Kijem po mrowisku / Andrzej Sapkowski i jego sezonowa burza

W listopadzie 2013 roku, wielbiony i kochany przez czytelnicze masy Wiedźmin, zaskakująco był do nas książkowo powrócił. I odbyło się to bez żadnych hucznych czy buńczucznych zapowiedzi ze strony wydawnictwa, czy samego Autora. Sezon burz zwyczajnie, choć sensacyjnie, pojawił się na kilkadziesiąt godzin przed swą premierą, w zapowiedziach różnorakich księgarń internetowych.

Dla każdego fana był to szok absolutny! Połączony rzecz jasna z niedowierzaniem i kiwaniem głową. Kiwaniem radosnym: wzdłużnie-aprobującym, ale i też poprzecznie-negującym wielce taki odautorski pomysł! No bo po cóż, i na cóż, takie figle Sapkowskiemu było czynić? Po silnie kontrowersyjnej Żmii, większość fanów mocno zwątpiło w formę Mistrza polskiego fantasy, a nagłe pojawienie się kolejnych przygód Białego Wilka i s-ki, groziło, przynajmniej w teorii, z(a)burzeniem wiedźmińskiego – zamkniętego już wydawać by się mogło – kanonu, i to w prawdopodobnym, raczej kiepskawym stylu!

Sam jednak należałem do grona tych czytelników, którzy wiadomość ową przyjęli nad wyraz entuzjastycznie! Naprawdę, nie pamiętam bym kiedykolwiek czekał na odbiór jakiejś książki z tak wielką niecierpliwością, z takimi nadziejami i jeszcze większymi rumieńcami, jasno symbolizującymi potężne, czytelnicze podniecenie! Drżącymi rękoma rozpakowałem przesyłkę i jeszcze tego samego dnia, wieczorową porą, rozpocząłem lekturę!

Po 20 latach od kanonicznego zbioru opowiadań Ostatnie życzenie, AS swym Sezonem burz, cofa nas niejako nostalgicznie w czytelniczym czasie. Znów poczuć możemy ten sam wyjątkowy klimat, te same rozterki Geralta, rzuconego w stary i dobrze nam znany świat magii i wiedźmińskich mieczy. Jest Jaskier – ten sam, jest i troszku Yennefer – także tej samej. Są też czarodzieje, potwory, intrygi i masa interesujących, naprawdę dobrze rozpisanych, ale jednak nowych przygód! 

wiedzmin-tom-8-sezon-burz-b-iext44044949

Są świetne znów dialogi, mnóstwo humoru, prawd życiowych, a także i tych krasnoludzkich! Akcja nie gna na łeb na szyję, jak to bywało u Reynevana, ale jest skonstruowana… po staremu. Choć nowością na pewno jest tutaj sama forma – jedno duże, wielowątkowe opowiadanie.

Tą książką, Andrzej Sapkowski w znakomitym stylu powraca na sam TOP! Tam zresztą, gdzie jest jego miejsce. Uściślijmy jednak – Sezonem burz nie serwuje nam pisarsko absolutnie niczego nowego. W tym jednak to szczególnym przypadku – wydaje mi się to być całkiem sporym komplementem! Moim zdaniem Autor pokazał klasę, pokazał także, iż wciąż potrafi. Jedni być może powiedzą, iż owszem: potrafi, ale naśladować siebie samego z lat 90. I że robi to na dodatek wyłącznie dla kasy! Osobiście nie zgadzam się z tego typu stwierdzeniami, co więcej – jest mi to tutaj całkowicie obojętne, gdyż…

Gdyż najważniejszą sprawą dla mnie, jako spragnionego wiedźmińskich perypetii czytelnika, jest to, że Sapkowski dał mi dokładnie to, na co tyle lat czekałem: nie burząc wiedźmińskiego kanonu – garści kilka całkiem nowych przygód Geralta, literacko staroszkolnie spisanych, a wszystko to na naprawdę wysokim znów, i fantasy pełnym, poziomie!  

