Zero czytany bezpośrednio po Neuromancerze bardzo pomaga świat Ciągu zrozumieć (T-A  jest motorem wydarzeń z Neuromancera).  Gibson w Grafie, tym razem przynosząc ulgę obciążonej wyobraźni czytelnika, wreszcie tworzy dla opowiadanych wydarzeń szersze tło. Jednocześnie wciąż rośnie skala i zróżnicowanie Innego -postludzkiego. Bo o ile głównym motywem Neuromancera jest Case’a podróż w głąb siebie, o tyle teraz akcent się wyraźnie przesuwa: rozważamy granice człowieczeństwa i to co poza nimi. Fabułę tworzą losy trójki obcych sobie i rozrzuconych po świecie bohaterów, ich wątki połączą się we wspólnym rozwiązaniu. Przygnębiony detektyw ma w tej odsłonie twarz honorowego  najemnika. Bohaterowie Grafa Zero opowiedziani są wyraźnie, łatwo tu kogoś od razu polubić, oddać się prostej przyjemności utożsamiania z fikcyjną postacią. Dobro i zło mają ostrzejsze kontury.  Niezwykle plastycznie Gibson rozrysowuje subkultury Ciągu – Kasuale, Lobowie, Gothicy („młodzi atleci we wczesnym stadium gruźlicy„). Projekty to kolejne (po Villi Straylight w Neuromancerze) architektoniczne założenie pisarza, które chciałoby sie bardzo zobaczyć zwizualizowane na ekranie. I w tej części nie zabraknie duchów, choć tym razem większość z nich przybierze formę poniekąd tradycyjną (jako loa voodoo). Ufantastycznia się jedynie (o i ile założymy że fantastyczności duchów da się jeszcze stopniować) środowisko ich występowania. 

W drodze do Valinoru[3]

Myślę, że możnaby napisać rozprawkę naukową na temat na ile świat Ciągu jest światem baśni. W moim odczuciu element baśniowy, obecny cały czas, narasta przez wszystkie tomy (to chyba jeden z powodów dla których naprawdę warto czytać to razem). Niesie w sobie smutek baśni scena na plaży w Neuromancerze, prostota nagrody jaką otrzymuje dobro w ostatnim rozdziale Grafa też jest baśniowa (dlatego Turner nie mógłby pojawić sie w trzecim tomie, baśniową nagrodą nie powinno się manipulować).

Granice między światami realnym i magicznym (wirtualnym) są tu cały czas płynne, to cecha i narracji, i immanentna światów – z tego przecież płynie tragizm opowieści (kogo Case porzuca na plaży?)

W całej trylogii dobro walczy ze złem, przy czym dobro jest od zła dużo łatwiej definiowalne (klarowny zbiór zasad). Dobro ciąży też zawsze ku dobru, gdy u Gibsona spotykają sie bohaterowie których lubimy, zawsze odnajdą tę więź. Jest to świat duchów (nie tylko loa, bo jest on wspaniale zróżnicowany) i czarów -czasem bardzo dosłownych jak w przypadku magii (implanty w mózgu wpływające na podświadomość bliźnich) Riviery.

Dziewczynka biegająca w skarpetkach po zimnych ulicach Ciągu, Kumiko w rozwianym płaszczu, ugoszczona przez biednego sprzedawcę ulicznego jedzenia to przecież sama esencja baśni: sierota zagubiona w wielkim świecie bezbłędnie rozpoznająca (Sally) i wyzwalająca u innych (Petal) dobro (Mona Liza Turbo). Niektóre znane baśnie (Kopciuszek, Piękna i Bestia, Śpiąca Królewna) mają tu wręcz całe, cyberpunkowe odsłony.

Właściwie tylko jedna cecha baśni w Trylogii nie występuje – przejrzystość narracji. Nie da się uciec od faktu, że jest Gibson (ten z czasów Trylogii Ciągu) pisarzem trudnym. Nie znaczy to, że źle się go czyta, bo czyta się wspaniale, tylko niestety, nie trafi do każdego. Trzeba czytelniczej wprawy, żeby się w sposobie opowiadania Gibsona nie pogubić.[4]

Fabuła Mona Lizy Turbo mocno jest zakotwiczona w Grafie, dwoje bohaterów poprzedniego tomu; Bobby i Angela tutaj tworzy oś wydarzeń, w pięknym stylu powraca też neuromancerowa  Molly. Przy okazji Mona Lizy warto też porozmawiać o sztuce; nie mogłam się oprzeć temu zdaniu, ale temat jest całkiem serio i już się w tym tekście sygnalizował. Gibson jest pisarzem bardzo mocno związanym ze sztuką (osobiście angażował sie w projekty teatralne, taneczne, sztuki performance, warto wiedzieć na przykład, że reżyser Johnnego Mnemonica Robert Longo jest przede wszystkim malarzem i rzeźbiarzem – chociaż to trochę nieudolna próba określenia ram w jakich pracuje). Ta artystyczna spójność Gibsona jest w Trylogii Ciągu bardzo wyraźna. Warto przyjrzeć się odniesieniom do sztuk różnych, które zauważy się w czasie lektury. Bo tu nic nie wyskakuje przypadkiem, wszystko doskonale współgra z atmosferą opowieści. W Neuromancerze dręczyć nas będzie Wielka szyba Duchampa (jej echa widać potem w śledzonych przez Marly kostkach), grozę przeszłości odda w Grafie Europa po deszczu Maxa Ernsta. Dziwaczność świata wzmocni architektura Parku Güell albo Wieże Wattsa.

I to na stronach Mona Lizy Turbo otwiera się przed nami najpiękniejsza moim zdaniem z przestrzeni Gibsona, czyli Fabryka (oraz niezwykły portret artysty w okaleczonym Ślizgu Henrym).  

Wspomnę jeszcze, że tłumaczenie Piotra W. Cholewy jest bardzo udane.

Agnieszka Ardanowska

  

[1] Miasto, masa, maszyna; zasada 3M, która przylgnęła do opisu cyberpunku i doskonale do niego pasuje, to tak naprawdę formuła krakowskich futurystów (Manifest Tadeusza Peipera z 1922 roku)

[2] Antarktyka zaczyna się tutaj – motto T-A Gibson zaczerpnął z piosenki Johna Cale’a z albumu Paris 1919 (z 1979 roku)

[3] Valinor -kraina nieśmiertelnych, tam elfy wraz z Frodem i Bilbo odpłynęły na końcu tolkienowskiej sagi

[4] Myślę, że tak naprawdę nie chodzi o to, że Gibson nie tłumaczy pojęć, a światy realny i wirtualny za bardzo się przenikają, raczej po pierwsze nie tłumaczy nam siebie i swoich skojarzeń (Riviera w pliku Rimbaud), po drugie sceny akcji buduje na zasadzie opisu: Jan biegnie. Z podłoża wystaje pręt. Jan leży. – w tym krótkim opisie ciąg przyczynowo-skutkowy jest łatwy do ogarnięcia, ale sceny akcji u Gibsona są naprawdę duże, bohaterów jest wielu a ciągi dłuższe – zresztą gdybym zamiast: Jan leży, napisała: Jan krzywi się z bólu -już ten sam krótki ciąg stałby sie nieco bardziej skomplikowany. I na pisarzy takich jakich Gibson, jest tylko jedna rada: więcej czytać.

 

Lemowe Duety – Niezwyciężony / Człowiek z Marsa. Opowiadania młodzieńcze. Wiersze

NIEZWYCIĘŻONY – 1964. Absolutnie kanoniczna i prawdziwie fantastyczno-naukowa! Wybitna, jeśli nie jedna z najwybitniejszych pozycji hard science fiction w historii gatunku! W Polsce i na świecie. Znakomicie, precyzyjnie i jednocześnie przystępnie napisana i opowiedziana historia ludzkiego kontaktu z obcą formą martwej cywilizacji, czy też techno-ewolucji.