Dla mnie czytelniczy powrót do Wiedźminlandu, okazał się prawdziwą i pełną smakołyków ucztą! Niespodziewaną zupełnie, choć wyczekiwaną bardzo. Ucztą obfitą i zaspakajającą me czytelnicze, fanowskie potrzeby całkowicie! Zapewne można było ją podać lepiej, inaczej, tudzież przy jeszcze bardziej suto zastawionych stołach. Sapkowski jednak zaserwował ją nam tak, a nie inaczej. Ja tam jestem zadowolon oraz kontent i zdecydowanie czekam wciąż na więcej!

Kapitan MO

Fotografia w tle: https://www.wykop.pl/tag/sapkowski
Fotografia w tekście: Andrzej Sapkowski, Sezon burz, Wydawnictwo SuperNOWA, 2013

Reklamy

Wielka Trójca Janusza Zajdla / Cylinder van Troffa

Cylinder van Troffa, wydany w roku 1980, to kolejny zajdlowski majstersztyk i delikates!

Prekursor gatunku fantastyki socjologicznej, tym razem serwuje nam niezwykle smacznie podany temat powrotu z gwiazd. Nie da się ukryć – jeden z moich ulubionych w tej dziedzinie literatury.

Bezimienny kosmonauta, wraz z grupą kolegów i koleżanek z ekspedycji do dalekiej Dzety, po blisko 200 ziemskich latach powraca na ojczystą planetę. Po drodze, przechwytuje ich stacja na Księżycu i dość niespodziewanie więzi, lub mówiąc precyzyjniej: przyjmuje i zabrania opuszczać stację, dla ich ogólnie pojętego dobra i bezpieczeństwa.

Nasi badacze dowiadują się na niej, iż na Ziemi, podczas ich długiej nieobecności, doszło do wielu niekorzystnych, katastrofalnych wręcz zmian, i nikt opuścić Księżyca na ten czas nie może. Ekipa kosmonautów wiary temu specjalnie nie daje i w tajemnicy postanawia jednego spośród siebie na Ziemię wyekspediować. Aby naocznie mógł się przekonać, jak naprawdę rysuje się tam sytuacja!

okladka-200

Zajdel, oczami naszego bohatera, ukazuje sugestywny i ponury obraz zastanej ludzkości. Pięknym i lekkim, precyzyjnym i jak zawsze zadbanym piórem, opisuje pozostawione już w zasadzie tylko sobie, wysoko zautomatyzowane, komputerowo sterowane i zarządzane, wielopoziomowe Miasto-Moloch, zaspakajające wszystkie życiowe potrzeby swoich zdegenerowanych, skazanych na zagładę mieszkańców. Niedobitków ludzkości: Gnypli, Zgredów, Docentów, Lunaków i Kosmaków.

Miasto, którego zdecydowaną większość stanowią już cwane hordy szczurów, radzących sobie w zaistniałych warunkach znakomicie, włączając w to przemieszczanie się po tym mieście metrem!

W takich to okolicznościach, nasz bohater dochodzić będzie prawdy o tym, co doprowadziło do takiego koszmaru i dlaczego ludzkość umiera w takiej degrengoladzie. Realizować też tutaj będzie swoją prywatną misję, związaną z pozostawioną tu przed odlotem kobietą – Yettą i tajemniczym, tytułowym Cylindrem van Troffa.

Znakomita pozycja! I znowu: wybitna w polskim SF! Nic niestarzejąca się, świetnie napisana, inteligentna i frapująca! Dodatkowo z dość zabawnym (pomimo tematyki), przewrotnym zakończeniem, a’la Ijon Tichy. Bez dwóch, ni trzech nawet zdań, Cylinder van Troffa poznać musi każdy pasjonat polskiej fantastyki! Bo dzieło Zajdla, to kolejna lektura obowiązkowa! KLASYK.

Kapitan MO

Grafika w tle: Fotografia własna
Grafika w tekście: Janusz A. Zajdel, Cylinder van Troffa, Wydawnictwo SuperNOWA, 2008

Bardzo krótko / David Brin – Tryumf Fundacji

„Tryumf Fundacji” to taki ciut ulepszony Asimov, to znaczy ulepszony w zakresie literackim, bo całą pracę koncepcyjną musiał oczywiście wykonać sam Isaac.