„Niezwyciężony”, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru.”

Znajdziemy tutaj wspaniałe, plastyczne opisy ziemskiego, potężnego arsenału, rzuconego na planecie Regis III w niespodziewany bój z tajemniczym „chmuromózgiem”, jak i bardzo ciekawy pomysł na „ewolucję” cybernetycznych maszyn i inteligentnej broni. Pomysł, do którego Lem powróci jeszcze nie raz, a najdoskonalej rozwinie go chyba w równie znakomitej powieści – Pokój na Ziemi.

Niezwyciężony

Niezwyciężony wciąga już od samego – wyżej zacytowanego – początku, swą smakowitą akcją i fantastyczną fabułą, ale przede wszystkim urzeka swoją warstwą drugą, czyli: formą, konsekwencjami oraz finałem kontaktu człowieka, w książce reprezentowanym przez postać Rohana, z sobie nieznanym, obcym i niezrozumiałym. Niejako też: upartym i za nic chcącym się ludziom – pomimo ich prawdziwej, militarnej potęgi – podporządkować i poddać.

„Gdyby atakującymi były żywe istoty, masakra, jaka je spotkała, zmusiłaby chyba następne szeregi do odwrotu, a przynajmniej do zatrzymania się u wrót wznieconego piekła […]”

Ta kultowa powieść Lema, to prawdziwe delikatesy dla każdego mniej lub bardziej zaawansowanego czytelniczo maniaka SF. Jednych porwie i zachwyci warstwa przygodowo-sensacyjno-militarna, drudzy docenią i ze smakiem skonsumują i poziomy głębsze – jak to u Lema: przepełnione troską o człowieka, wiarą w ludzki rozum, jego kreatywność i nieobliczalność, a jednocześnie chroniczny u Autora brak nadziei na porozumienie i prawdziwy kontakt obcych sobie intelektów.

Co w Niezwyciężonym wydaje się być jednak krzepiące, przedstawiciele ludzkości, używając swych intelektualnych przywar, w które Autor niewątpliwie jeszcze wierzył pisząc tę powieść, potrafią zakończyć tę historię inaczej, niż bohaterowie ostatniej Jego fantastycznej książki – Fiaska.

Powieść napisana w latach 60. niemal w ogóle się nie zestarzała, nie trąci myszką ani też innymi gryzoniami. Czyta się ją nadal wyśmienicie i nadaje się wręcz idealnie na początek znajomości z naszym Wielkim Klasykiem tegoż rodzaju literatury. Nie sposób więc mi jej Wam nie polecać – toż to prawdziwy Kanon SF! Moja ocena tutaj: 9/10!


CZŁOWIEK Z MARSA. OPOWIADANIA MŁODZIEŃCZE. WIERSZE – 1946/1953. 

Pierwsza powieść Lema. A w niej, biomechaniczny stwór rodem z Marsa pojawia się na Ziemi metodą twardego lądowania, a’la meteor tunguski. Gdy tylko zostaje odnaleziony, z miejsca swej katastrofy/lądowania, przetransportowany zostaje czym prędzej do tajnego laboratorium, gdzieś w okolicach Nowego Jorku lat czterdziestych XX wieku.

Tam to, zbiór kilku na prędce zwołanych naukowców, wraz z narratorem tej opowieści (zupełnym przypadkiem tam się napatoczonym, byłym redaktorem Chicago World), a pod przewodnictwem światłego profesora Widdlettona, próbuje na różne sposoby z owym marsjańskim przybyszem się skomunikować, jak i zrozumieć też zasadę jego działania. Pierwsze próby nawiązania Kontaktu, nikomu jednak na zdrowie nie wychodzą…

„Trzeba nam najpierw go poznać, zanim zechcemy się poznać z nim.”

Człowiek z Marsa to prawdziwie pierwsze, a większe potyczki Stanisława Lema z nieznanym, obcym i niezrozumiałym. Grupa uczonych, ludzi, kontra nieziemski organizm Areanthropos, o dość nieodgadnionej zasadzie istnienia. Czy można więc pojąć, to co prawdziwie jest obce? I czy następnie jest szansa na zadowalającą obie strony komunikację? 

Człowiek z Marsa

Warto bardzo zapoznać się z tym wczesnym tekstem naszego Klasyka SF i spróbować odnaleźć w nim odpowiedzi na te fundamentalne, już wtedy, dla niego pytania. Powieść ta jest krótka, napisana sprawnie i pomimo swego poważnego już wieku, czytanie jej sprawia niekłamaną przyjemność. Dla fanów – rzecz to oczywiście jest obowiązkowa. A dla reszty społeczeństwa – takoż samo!

Niniejszy tom zawiera również 14 opowiadań, powstałych i w przeważającej większości opublikowanych w latach 40 ubiegłego wieku. Historie w nich zawarte, przesiąknięte są tematyką wojenną i jej, naturalnie, głównie się tyczą. Lem, w naturalistyczny niemal sposób przedstawia, całkiem dla niego przecież świeże a tragiczne opowieści, czasów drugiej wojny światowej. 

Chwilami ich pesymizm jest dojmujący. W szczególności w Operation Reinhardt, gdzie poziom realizmu i autentyzmu, połączonego z opisywanym szaleństwem wywózki lwowskich żydów do obozów śmierci, stanowi prawdziwie przejmujące i mocno ponure czytelnicze przeżycie.

Do jaśniejszych i lżejszych nieco chwil tego tomu, zaliczyć za to można dwa spotkania ze Stefanem Trzynieckim! Postacią znaną ze świetnego, choć również traumatycznego co nieco w odbiorze Szpitala Przemienienia

Tom kończą powojenne wiersze Mistrza. Cóż o nich rzec można? No cóż, jeśli o mnie chodzi, to zdecydowanie wolę te spod pióra niejakiego Pawła Marciszewskiego! Nie znacie? Poszukajcie, a znajdziecie. A następnie se przeczytajcie! A tutaj: 7/10!

Kapitan MO

Ilustracja w tle: http://gadzetomania.pl/58225,stanislaw-lem
Okładki
: Stanisław Lem, Niezwyciężony, Wydawnictwo AGORA, 2008; Stanisław Lem, Człowiek z Marsa. Opowiadania młodzieńcze. Wiersze, Wydawnictwo AGORA, 2009

Nie wszyscy jesteśmy Meekhańczykami / lektury cotygodniowe

O autorze.

Robert M. Wegner Opowieściami z meekhańskiego pogranicza Północ-Południe debiutował na fantastycznej literackiej polskiej scenie. Zebrał wiele nagród, w tym jedną z najcenniejszych w tym świecie – Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za opowiadanie Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami.

I ta książka, podzielona na dwie niespojone fabularnie części, które dzielą się na mniejsze opowiadania, obrazujące mroźną północ i pokryte piaskiem pustynie południa, jest absolutnie wspaniała. Po czym wnioskuję – przede wszystkim dostrzegam pozytywne recenzje czytelników. Również fakt, że nie posiadam absolutnie żadnych informacji (ani ich specjalnie dla tego tekstu nie szukam) co do kapituły nagrody im. A. Zajdla i przez to mogę ufać jej wyrokom z naiwną wiarą.

Bo na przykład Nagroda Nike to coroczna komedia literacka z różnymi tam – powinowactwami i brukowymi półskandalami.