Świat Fundacji to w ogóle jeden z niewielu tak szeroko zakrojonych i tak dobrze pomyślanych światów w historii SF, stąd pokusa uzupełnienia go nowymi historiami wydaje się całkiem naturalna, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, w jak szerokich ramach czasowych umieścił go Asimov – liczba luk do wypełnienia wyżywiłaby całe zastępy pisarzy. Dobrze jednak, że właściciele praw do dzieł Asimova zarządzają nimi ostrożnie – z jednej strony twardogłowi fani już tę jedną nową trylogię mogą uznać za herezję, z drugiej jednak nietrudno dziś wyobrazić sobie sytuację, w której franczyzy sprzedano by do wielu państw (jak „Metro 2033”) i nastąpiłby wysyp apokryficznych, usankcjonowanych jedynie prawnie dzieł, których masowość w nieunikniony sposób niosłaby za sobą spadek jakości. Jestem w stanie przedstawić sobie, kto podjąłby rękawicę w Polsce jako urzędowy (choć świeży) omnibus i wolę jednak wizje, które wyobraźnia podsuwa mi na styku nocy i dnia.

„Tryumf” wpisuje się w cykl bardzo sprawnie, podejmując i konkludując wątki zapoczątkowane przez Benforda i Beara, dając odpowiedzi na kilka nurtujących pytań, ale i stawiając nowe. Nadaje to powieści bardzo klasyczną formę, bo wyjaśnienia zamieszczone w ostatnich rozdziałach są rozbudowane i satysfakcjonujące.

Brin ma tę przewagę nad Asimovem, że zna ostatnie dokonania nauki oraz zdobycze techniki i może je łagodnie wprowadzić do powieści – pojawia się chociażby internet – eliminując anachronizmy, które w przypadku pisanych kilkadziesiąt lat temu tomów „Fundacji” są nieuniknione.

Autor ma wykształcenie filozoficzne i to widać. Bierze na warsztat doktryny kojarzące mi się z Millem czy choćby naszym swojskim Znamierowskim i dowodzi, że mogą się one sprawdzać tylko do pewnego etapu rozwoju ludzkości. Z utopią rozprawia się w sposób o niedoścignionej skuteczności, czyli kreując świat, w którym się ona ziściła.

Być może nie będzie też nadinterpretacją odczytanie „Tryumfu” w kategoriach teologicznych, sytuując go jako głos zawieszony pomiędzy ateizmem a deizmem. Powieść stawia pytanie o definicję Boga, i to stawia nie wprost, a odpowiedź, jaka narzuca się na postawie dokonań jedynej postaci obecnej we wszystkich tomach cyklu, pozwala przeprowadzić paralelę między dawnymi (z perspektywy Fundacji) ludzkimi religiami a nową –  i dojść do niezmiennie aktualnego wniosku, że ułomny człowiek może stworzyć jedynie ułomnego Boga.

utracjusz

Wielka Trójca Janusza Zajdla / Limes Inferior

Limes Inferior z roku 1982, to podług opinii mojej, ale i chyba większości fanów polskiej fantastyki, najlepsza powieść Zajdla. Znajdziemy w niej wyśmienicie, plastycznie i szczegółowo wykreowany świat metropolii Argolandu, wraz z jej klasowymi mieszkańcami, którzy to po raz kolejny już u tego Autora, realizują jedynie słuszny, a odgórnie im narzucony, system społeczny.

Jedynaki i Szóstaki – każdy z nich dąży, wraz z rządzącymi Aglomeracją Zerowcami, do upragnionego i coraz to bliższego już ideału życia! Radosnej egzystencji bez pracy, zmartwień i w powszechnym dobrobycie, w konsumpcyjnym raju dla wszystkich. Jak się później okazuje, a bohater główny książki Sneer najpierw podejrzewa, a potem sam przekonuje – prawda jest nieco inna…

Tradycyjnie wspaniały i lekki styl pióra J.A.Z. czyni lekturę tej zdecydowanie jednej z najwybitniejszej pozycji polskiej fantastyki socjologicznej, jak i polskiej SF w ogóle, niezwykle przyjemną! Ale ci co czytali już Zajdla wiedzą, że to standard…

limes-inferior-b-iext44036143

Obcujemy tutaj zatem z wysokiej klasy fantastyką, kolejnymi alegoriami i nawiązaniami do historyczno-polityczno-socjologicznych uwarunkowań Polski, w latach narzuconych jej odgórnie socjalistycznych idei i budowania komunistycznego raju, a także – i to chyba dość niespodziewanie – aktualnym ostrzeżeniem przed ogłupiającym, konsumpcyjnym i zautomatyzowanym modelem przyszłości świata, nie tak znów odległym, a dość przerażająco i wyraźnie już urzeczywistniającym się na naszych oczach.

Zajdlowi udało się więc znów napisać przepyszny kawałek socjologicznej SF, przemycić po raz kolejny antytotalitarne przesłanie, jak i ostrzec przed konsumpcyjną papką, technologiczną pułapką oraz kulturową degeneracją ludzkości, dążącej za wszelką cenę do maksymalnej wygody i zaspakajania swoich, co raz to większych a płytszych potrzeb, kosztem globalnego zidiocenia.

Czy dla tak przedstawionego modelu świata jest jakaś nadzieja? Chyba tylko lifter Sneer ją zna…

Konkludując: dzieło to absolutnie wybitne! Obowiązkowe do fantastycznego, czytelniczego zapoznania, ale przede wszystkim – i to po tylu latach – nad wyraz aktualne! Kanon polskiej SF.

Kapitan MO

Grafika w tle: Fotografia własna
Grafika w tekście: Janusz A. Zajdel, Limes Inferior, Wydawnictwo SuperNOWA, 2004

Graham Masterton / Motyla noga, chyba nie jestem dziś w nastroju do pisania


Przed Wami wywiad złożony z pytań, które sami wymyśliliście. Zadaliśmy je brytyjskiemu pisarzowi, a on udzielił szczegółowych i niekiedy zaskakujących odpowiedzi. Zdradził między innymi, że na tyle pokochał Wrocław, by umieścić tu wkrótce akcję swojej powieści.

Zapraszamy do (długiej) lektury!

Jesteś niezwykle płodnym pisarzem. Czy masz jakieś „rytuały”, które praktykujesz przy pisaniu książek? Może jakieś osobiste dziwactwa z tym związane?

Wstaję. Przyrządzam dawkę końskiej kawy (w której nie zatonęłaby podkowa). Odpowiadam na wszystkie emaile i wiadomości na Facebooku. Następnie zaczynam pisać i robię to w ciszy do około 17.00, choć w porze obiadowej robię krótką przerwę, by kupić gazetę i rozprostować nogi. Nigdy nie słucham przy tym muzyki. Philip Pullman też tego nie robi. Pisanie ma swój własny rytm i nie chciałbym, aby zaburzał go rytm Koncertu Cesarskiego Beethovena, choć bardzo go lubię.
Wieczorem wybieram się czasem do pubu na drinka i spotkanie z przyjaciółmi. Niekiedy spotykam się też z Dawn Harris, która jest pisarką i oczekuje na publikację swej pierwszej powieści, nad którą pomagałem jej pracować przez ostatnich pięć lat.
Ale nie mam żadnych dziwacznych rytuałów. Zaczynałem jako dziennikarz w wieku 17 lat, później zostałem redaktorem naczelnym i szybko nauczyłem się, że powodzenie pisarskie nie bierze się z niczego dziwnego, tylko z codziennego, konsekwentnego stukania w klawiaturę.

Czy któryś z bohaterów Twoich książek odwiedził Cię w koszmarze sennym? A może wciąż Cię odwiedza?

Bardzo rzadko miewam sny. To znaczy zapewne je miewam, ale niezmiernie rzadko coś z nich pamiętam. Kładę się do łóżka, zasypiam, budzę się. Być może spowodowane jest to faktem, że podczas procesu pisania opróżniam swój umysł ze wszelkich trosk czy wątpliwości. Gdy mam jakiś problem w pracy nad fabułą powieści, zdarza mi się jednak zapadać w poranne drzemki i wówczas przytrafiają mi się sny pomagające go rozwiązać. Trzeba jednak wiedzieć, że w tych snach zawsze odgrywam rolę głównego bohatera, nawet jeśli jest to kobieta jak Katie Maguire. Te poranne sny są bardzo realistyczne i niezmiernie pomocne w rozwijaniu fabuły.