Wegner w nich nie musi uczestniczyć, ponieważ pisze, podobno, fantastyczne powieści, które kompletnie do mnie nie trafiają. Ostatni raz, kiedy potrafiłem się cieszyć na fantastykę, po oczywistej przygodzie z Tolkienem, to czas liceum i seria o księżniczce Achai spisana przez Andrzeja Ziemiańskiego. Wspaniała książka i dobre ilustracje, dodatkowo wzmocniona czasem, który upłynął. Później jeszcze tylko czytanie Oka jelenia Andrzeja Pilipiuka. I wielkie nic, jeśli idzie o fantastykę. Wegner to takie łypnięcie okiem na ten temat – czy polska fantastyka ma się ciągle tak nieźle, jak ją zapamiętałem z tych kilku książek.

No ma. Ma się dobrze polska fantastyka, ale na szczęście nie wszyscy jesteśmy Meekhańczykami. W pokoju mojego brata – stosy fantastyki – Krajewska, Cherezińska, Wegner, wszystko Tolkiena, Królowie przeklęci i inne figle. W moim – jakieś poezje, sporo klasyki, dużo eseistyki. To chyba najlepsze, co mogło nam się trafić. Akurat w tej dziedzinie – kompletna nieprzysiadalność.

Chociaż oczywiście gardzę tym, co czyta Adam, a on gardzi tym, co czytam ja. Niemniej jednak ten gad kupił kiedyś poezje Williama Butlera Yeatsa. Czy za moim asumptem? Może. Uznał, że to dziwne i wrócił do swojej literatury. Ja kiedyś kupiłem książkę Murakamiego, choć byłoby korzystniej kupić bułkę, na przykład z różowym dżemem (pozdrowienia dla Pawła Marciszewskiego i tych, którzy już mnie nienawidzą za to stwierdzenie). Zatem, zakręcając kółeczko tego akapitu – ja, po czytaniu Wegnera uznaję, że to dziwne i wracam do swojej literatury.

Dzięki Bogu każdy ma swoje nieprzebrane idearium i byłbym sabotażystą czytelniczym, gdybym powyższy akapit pisał w tonie poważnym. To najwspanialsze uczucie świata rozmawiać z osobą, która uwielbia literaturę, której nie cierpię. W ogrodzie książek można być naprzemiennie neofitą i apostatą, i cóż z tego – najwyżej nazwą nas oczytanymi, a my zaśmiejemy się im w twarz, bo wiemy, że wie ten, kto wie, że nic nie wie.

O Opowieściach…

Wegner jest świetny w budowaniu zaufania do swoich postaci. Może wie, że nie powinno być patetycznie tam, gdzie nie powinno być patetycznie (to być może najprawdziwsze zdanie, które mi się napisało). I tworzy taki świat, w którym się chce być. Mam w głowie powyrzynanych przez Górską Straż półdzikich acherów i lej doliny, w którym parszywi rzezimieszkowie w liczbie stu tysięcy mordowali uciekającą biedotę. I Aspektowaną Moc, która jest zrozumiała w trzy zdania. Zresztą – sugestywny jest literacki sznyt Wegnera i nawet dziób pingwina w tej materii coś niecoś załapie.

I tak dalej. Czytasz i widzisz. Jeśli fantastyka taka ma być – wyraźna, wyrazista, wypełniona postaciami z „krwi i kości”, a także dość niespodziewana, a przy tym literacko lekka, to czapki z głów dla autora. Nawet od profana.

O tym, co myślę o Opowieściach…

Chodzi mi o to źródło, które zaczęło się dość byle jak, daleko temu w szkole. Od baśni, biblijnych starotestamentowych opowiadań i innych fragmentów, które nas nudziły. Mówię „byle jak” nie w odniesieniu do tych monumentów naszej kultury, ale mając na myśli raczej to, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z kosmosu, na który patrzymy dziecięcymi spojrzeniami urwisów. Że to po czasie okazało się, że nie ma jednej wykładni, a iskra w nas, którzy czytamy, jakby od tego coś zależało, nie zgaśnie, aż zgaśniemy.

I bardzo dziękuję tym, którzy piszą i czytają fantastykę, i tym, którzy robią poezję, a także nudnym monografistom i historykom w tweedowych marynarkach, bo dzięki nim ciągle uświadamiam sobie, że biblioteka jest potężna – a co dopiero ogród, pełen piskliwych ptaków, a co dopiero kosmos, pełen sędziwych bogów…

Marcin

W oparach Dicka / Labirynt śmierci

LABIRYNT ŚMIERCI – 1970. Czternaścioro, nieznanych sobie wcześniej osób, reprezentujących różne profesje, znudzonych już mocno i niezadowolonych takoż samo ze swych dotychczasowych miałkich egzystencji, trafia na planetę Delmak-O, by tam wspólnie prowadzić eksperymentalną kolonię. Cel zaistnienia owej kolonii jest jednak tajemnicą i taką też pozostać ma już do końca, gdyż podczas transmisji z instrukcjami, właśnie celu tego się tyczącymi, dochodzi do awarii przekaźnika i cała ta gromada bohaterów zostaje pozostawiona tam nagle samym sobie.

Ich sytuacji zdecydowanie nie poprawi również rychło bardzo pojawiający się w ich szeregach trup! Niemożność ucieczki z planety, brak zrozumienia pierwotnego celu utworzenia tego habitatu, narastający strach i paranoja – to nowe okoliczności przyrody, jakim świeżo upieczeni obywatele Delmak-O muszą sprostać, aby przeżyć, gdyż ewidentnie ktoś, lub coś, pragnie ich tam śmierci!

Philip K. Dick, w typowy dla siebie sposób, podejmuje po raz kolejny ulubioną dla siebie tematykę subiektywnego postrzegania świata. Robi to tym razem (poza klasycznym sztafażem SF) otaczając się co nieco scenerią rodem z kryminału. Trup bowiem ściele się tutaj dosyć gęsto, a kto i dlaczego zabija – pozostaje zagadką do rozwiązania. Natomiast ucieleśnieniem teorii nieobiektywnej percepcji zastanej rzeczywistości, Autor Przez ciemne zwierciadło czyni w powieści złowieszczy Budynek. 

1e7998760e1-labirynt-smierci

Budowla to niezwykle tajemnicza, owiana mroczną nutą grozy, ciężka też bardzo do fizycznego, wizualnego tam uchwycenia. Co jednak jest najważniejsze, w krytycznej fabularnie chwili, płata ona srogie percepcyjne figle całej grupie bohaterów, jednocześnie stając się tutaj kolejnym symbolem, ewidentnie końca niemającej, Dickowej obsesji.

„Zadziwiające, jak daleko potrafią się posunąć ludzie kierowani podświadomym pragnieniem uniknięcia kontaktu z rzeczywistością.”

Równie silnym wątkiem w powieści Autor, po raz kolejny zresztą, czyni kwestię wiary w Boga. Chociaż trudno tutaj mówić o samej wierze, wszak w świecie Labiryntu i systemie religijnym wymyślonym przez PKD na jego potrzeby, Bóg jest istotą jak najbardziej realną! Przy odrobince tylko szczęścia, można go wręcz fizycznie spotkać, jak i pogawędzić z nim co nieco – Chodzący po Ziemi – a modlitwy do Niego kierowane często bardzo przynoszą skutek całkiem wymierny!

Wątkiem trzecim znajduję w książce tematykę wirtualnej rzeczywistości, o której to za wiele jednak napisać się tutaj nie da, gdyż zrujnować by to mogło zabawę i radość płynącą z lektury tej to właśnie opowieści. Dodać jedynie pragnę, iż rzecz niezmiernie mocno skojarzyła mi się z jakimś całkowicie realnym opisem… życia przed życiem? Taki jakiś osobisty dryf, prozą i oparami Dicka spowodowany!

Konkludując, Labirynt śmierci jest powieścią więcej niźli dobrą. Bo dobrą z plusem! Klasycznie Dickowa, o świetnie znanej już wszystkim jego fanom problematyce, i w więcej niż przyzwoitym stylu napisana. I choć do Ubika, czy Trzech stygmatów… zdecydowanie jej brakuje, to czas spędzony przy jej lekturze, straconym na bank i nijak – nie będzie! 6,5/10.

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Philip K. Dick, mastered by Paweł M.
Okładka
: Philip K. Dick, Labirynt śmierci, Wydawnictwo REBIS, 2017

Petecki na życzenie / Rubin przerywa milczenie / Ludzie z gwiazdy Feriego

„RUBIN” PRZERYWA MILCZENIE – 1976. To kolejna klasyczna, smaczna i oldskulowa fantastyka rodem z naszego PRL-u lat 70-tych XX wieku. Kolejna też ze świetnego cyklu APF!

Petecki bez dwóch zdań ma swój charakterystyczny styl snucia opowieści. Jest on suchy, twardy i jednak nie zawsze do końca zrozumiały. Można by rzecz nawet, że stanowi wręcz przeciwieństwo lekkiego, niezwykle zgrabnego i precyzyjnego stylu Zajdla. Cóż, ten typ widać tak ma i trzeba nam to zwyczajnie zaakceptować. Od razu dodam, iż warto to zrobić!

„Rubin” przerywa milczenie jest bowiem pozycją… no tak, musi tutaj paść to słowo: solidną! Tym razem może bez większych zachwytów, głównie ze względu na ten nieco chropowaty styl, który jednak finalnie potrafi nadrobić swymi fantastycznymi walorami smakowymi. Bowiem książka ta, to 100% polskiej SF, z nostalgicznego i chyba najlepszego (wraz z latami 60-tymi) okresu dla tego gatunku rodzimej literatury.

Historia tutaj opowiedziana jest przyjemnie interesująca. Gdy pojawia się szansa na zaludnienie zupełnie nowego świata, gdzieś na trzecim globie w układzie Alfy, wyrusza tam ekspedycja ziemian-kolonistów, których to po czasie, z powodów różnic ideologicznych, traktuje się z lekceważeniem i niechęcią ze strony macierzystej Ziemi.

W dokładnie te same rejony, około osiemdziesiąt lat później, leci druga grupa osadników, która już niewiele po swym starcie, dość niespodziewanie deklaruje, iż z Ziemią to nie chce już mieć absolutnie nic do czynienia! Obie te grupy przedstawicieli ludzkości, przy okazji wrogo do siebie nastawionych, pragną wcielać w życie swe własne ideologie i pomysły na rozwój technologiczno-duchowy człowieka.

Tuż po tym, gdy milknie stacja „podsłuchowa”, zainstalowana skrycie przez Ziemian na drugiej planecie Układu, tytułowy statek Rubin, z trzema osobami na pokładzie, leci by wyjaśnić sprawę nagłej ciszy, jak i zapoznać się z sytuacją i drogą jaką wybrali dla siebie ziemscy odszczepieńcy.

Klasyczny i klimatyczny, z delikatną nutką nostalgii, watek i kąsek dla smakoszy gatunku! 6,5/10.

***

LUDZIE Z GWIAZDY FERIEGO – 1974. Stęskniony znów mocno rodzimej, twardej, no i przygodowej też fantastyki, sięgnąłem po raz kolejny, pewną ręką, po powieść Bohdana Peteckiego. 

No i chłop normalnie nie zawodzi! W Ludziach z gwiazdy… dostałem bowiem dokładnie to, czego chciałem i oczekiwałem po tego typu prozie z lat siedemdziesiątych. Staroszkolnej i pełnej klimatu rozrywki science-fiction, dodatkowo na bardzo znów przyzwoitym poziomie spisanej. Jakże słodko i rozkosznie było móc się w tym znowu czytelniczo zanurzyć! Pełen relaks, no i banan na twarzy!

Styl Autora Stref zerowych także znajduję tutaj bez zmian. Mało-płynny i niewygładzony taki, acz kto Peteckiego czytał ten wie, że inaczej być nie może. I zdecydowanie nie będzie!

A sama opowieść? Jak zwykle smaku pełna! Uczestniczymy w międzyukładowej misji ratunkowej, podczas której dosyć szybko okazuje się, iż członkowie zaginionej załogi żyją, lecz zostali kubek-w-kubek skopiowani/sklonowani/skserowani przez jedną z rozumnych ras i potraktowani dalej, bez pardonu, jako mięso armatnie w wojnie przeciwko rasie drugiej, zamieszkującą tę samą planetę. 

Czy zatem owe superklony, nie różniące się pomiędzy sobą fizycznie, ni mentalnie absolutnie niczym, to jeszcze ludzie, czy jednak już obce, humanoidalne ksera-cyborgi? Załoga misji ratunkowej musi rozstrzygnąć ową biologiczno-moralną kwestię, ratując jednocześnie tych nieszczęśników z wojennych tarapatów.

Kolejny solidny kawałek polskiej, twardej fantastyki, spod pióra Peteckiego. Bez specjalnych fajerwerków, acz smakoszom – dobrej rozrywki dostarczy on z pewnością! 7/10.

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Własnej produkcji, jedyny i niepowtarzalny a wysokogatunkowy „kolaż” z okładek „Rubin przerywa milczenie” oraz „Ludzie z gwiazdy Feriego”, Bohdan Petecki, Wydawnictwo Solaris, 2014-2015

Na wieży / Dick / Labirynt Śmierci

Znów Bruegel. Tym razem Wieża Babel. Koloseum dumnie wbite w niebo. Ciemne chmury rozbijają się o jego kształt, ludzie jak mrówki krążą po kolejnych kondygnacjach, spirala cegieł i mięśni, którą gigant sięgnie jeszcze wyżej. W dole zatłoczony port, praca trwa w najlepsze. Bruegel nie miał wątpliwości: nigdzie nie poszliśmy, nadal jesteśmy na wieży. Dick zdaje się, sądził podobnie i często do tej niewiary w dialog powracał.

Najbardziej jaskrawe przykłady to spisane w połowie lat pięćdziesiątych Oko na niebie, jedna z pierwszych powieści Dicka, w której autor mocno uderzył w fantastyczne tony, przenosząc grupę bohaterów do kolejnych wizji rzeczywistości, kreowanych przez następujące po sobie wyobrażenia każdego z nich. Okazuje się, że codzienność jednych, dla innych jest koszmarem. Niemożność dialogu jest także motywem przewodnim Klanów Księżyca Alfy, dość prostej powiastki wydanej w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. To jest stale powtarzający się u Dicka motyw. Nawet jeśli nie odgrywa przewodniej roli, to przecież często jesteśmy świadkami tego, jak ambicje, duma albo emocje biorą górę w podejmowanych decyzjach, wpływając na interakcje między bohaterami. Dick i jego postaci nigdy nie zeszli z Wieży Babel. Bohaterowie niby się rozumieją, ale pragnienia, gniew i emocje, sprawiają, że mówią tak naprawdę innymi językami. Ale czy rzeczywiście chodzi tylko o te czynniki? Ta niezgodność wynika u Dicka raczej z pewnej właściwości rzeczywistości: tego, że daje się poznawać jedynie subiektywnie, z osobna. Pisarz wątpi nie tylko w dialog, ale i w samą możliwość jego zaistnienia.

W tym punkcie przejść można do Labiryntu Śmierci, nowo wydanego przez Rebis, kolejnego powtórzenia owego refrenu. Na tle wcześniejszych tytułów, ten rysuje się wyjątkowo ponuro i ciężko. Książka powstaje w okresie niesłychanej formy autora – dość powiedzieć, że jej bezpośrednimi sąsiadami są Czy androidy marzą o elektrycznych owcach z jednej i Ubik z drugiej strony. Powieści legendarne, stale wpływające na kształt science fiction jako takiego. Samemu Labiryntowi nie udało się osiągnąć ani poziomu, ani popularności swoich kuzynek; Dick nie zawsze był doskonałym pisarzem, mamy jednak to szczęście, że dość często okazywał się być autorem bardzo dobrym. Tak jak tutaj.