Neil McCormick marzył o zabiciu Bono, a o uśmierceniu kogo marzy Graham Masterton?

Nie sądzę, by zabójstwo było dobrym rozwiązaniem, nieważne jak bardzo się kogoś nie cierpi. Są jednak ludzie tak toksyczni, że chętnie zdegradowałbym ich do roli pomocy kuchennej w McDonaldzie albo recepcjonistki w podupadającym ośrodku wczasowym na północno-zachodnim wybrzeżu Anglii. Jednym z takich ludzi jest John McDonnell, Kanclerz Skarbu w gabinecie cieni Brytyjskiej Partii Pracy. Określa sam siebie jako marksistę, a ja dobrze pamiętam, co uczynił marksizm z Polską, NRD oraz pozostałymi państwami tzw. bloku sowieckiego. Gdy dziś rozmawiam z młodymi warszawianami, nie mają oni świadomości, jaka bieda panowała w ich mieście trzydzieści lat temu, kiedy ludzie sprzedawali na Marszałkowskiej własne meble, by mieć za co wyżyć. Nie pamiętają trującego, żółtego powietrza nad Katowicami.
A jeśli już wolno mi puścić wodze fantazji, to wynająłbym również snajpera do ”zdjęcia” Jeremiego Corbyna, lidera laburzystów, siwobrodego komunisty z zamierzchłych czasów, który dla niewiadomych powodów stał się idolem młodej generacji.
No i nie miałbym nic przeciwko własnoręcznemu zastrzeleniu Eda Sheerana.

Czy związujesz się emocjonalnie z postaciami?

Oczywiście, ponieważ wszyscy moi bohaterowie są w jakimś stopniu mną. Tym najbliższym memu sercu jest chyba Harry Erskine z „Manitou”, ponieważ ma zdrowy dystans zarówno do siebie, jak i do świata. Przepowiada też przyszłość za pomocą kart, by zwabić atrakcyjne kobiety, co jest niestety również moją słabością. Sam posiadam talię kart zwanych La Sybille des Salons, które są zdolne zaczarować młode panie [śmiech]. A jednak chciałbym podkreślić, że mocno wspieram kobiety w walce o ich prawa. I robię to od bardzo dawna, a konkretnie od czasu mojej pracy jako wydawca magazynów dla mężczyzn takich jak „Mayfair” czy „Penthouse”, kiedy to w przeciwieństwie do większości mężczyzn traktowałem modelki podmiotowo, a nie przedmiotowo. Większość moich przyjaciół to kobiety i pewnie dlatego odczuwam silną więź z Katie Maguire, która musi walczyć nie tylko z przestępcami, ale i z seksizmem wewnątrz policji. Robię jednak wszystko, by wyszła z tej walki obronną ręką.

Kto zwykle zostaje pierwszym krytykiem Twoich dzieł? Wydawca? Ktoś
z rodziny?

Moja zmarła żona Wieśka zwykła czytywać każdy napisany przeze mnie rozdział i poddawać go surowemu osądowi, co było bardzo pomocne. Po jej śmierci nie wiedziałem, co zrobić, ale z pomocą przyszła mi ówczesna szefowa promocji wydawnictwa Albatros, Marysia Raczkowska, która zgodziła się czytać na bieżąco moją nową powieść „Śpiączka” w miarę jej powstawania. Jej wsparcie w tym trudnym okresie było dla mnie bardzo ważne i do dziś pozostajemy przyjaciółmi.
Obecnie sam jestem swoim krytykiem, i to bardzo wymagającym. Codziennie zaczynam pracę od przeczytania tego, co napisałem poprzedniego dnia, i poprawiania. W końcu sam wydawałem gazetę i potrafię bezbłędnie rozpoznać ścierwo.

o+éawa_0060

Czego się najbardziej boisz?

Osobiście nie boję się niczego. Nie wierzę w duchy, demony czy Szatana. Ale zawsze martwię się trochę o moich trzech synów oraz jedenaścioro wnuków. Chcę, żeby byli szczęśliwi i bezpieczni.

Czy byłeś kiedyś w kopalni pod ziemią? Czy taka sceneria i miejsce to dobry sposób na nową koncepcję do nowej książki?

Byłem kiedyś w kopalni, w Walii. Było kurewsko ciemno. Napisałem o tym doświadczeniu opowiadanie pt. „Men of Maes”. Czytałem też powieść Juliusza Verne’a o ludziach w kopalni, ale było to tak dawno temu, że nie pamiętam żadnych szczegółów. Mój dziadek był generalnym inspektorem szkockich kopalni, więc wielu członków mojej rodziny ze strony ojca pracowało na dole. Kilku straciło tam nawet życie. Mój cioteczny dziadek wpadł do szybu w wieku 17 lat. Również mój teść Kazimierz był górnikiem, ale później przekwalifikował się na ogrodnika, bo w szklarni było jaśniej. Niestety, niewiele mu to pomogło, bo w końcu zamordował swoją kochankę, a sam się powiesił.

Czy przyjąłbyś zaproszenie H.P. Lovecrafta na wspólne picie wódki na brzegu morza, o północy, podczas pełni?

Raczej nie pijam już wódki, choć nie pogardzę szklanką krupniku od czasu do czasu. Ale nie przyjąłbym jego zaproszenia. Nie żebym miał cokolwiek przeciwko brzegowi morza, pełni czy północy, tylko nie sądzę, byśmy mieli się ze starym H.P. dogadać. Za młodu lubiłem jego opowiadania – i oczywiście przywłaszczyłem sobie jego pomysły na potrzeby „Manitou” i „Drapieżców”. Ale miał tak potężny podbródek, że nie sądzę, byśmy zdołali zmieścić się obaj na jednej plaży.

Jakie książki czytał Graham Masterton w dzieciństwie / wczesnej młodości?

Edgar Allan Poe, Juliusz Verne, Bram Stoker. Później wziąłem się za twardych amerykańskich pisarzy jak Nelson Algren. A potem zafascynowali mnie bitnicy – Jack Kerouac, Allan Ginsberg i William Burroughs. Oczywiście z tym ostatnim zaprzyjaźniłem się, gdy przeprowadził się do Londynu. Godzinami rozmawialiśmy o tym, jak umieścić czytelnika wewnątrz opowieści. Przyznam, że mój styl pisarski wykuł się, a przynajmniej okrzepł dzięki tym dyskusjom.

I czy spał przy włączonym świetle?

Nigdy nie bałem się ciemności. Ciemność to tylko brak światła.

Bobry czy jeże?

Zakładając, że masz na myśli prawdziwe zwierzęta, a nie żeńskie organy płciowe, wyznam, iż nie zaliczam się do szczególnych miłośników zwierzaków. Bywałem wypraszany z pubów za narzekanie na nachalnie obwąchujące mnie psy.
Ale wstrząsnęła mną informacja o brutalnych walkach psów w Irlandii. Zainspirowało mnie to do umieszczenia mocnych scen o tej tematyce w mojej najnowszej powieści o Katie Maguire pt. „Living Death”. Podczas występu w programie telewizyjnym w Cork poznałem też bardzo popularną (i bardzo ładną) irlandzką psycholog Sabinę Brennan, która, jak się okazało, jest posiadaczką czterech psów ze schroniska. Zasugerowałem jej, że powinniśmy rozpocząć w Irlandii kampanię medialną zachęcającą ludzi do zgłaszania znanych im przypadków walk psów. Kiedy jednak porozmawiałem na ten temat ze znajomym byłym członkiem Gardy, irlandzkiej policji, stanowczo mi to odradził jako zbyt ryzykowne, szczególnie dla Sabiny, która mieszka w Dublinie. Gangi kontrolujące walki psów są bardzo bezwzględne. Okazuje się, że walki te są bardziej dochodowe niż handel narkotykami czy napady na banki. Musiałem więc porzucić ten pomysł ze względów bezpieczeństwa.