Książka maluje przed nami tajemniczą scenerię: grupa ludzi ląduje w eksperymentalnej kolonii, gdzie bohaterowie mają podjąć zlecone im odgórnie zadanie. W wyniku usterki wytyczne nie docierają do grupy nowych kolonistów. Wszystko zaczyna komplikować się, gdy próby nawiązania jakiejkolwiek łączności i wezwania pomocy okazują się bezowocne; całość zaczyna przypominać szczelnie zamkniętą klatkę, bez możliwości wycofania się. Sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy kolejni uczestnicy eksperymentu zaczynają ginąć w tajemniczych okolicznościach.

Przywodzi mi na myśl motyw statku głupców. Wśród bohaterów znajdą się reprezentanci niemal wszystkich grup społecznych: ludzie młodzi, ludzie starzy, rozsądni i głupi, porywczy i spokojni… Każdy tutaj myśli, że dzierży ster, a Bogiem a prawdą, wszyscy dryfują w kierunku, na który tylko pozornie mają wpływ.

Cała ta poplątana historia, choć jej opis może sprawiać wrażenie opowieści czysto sensacyjnej, maluje się w typowo Dickowych odcieniach. Rzeczywistość w której znajdują się bohaterowie, dość szybko zaczyna przypominać mistyfikację: krążące pod nogami żuki, wyposażone są w filmujące ludzi kamerki; elementy krajobrazu okazują się być rozmywającą tuż przed nosem projekcją…

Koniec końców tak bohaterom, jak i czytelnikowi, towarzyszy mętlik w głowie. Czy dziwne wydarzenia, z którymi spotykają się bohaterowie są kwestią działania jakiejś nadnaturalnej, boskiej albo szatańskiej siły? A może są oni infiltrowani przez wojsko w jakimś dziwnym eksperymencie? Całkiem możliwe jest też, że przez izolację i wewnętrzne napięcia tracą zmysły i popadają w paranoję, w pewnym momencie okaże się bowiem, że sami są dla siebie jednym z większych zagrożeń.

Okazuje się, że jakkolwiek niesprzyjające byłyby warunki zewnętrzne, najwięcej napięć i tak zachodzi w tarciach międzyludzkich. Dick upycha grupę obcych, nieznających się ludzi w szczelnej, zacieśniającej się przestrzeni i każe im żyć razem. W krótkiej przedmowie, autor wspomina o nacisku, jaki położył na subiektywne patrzenie na rzeczywistość. I faktycznie, narracja zmienia się, przeskakuje z bohatera, na bohatera, ukazując, jak różne światy widzą kolejne postaci. Czy dialog jest możliwy? Czy czternaście osób, żyjących obok siebie, może żyć razem? Może żyć ze sobą? Dick zdaje się powtarzać dobrze już znane obrazy.

Skojarzenie z wieżą Babel wydaje mi się trafne także przez miejsce religii w świecie Labiryntu. Biblijna wieża miała być symbolem pychy, próbą sięgnięcia Boga, wkroczenia w boską rzeczywistość. Człowiek chciał dzielić świat z Bogiem, za co spotkała go kara. Tutaj dostajemy przewrotne odwrócenie tego obrazu. To Bóg dzieli świat z człowiekiem: schodzi na dół i żyją na równi. W swoich Manifestacjach kroczy ulicami miast, uzdrawia, podnosi na duchu. Chyba i tutaj można doszukiwać się źródła zgubnych tonów Labiryntu. To jest świat, z którego znikł podział na sacrum i profanum, dosłowność wyparła wiarę, a boskość stała się elementem rzeczywistym, stąpającym po ziemi, a zatem przyziemnym.

Cały Labirynt śmierci to jest cholernie trafna obserwacja. Czy my przypadkiem wciąż nie tkwimy na Wieży Babel? Ta celność nie dotyczy jedynie Ameryki późnych lat sześćdziesiątych – czy nie wydaje się wybrzmiewać z jakąś ponurością także tu i teraz? Pogubienie granicy między sacrum a profanum chyba także brzmi dziś wyjątkowo znajomo. Może stąd cały ten mrok szczelnie wypełniający książkę. Dobrze go znamy.

Wasz Paweł M

Bohdan Korewicki / Przez ocean czasu

Nade(j)szła już chwila na moje kolejne, krótkie, polsko-fantastyczne wspominki, literacko i wydawniczo odświeżone dzięki świetnej serii „Archiwum Polskiej Fantastyki”. Na tapet biorę tym razem, sporą legendą już obrośniętą powieść Bohdana Korewickiego – Przez ocean czasu.

Bardzo przyjemne, przyznać to muszę, chwile spędziłem podczas zapoznawania tomu pierwszego tej opowieści. Przez ocean czasu to staroszkolna mocno – lata 50 – młodzieżowa przygodówka, z wielką fantastyczną podróżą w czasy zamierzchłe naszej (pre)historii jako lejtmotywem. Plastycznie, miło i sprawnie jest to napisana rzecz, zdecydowanie też sformatowana pod młodego czytelnika, co jednak nie powinno specjalnie przeszkadzać w lekturze, a tym bardziej i odbiorze, tej klasycznej już pozycji.

Nie miałem szczęścia jakoś poznać jej „za młodu”, a szkoda, gdyż niewątpliwie musiałaby wtedy na mnie zrobić o wiele większe wrażenie. Nadrobiłem zatem te zaległości teraz – i nie żałuję!

Książkę polecam przede wszystkim jako sentymentalną podróż w literackie czasy lat 50 XX wieku, by stamtąd już swoistym wehikułem czasu – chronomobilem „made in Poland” (!), udać się wraz z bohaterami tej interesującej historii, w czasy lodowcowych epok oraz żyjących tam pitekantropów i neandertalczyków. Świetny i nowatorski jak na tamte fantastyczno-przygodowe lata pomysł, bardzo dobre jego wykonanie i rzeknę raz jeszcze – rzecz naprawdę czytelniczo to przyjemna!

Korewicki2

Tom drugi przygód ekspedycji chrononautów spod Warszawy, przedstawia ich losy dalsze, już u samego celu swej podróży w czasie – w epoce wielkich gadów ery Mezozoicznej.

Tytułowy ocean czasu jaki przebywają, by dotrzeć finalnie do tego miejsca, czy też czasu właśnie, wpływa mocno i wyraźnie na ich psychikę. Kreda okazuje się być bowiem bardzo niegościnnym miejscem dla ludzi. Obcym dla nich całkowicie, dusznym, przygnębiającym i zwyczajnie niebezpiecznym. A dzięki sprawnej narracji, czytelnik z łatwością odczuje ten przygodowy klimat.

Korewicki w swej powieści w świetny sposób łączy wątki młodzieżowo-przygodowe z edukacyjnymi (na poziomie lat 50-tych XX wieku rzecz jasna). W swoim gatunku pozycja jest to więc zdecydowanie bardzo dobra, a pośród wielu czytelników posiada wręcz status kultowej! Niewątpliwie, Przez ocean czasu to klasyk polskiej fantastyki przygodowej. Skierować ją należy, i sam polecić ją mogę osobom młodym, jak i tym, dla których lata młodości są już nostalgii pełnym li tylko wspomnieniem! 