Razem z Wieśką stanowiliście udane małżeństwo – czy masz jakieś rady, wskazówki dla par, jak stworzyć perfekcyjny związek?

Zawsze próbuj zrozumieć punkt widzenia swojego partnera, i to na wszystko, poczynając od kolacji, a kończąc na seksie. Spróbuj przeniknąć jej / jego myśli. Nie oznacza to bynajmniej słabości i braku asertywności. Wręcz przeciwnie. Ale oznacza to bycie dobrym i tolerancyjnym.
Chociaż prawdopodobnie nie jestem najlepszym adresatem tego pytania. Jak mówiłem wcześniej, zawsze najbardziej przyjaźniłem się z kobietami i nie znoszę rozmów o piłce nożnej, golfie czy samochodach. Zawsze omijam też w gazecie dział sportowy. Sport to dzieło Szatana.

+-migr+-d_0053

Co sprawia, że straszna historia naprawdę straszy?

Jeśli podważa wszystko, co uważałeś za bezpieczne i odbiera twoim bohaterom zdolność obrony – jesteś w domu. Klasycznym przykładem jest pierwszy rozdział mojej powieści „Czarny anioł”, w którym cała rodzina zostaje zamordowana przez niespodziewanego sprawcę. Autor horrorów Brian Keene powiedział ostatnio, że to był mistrzowska lekcja horroru absolutnego, bo przedstawia ojca, którego rodzina jest mordowana na jego oczach, a on nic nie może na to poradzić. Bezradność, oto, co jest przerażające.

Dlaczego zakończenia zawsze są pozytywne?

Nie wydaje mi się, żebym szczególnie lubił szczęśliwe zakończenia. No, może za wyjątkiem wizyt w salonie masażu tajskiego [śmiech]. Zawsze staram się postawić ciemny znak zapytania na końcu moich książek. W „Koszmarze” bohaterka zostaje zastrzelona na ostatniej stronie, za co spadła na mnie ogromna krytyka ze strony czytelników.

Jaka była najdziwniejsza rzecz, na jakiej złożył autograf Graham Masterton?

Były dwie takie rzeczy: robiona na zamówienie psia obroża z moją facjatą i lewy pośladek dziewczyny na basenie w Napa w Kalifornii.

Co jest dla Ciebie najbardziej inspirującą rzeczą na świecie?

Pomaganie ludziom w wyrażeniu siebie. Na przykład kiedy poznałem Dawn Harris, powiedziała mi, że chce zostać pisarką i pomogłem jej w pracy nad jej pierwszą książką. Byłem zaciekłym krytykiem, ale ona się nie poddawała, przerabiała, poprawiała, aż w końcu powieść była tak dobra, że bez trudu znalazłem jej agenta i wydawcę. Podobna motywacja stała za moim ogólnopolskim konkursem literackim o nagrodę Grahama Mastertona „Pisane w więzieniu”, w którym zaprosiłem pensjonariuszy polskich zakładów karnych do napisania opowiadania liczącego tysiąc słów. Zależało mi na tym, by dać im możliwość wyrażenia siebie światu na zewnątrz murów, w których są zamknięci – możliwość, której normalnie nie mają. Odzew był fantastyczny – 130 bardzo niekiedy wzruszających opowiadań, których jakość była imponująca. W przyszłym roku planuję więc kolejną edycję konkursu.

Do jakiej książki zawsze wracasz?

Nie czytuję już fikcji. Jak możesz sobie wyobrazić, spędzam całe dnie na pisaniu własnej i ostatnią rzeczą, jaką chcę jeszcze robić, jest czytanie cudzej. To jakby szef kuchni wracał do domu po całym dniu pracy w restauracji i musiał jeszcze pichcić kolację albo, co gorsza, odgrzewać w mikrofali jakieś mrożonki. Nie przeczytałem żadnej książki Stephena Kinga ani choć jednego słowa z „Harry’ego Pottera”. Ale w 1970 roku otrzymałem „The Process”, powieść Briona Gysina, artysty, pisarza i przyjaciela Williama Burroughsa. Opowiada ona o podróży czarnoskórego profesora przez Saharę. Zawsze do niej wracam, bo do tej pory nie wyszedłem poza dwudziestą drugą stronę. Jest po prostu tak dobra, że rozkoszuję się każdym zdaniem i nie czuję potrzeby dalszego czytania. Brion mówi, że pudełko zapałek chichocze, gdy nim potrząsnąć. Jego proza jest bardzo inspirująca.