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Bohdan Korewicki – wikimedia commons
Okładki
: Bohdan Korewicki, Przez ocean czasu t. I i II, Wydawnictwo Solaris, 2013

Po tamtej stronie szafy / Siostrzeniec Czarodzieja

Jest coś magicznego w tej zimnej i ciemniejszej części roku, mojej ulubionej, swoją drogą. Zaraz popłynie herbata z cytryną, zaraz będzie można wywlec koc, wpuścić kota, zaszyć się w domu, usiąść pod oknem i czytać! Ten czas w jakiś dziwny sposób sprzyja wszystkim odrealnionym, magicznym, spokrewnionym z baśnią lekturom. Nigdy nie czyta mi się tak dobrze, jak w przedziale jesienno-zimowym. Jeśli zdarzają mi się lekturowe powroty, to najczęściej trafiają się właśnie teraz, na te miesiące, kiedy czyta mi się najlepiej. Bo to chyba ważne, żeby najlepsze książki czytało się możliwie dobrze, no nie?

Z Narnią wiążą mnie dobre wspomnienia i niemały sentyment. Rozpisywał się nie będę, dość rzec, że czytałem już dwukrotnie (w jakimś dziwnym cyklu – sześć i dwanaście lat temu) a moje dzieciństwo naznaczone było serialową ekranizacją pierwszych tomów. Dwa dni temu, podniósłszy oczy znad lektury Moliera, dostrzegłem komplet siedmiu Lewisowych tomów i odczułem dobrze znany głód. Doskonale już wiedziałem: będzie trzeba przeplatać!

Trzecie zwiedzanie magicznej krainy Lewisa rozpocząłem zgodnie z narnijską, nie zaś wydawniczą chronologią, to jest od części szóstej, Siostrzeńca Czarodzieja, wydanego oryginalnie w 1955 roku, części, z którą od zawsze miałem chyba najwięcej problemów w całym cyklu. Jak szósty tom, w drodze wyjątku otwierający Kroniki, wybrzmiał tym razem?

Chyba nieco lepiej. Rozpoczyna się na jednym z londyńskich, dziewiętnastowiecznych podwórek, od spotkania dwojga dzieci: Poli i Digory’ego. Deszczowe lato, w zestawieniu z koniecznością wakacyjnych zabaw, rodzi konieczność zaangażowania wyobraźni w planowaniu kolejnych wojaży. W ten sposób bohaterowie trafiają na poddasze jednej z kamienic i sekretnym tunelem zamierzają przedostać się do sąsiednich, opuszczonych budynków. Cała ta część pachnie wielką tajemnicą, bo przecież w tym przemierzaniu strychów i odkrywaniu nieznanego, kryje się jakieś niebezpieczeństwo i zagadka. Całość robi się jeszcze bardziej intrygująca i mroczna, gdy na scenę wkracza czarna magia i dzieci, planujące zwiedzić jedynie sąsiednie, puste domy… trafiają do Lasu pomiędzy światami!

Starałem się czytać całość tak, jakbym wcześniej nie miał z tą opowieścią styczności i muszę przyznać, że pierwsza połowa książki zrobiła na mnie niezwykłe wrażenie. Ciemne strychy, zaczarowany las, z którego dostać można się do różnych światów, i najlepsze z tego wszystkiego: odwiedziny w starym, martwym świecie! Puste place, szare niebo, czerwone słońce, postaci zaklęte w posągi… To naprawdę niesamowity moment! W scenie, w której dzieci przemierzają zaklętą komnatę, obsadzoną zastygłymi w bezruchu postaciami władców, tajemnica, jak mgła unosi się w powietrzu, i łatwo w tę mgłę wsiąknąć, bo czytelnik, tak jak mali bohaterowie, brnie na spotkanie z nieznanym.

Zaraz po tym książka znienacka przyspiesza. Z mrocznego świata uciekamy już po dwu rozdziałach, na chwilę zatrzymujemy się w Londynie, w końcu trafiamy do jeszcze niezaistniałej Narnii. Tutaj tkwi największy problem z Siostrzeńcem Czarodzieja: książka opowiada niejako trzy historie, albo raczej trzy, wyraźnie różne epizody jednej opowieści. Żadna z tych części nie zostaje rozwinięta w zadowalającym mnie stopniu. Odwiedziny w martwym świecie, to zaledwie dwa rozdziały, rozróba na ulicach Londynu kolejne trzy, później, na nieco dłużej lądujemy w Narnii, ale i tam akcja zostaje podzielona między opis stworzenia, przygodę Digory’ego i stanowienie zasad rządzących krainą… Nigdzie nie zagrzewamy miejsca.

Największym jednak minusem książki jest… rozczarowanie. Pamiętam, gdy czytałem ją po raz pierwszy, znajomi powiedzieli mi, że szósta część będzie opowiadać o stworzeniu Narnii. Nie sposób opisać, z jak wielkim zapałem czekałem, aż w końcu dotrę do tego tomu! Ta książka miała wszystko, by stać się najciekawszą częścią Kronik: powiew świeżości po pięciu mniej lub bardziej powiązanych ze sobą tomach, możliwość spisania świetnej mitologii, połączenia kosmogonii ze zdumiewającą opowieścią… a skończyło się na zaledwie ciekawej, podzielonej na trzy epizody przygodzie. Każdy z nich, gdyby rozwinął skrzydła, mógłby stać się świetną opowieścią.

Ale żaden skrzydeł nie rozwinął. Od lat towarzyszy mi przeświadczenie, że Lewis był po prostu Narnią zmęczony. Pierwsze dwa tomy wyszły dobrze, trzeci, czwarty i piąty to apogeum całego cyklu, niezwykłe opowieści ze świetnymi postaciami… Zaś szósty i siódmy, mimo że nie tracą zupełnie świetnych cech cyklu, zdają się być napisane niejako na siłę. Po pięciu tomach, w których motywem przewodnim były świetne fabuły i ciekawe opowieści, autor zasiadł do dwu ostatnich tomów z zamysłem: opiszmy Stworzenie i Czasy Ostateczne w Narnii. Cała reszta: fabuła, postaci, odwiedzane miejsca, są tu niejako drugorzędne.

Nie oznacza to rzecz jasna, że Siostrzeniec jest książką słabą. Jest książką słabą, jak na część Opowieści z Narnii, ale to nadal są Opowieści z Narnii. Pełne magii, rozbrzmiewa tu dziwny zew przygody i tajemnicy, oraz ta niezwykła atmosfera, którą znaleźć da się jedynie po tamtej stronie szafy. Wędrówka po martwym świecie, cudowny opis stworzenia Narnii, no i alegoryczny, baśniowy ładunek, czekający tuż pod powierzchnią, nie zawodzą. Stworzenie wyraźnie nawiązuje tu do scen z Biblii, zjawia się nawet moment kuszenia z udziałem jabłka… To jest dobra opowieść, wszystkie wady wychodzą na jaw dopiero przy porównaniu z wcześniejszymi tomami.

Wasz Paweł M

 

Petecki na życzenie / Tylko cisza / Strefy zerowe

TYLKO CISZA – 1974. To naprawdę bardzo dobra, polska, ekologiczna fantastyka z lat 70, z ciekawym pomysłem na regenerację/odnowę biologiczną naszej planety, podczas której to cała ludzkość, w kontrolowany sposób, ucina sobie globalnego komara!  A wszystko to jest nam podane i opisane całkiem składnie i przyjemnie, i to biorąc nawet pod uwagę współczesnego czytelnika tego rodzaju literatury.

To moje drugie spotkanie z prozą Peteckiego (po całkiem niezłym Messier 13) – dzięki nowym i genialnym w swym zamyśle, choć nie do końca jednak w wykonaniu (mnóstwo literówek i często-gęsto „łuszczące się” okładki), wydaniom z serii Archiwum Polskiej Fantastyki, Wydawnictwa Solaris.

I po raz kolejny tu, w przypadku lektury powieści tego Autora, muszę – a nawet chcę – użyć słowa solidna. A także: interesująca, oryginalna, przystępna, a zupełnie niebanalna! Zapewne i nie bez wad, gdyż fabularny pomysł by główny bohater, choć astronauta, spędził 20 lat (!) na samotnym, kontrolującym całą akcję rewitalizacji Ziemi posterunku, gdy na szali położony jest przecież los naszej ludzkiej cywilizacji na tej planecie, jest… co najmniej kontrowersyjny.

No bo któż tyle wytrzyma, samemu, przy zdrowych zmysłach? Ano chyba tylko ex-piloci z Centrali…

Zdecydowanie jednak warto dać tej pozycji swoją szansę i poobcować z nią czytelniczo. Znajdziemy w niej bowiem, a w zasadzie przede wszystkim, dość ciekawe przykłady psychologii zachowań ludzkich w sytuacjach skrajnej samotności, wielkiej odpowiedzialności i wszechobecnej, tytułowej ciszy właśnie. Być może nie jakichś tam lotów najwyższych są to wywody – Petecki to jednak nie półka z Lemem – i zapewne co nieco po łebkach podane, acz na potrzeby tejże fabuły zupełnie wystarczające!

Polecam niniejszym każdemu SF maniakowi. Tylko Cisza to ciekawa i dobrze napisana, klasyczna i dosyć oryginalna, polska fantastyka naukowa! Zatem proszę czytać i nie dać jej umrzeć! 7/10.

Bohdan_Petecki

STREFY ZEROWE – 1972. To moja trzecia pozycja z Archiwum Polskiej Fantastyki i jednocześnie trzecia powieść, zapomnianego już co nieco, Bohdana Peteckiego. Autor, kojarzący mi się subiektywnie i nieco nachalnie z określeniem: solidna SF, nie zawiódł mnie i tym razem.

A nawet zrobił był więcej, gdyż urzekł mnie (czytelniczo!) najpełniej jak do tej pory. Uważana powszechnie za jego najlepsze dzieło, powieść Strefy Zerowe, to w mniemaniu moim, i nie tylko, znakomite science-fiction! Do tego rozkosznie twardziutkie (ups…) i naprawdę sprawnie napisane!

Obyty fantastycznie choć co nieco czytelnik, odnajdzie tutaj swoisty kogel-mogel niektórych myśli i problemów zawartych w Niezwyciężonym oraz Fiasku Stanisława Lema. Lecz o ile genialny Niezwyciężony napisany został blisko dekadę wcześniej – i Petecki mógł teoretycznie z niego zaczerpnąć to i owo oraz tamto – to Lemowe Fiasko, i opisany w nim kontakt z cywilizacją, która nijak owego kontaktu nie chce, to była dopiero melodia przyszłości.

Jednak w oczach tego czytelnika, który obydwie te pozycje polskiego klasyka SF rozkosznie już był zaznajomił, Strefy Zerowe Peteckiego jawić się mogą, nieszczęśliwie, jako rzecz cokolwiek wtórna. A przecież nijak to słuszne!

Bardzo zgrabnie i interesująco jest tutaj ta historia opisana. Opowieść o klasycznym kontakcie z wysoko rozwiniętą cywilizacją i o problemach niemałych tej kwestii się tyczących. Napisana językiem nieskomplikowanym, żywym, przyjemnym w odbiorze i znów: niebanalnym. Ciekawe, dobre i bardzo dobre opisy obcej inteligencji, choćby tylko podczas próby kontaktu w finale powieści, zasługują zdecydowanie na moje uznanie i wysokie noty!

Ciekaw jestem wielce, jak odebrałbym tę pozycję nie znając wcześniej Lemowych klasyków. Lem zapewne konkurencji tutaj bać się nie musi, jest wszak niekwestionowanym, precyzyjnym arcymistrzem. Lecz Petecki mimo, iż wydaje się być merytorycznie ligę niżej, Strefami Zerowymi prezentuje bez dwóch zdań, wysoki poziom frapującej a fantastycznej rozrywki!

Rozrywki, którą wszystkim pożeraczom klasycznej SF poznać trzeba oczywiście obowiązkowo! Bo jak dla mnie, to tym razem jest to rewelacja! 8/10.

Kapitan MO

Ilustracja w tle: Własnej produkcji, jedyny i niepowtarzalny a wysokogatunkowy „kolaż” z okładek „Tylko cisza” oraz „Strefy zerowe”, Bohdan Petecki, Wydawnictwo Solaris, 2013
Fotografia w tekście
: http://encyklopediafantastyki.pl/index.php/Plik:Bohdan_petecki.jpg

Sześć wzorowych rzeczy / Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

I. Być człowiekiem.
Niesłychaną rzecz robi Philip Dick w swoim Czy androidy marzą o elektrycznych owcach, i to już w pierwszych zdaniach: jest tam scena, w której bohater, przebudziwszy się, za sprawą specjalnego ustrojstwa programuje swój nastrój na nadchodzące godziny. Produktywność, dobre nastawienie i tak dalej. Obok, po drugiej stronie łóżka, jego żona zajmuje się tym samym, z jedną drobną różnicą: ona wybiera depresję, samooskarżanie i myśli samobójcze. To niebywałe. Dick przewiduje, że człowiek w przyszłości będzie w stanie uciec od dręczących go bolączek i koszmarów, że znajdzie lekarstwo nawet na złe nastroje i brak chęci do działania. Mimo to, chyba nigdy nie będzie w stanie uciec od bycia człowiekiem…

Ta prosta obserwacja, poranna kłótnia dwojga małżonków, najlepiej pokazuje, jakim geniuszem potrafił być Dick. Nie wyszedł jeszcze z sypialni, jego bohaterowie, na dobrą sprawę, nie wstali jeszcze z łóżka, a ten zdążył już przenikliwie ukazać, nieco ironicznie, acz celnie, bolączki ludzkiej natury.

Opóźniony wstęp.

Cała książka składa się z mnóstwa podobnych, błyskotliwych i celnych obserwacji, czym, bez dwu zdań, zachwyca. Jest jednak – paradoksalnie – często niedocenianą pozycją w dorobku autora (sic!). Otóż sięgamy po nią często na samym początku i, zwabieni legendarnością jej ekranizacji, spodziewamy się po niej cudów niestworzonych. Moja pierwsza lektura tego tytułu, tak właśnie wyglądała, w konsekwencji prowadząc do rozczarowania. Szczęśliwie książka trafiła w moje ręce jeszcze dwukrotnie, powrót do lektury był okazją do zweryfikowania tych pochopnych ocen.

W przeddzień premiery nowego filmu nawiązującego do słynnej książki, postanowiłem wrócić do wersji papierowej i wyciągnąć z niej sześć rzeczy, które Phil Dick zrobił wzorowo, które uważam za absolutnie wyjątkowe, stanowiące o tym, że to jedna z najważniejszych dla mnie książek. Powód pierwszy pojawił się już powyżej, zatem zmierzam wprost do punktu drugiego.

II. Chłam wypiera nie chłam.
John R. Isidore. Przedstawiciel najniższej grupy społecznej (wciąż jednak wyższej niż androidy) człowiek napromieniowany, częściowo upośledzony. Mieszka w starym, opuszczonym budynku, zamieszkując jedyne, pośród dziesiątek pustych mieszkań. Isidore żyje tu sam. Stara się w jakiś sposób utrzymywać swoje mieszkanie w dobrym stanie, koniec końców staje się jednak bezsilnym obserwatorem tego, jak cały budynek, w którym mieszka, pożerany jest przez chłam. Nie chodzi tu rzecz jasna o żadną dosłowność – to jest świadectwo samotnego życia, w którym bohater jest zanurzony. Tego, jak stopniowo, dzień po dniu, pożera go codzienność i głucha pustka.

I jest taka scena, w której do jednego z sąsiednich mieszkań wprowadza się tajemnicza i piękna kobieta. Isidore traktuje ją z mieszaniną strachu i czci, ale jednocześnie lgnie do niej, chce jej pomóc, chce być jej przyjacielem. Doznawszy pogardy od całego społeczeństwa, stojącego nad nim, od niej jednej pragnie śladowego choćby uznania i wdzięczności. W trakcie ich pierwszej rozmowy, jąkając się, mówi o wykonywanej przez siebie prostej pracy z pewnym namaszczeniem, starając się przekonać ją, że ta nie rozmawia z byle kim… A że wykonywany zawód raczej nie należy do najbardziej prestiżowych, cała scena zdobywa pewien gorzki wydźwięk. W oczach swej nowej sąsiadki (z którą przecież coś nie gra, nawet on, opóźniony intelektualnie, podskórnie to czuje) szukał będzie J.R. Isidore potwierdzenia swojej wartości. Niezmiennie porusza mnie ta ich relacja.

III. Obłuda i Wstyd.
Świat przyszłości, według Dicka, kręci się wokół empatii – najważniejszej rzeczy wyróżniającej człowieka, tego, co odróżnia go od androidów. Empatia to klucz do zrozumienia wielkiego paradoksu, jaki w Blade Runnerze zostaje ukazany. Bowiem tym, co ma najlepiej zaświadczać o naszej zdolności do troski i współodczuwania, jest posiadanie i pielęgnowanie zwierząt. Deckard, w jednej z pierwszych scen, wzywa serwisanta do swojej zepsutej owcy. Prawdziwe, żywe zwierzę, jest oznaką wysokiego statusu społecznego i stać na nie tylko nielicznych, powszechnie więc kupuje się w tajemnicy zwierzęta sztuczne, tak, by symulowały wysoką pozycję w społeczeństwie. Jakże wstydzi się bohater tego, że jego owca jest elektrycznym, sztucznym tworem, w dodatku zepsutym!

Mając w pamięci filary tutejszego świata (empatię i współczucie), przyjrzyjmy się kolejnym poczynaniom bohatera. Androidy w realiach dickowej powieści, to jednostki o zerowym statusie społecznym. Nie posiadają żadnych praw, jedynie obowiązki. Gdy więc grupa kilku z nich ucieka na Ziemię w poszukiwaniu spokojnego życia, ich pozycja z miejsca staje się ujemna. Czeka je jedynie eliminacja. Dick ukazuje ściganych jako postaci nie odbiegające wcale od ludzi: boją się, mają swoje nadzieje i marzenia, towarzyszy im wola przetrwania, są inteligentne, odczuwają, a nawet tworzą piękno.

Deckard, dostawszy zlecenie, okraszone niemałą nagrodą, bezwzględnie ściga swoje ofiary i pozbawia je życia. W zachowaniu tym nie widzi żadnych niezgodności, niczego, co byłoby nieetyczne albo niemoralne. Momentami szarpią nim wątpliwości, zagłusza je jednak. Jego bezwzględność jest rażąca, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że główną motywacją bohatera jest zdobycie pieniędzy na żywe zwierzę, mające legitymować wysoki poziom jego empatii i moralności! Co za przewrotność! (Rzecz jasna Deckard nie jest postacią płaską, przechodzi pewne przemiany, ale mowa tutaj o punkcie wyjścia i postawie dominującej).

IV. MERCER.
Świat Łowcy Androidów, jak już napisano, stoi na fundamencie empatii i moralności. Rządzą one działaniami społeczeństwa, są najważniejszymi cnotami i wytycznymi w życiu osobistym bohaterów. Dick nie byłby sobą, gdyby nie przekroczył pewnych granic i poza społecznym i filozoficznym wymiarem empatii, nie nadał jej także zabarwienia mistycznego i religijnego.

Zrobił to w jakże charakterystyczny dla siebie sposób, sprawiając, że kult merceryzmu, który wymyślił, jest połączeniem religijnych misteriów, wirtualnej rzeczywistości i show rozrywkowych, w których kolejni wierni, podpinający się pod sieć i doznający wizji, łączą się ze sobą i współodczuwają w duchowej symbiozie. Wszystkich, w alegorycznej wizji na wzgórze prowadzi Mercer – mesjasz. Jedynym zbawieniem, jakie ma do zaoferowania ten mesjasz, jest świadomość, że wszyscy, tak jak on, wchodzimy na wzgórze doznając ciosów, wszyscy przeżywamy to samo. Jesteśmy razem, a największym sakramentem jest tu empatia.

V. Pająk.
Androidy są poniekąd opowieścią o stopniowaniu, o patrzeniu na świat ze zmieniających się perspektyw. Na szczycie Rick Deckard z pistoletem laserowym w dłoni i typowe (błahe z naszego punktu widzenia) zmartwienia jego klasy. Niżej (znacznie niżej) stoi J.R. Isidore. Ten, trudniąc się podrzędnymi zajęciami, usilnie stara się nadać swojemu życiu jakąś treść. Stara się być dla kogoś ważny. No i androidy, na samym dnie. Bez prawa do wolności, a po zdobyciu owego zakazanego owocu, również bez prawa do życia. W jednej ze scen, Dick przesuwa tę drabinę istnień jeszcze niżej.

Jedna z bohaterek, android, znalazłszy pająka, w okrutnej torturze pozbawia go nóg, traktuje to jak czynność moralnie neutralną. Męczenie zwierzęcia nie bawi jej, ale też nie widzi w nim niczego złego. Scena ciągnie się niemiłosiernie długo, a autor nie szczędzi nam opisów cierpiącego stworzenia, które dostało się w ręce obojętnej, acz okrutnej dlań siły. Dick nie tylko dostawia kolejny stopień na schodach coraz niższych pozycji, on w tej scenie przewrotnie odwraca role. Zaszczuty android w jednej chwili z ofiary staje się oprawcą. Czy to w ramach jakiejś przewrotnej a podświadomej rekompensaty, czy też potwierdzenia zakładanego od samego początku braku empatii? Nie wiem.

VI. Pytanie / zamiast podsumowania.
Jedna z ofiar Ricka, pewien mężczyzna, najwyraźniej nie mający pojęcia o byciu androidem, po odkryciu prawdy, wykrzykuje z rozpaczą, że przecież ma wiewiórkę! Opieka nad zwierzęciem jest w Blade Runnerze przejawem posiadanej empatii, android opiekujący się zwierzęciem, jest zatem ewenementem.

Wróćmy do pytania. Do pytania tytułowego. Jak to jest z tymi androidami? Czy marzą o swoich elektrycznych owcach? Bo przecież o tym, że marzą, wątpić nie możemy. Spójrzmy na wcześniejsze punkty. Elektryczna owca jest powodem wstydu głównego bohatera, w drabinie społecznych ról, stojącego w miarę wysoko. Dlaczegóż miałaby więc być obiektem pożądania sztucznego człowieka? Z perspektywy androida, wykluczonego, wyrzuconego poza margines społeczeństwa, zwierzę, nawet sztuczne, musi wyglądać jak jakiś nieosiągalny Święty Graal. Możność posiadania, nawet tego, co dla innych jest odpadem, stanowiłaby o jakim społecznym minimum, do którego by ich dopuszczono.

I tutaj znajduję połączenie między powieścią Dicka a naszym, realnym światem. To opowieść o nierówności. Ci na górze, zaprzątają sobie głowy błahymi sprawami, podczas gdy ci na dole usilnie pragną tego, czym tamci pogardzają, czego się wstydzą. Bez względu na to, jak potraktujemy Czy androidy…, w skali globalnej, społecznej, czy też osobistej, wydźwięk książki pozostaje niezmiennie aktualny. Człowiek może wyleczyć depresję, ale nigdy nie wyleczy bycia człowiekiem.

Wasz Paweł M
Jako grafikę główną wykorzystałem lekko przerobiony wizerunek zdobiący Rebisowe wydanie książki, ilustracja autorstwa Wojciecha Siudmaka.