Skąd bierzesz pomysły na tak realistyczne przedstawienie postaci, otoczenia?

Odbyłem niezły trening jako dziennikarz, więc jestem przyzwyczajony do wynajdywania historii w doniesieniach medialnych, nawet w najkrótszych zajawkach. Mam więcej pomysłów na książki, niż kiedykolwiek będę w stanie zrealizować. Ale jako reporter nauczyłem się jeszcze czegoś: jak rozmawiać z ludźmi o najbardziej intymnych sprawach w ich życiu – czego się boją, dlaczego rozpadają się ich związki, jakie są ich ambicje. Jest mi więc łatwo opisywać te prawdziwe uczucia w moich książkach. Jeśli zaś chodzi o środowisko, lubię wybierać nietypową scenerię – jak Cork w serii o Katie Maguire – i opisywać ją tak szczegółowo, by wydała się czytelnikowi prawdziwa. Napisałem „Dziecko ciemności” po swoim pierwszym pobycie w Warszawie w 1989 roku, ale chciałbym stworzyć więcej powieści, których akcja toczy się w Polsce, tak bardzo Wasz kraj się zmienił. Wrocławiu, miej się więc na baczności – diabeł już po ciebie idzie! [śmiech]

Czy gdybyś nie był pisarzem, bałbyś się czytając takie książki, które sam piszesz?

Nie wydaje mi się. Gdybym nie został pisarzem, byłbym komikiem występującym na scenie. Mój pradziadek ze strony matki był Polakiem, synem kupca winnego. Może dlatego tak bardzo lubię wino [śmiech]. Ale pod koniec XIX wieku przybył do Anglii i został agentem teatralnym. Chyba odziedziczyłem po nim część skłonności do showbiznesu, toteż raczej nie bałbym się takich książek jak moje. Prędzej bym się z nich śmiał.

+-migr+-d_0030

Najtrudniejsze słowo po polsku, jakie słyszałeś?

Było to nie tyle słowo, ile nazwa miasta – Szczytno. Spędziłem tam cudowny dzień, ale Anglikowi ciężko wymówić samą nazwę, by nie zabrzmiała „Shit! No!” [śmiech]. Być może do moich trudności przyczynił się nieco poprzedni wieczór spędzony w “Stajni” w Białymstoku, gdzie barman Adam Tequila (!) poił mnie bez umiaru wódką poziomkową – „bo czytałem Twoje książki, odkąd skończyłem trzynaście lat!”. Nie bolała mnie wprawdzie głowa, za to mój mózg zmienił się w gigantyczną poziomkę [śmiech].

Wymień proszę wady bycia pisarzem.

Nie wydaje mi się, by jakieś były. Nie potrafię wymyślić dla siebie lepszego zajęcia. Na siłę można by wspomnieć o tym, że cały dzień siedzę sam, otoczony jedynie przez swoich bohaterów (którzy i tak są wszyscy mną!). Z drugiej strony, zyskałem tylu nowych znajomych, szczególnie odkąd powstały Facebook i Twitter. Własne strony internetowe w Anglii i w Polsce też bynajmniej nie przeszkadzają w zawieraniu nowych znajomości.

Jeśli Twoje życie byłoby książką Twojego autorstwa, jaki nosiłoby tytuł?

“Zapłacę ci, gdy wyjdę na prostą” [śmiech].

Czy istnieje pomysł na książkę, którą zawsze chciałeś napisać, a z jakichś powodów jeszcze tego nie zrobiłeś?

Tak. Zamierzałem napisać powieść w serii o Katie Maguire z wątkiem terroryzmu islamskiego. W Irlandii jest społeczność muzułmańska, a w samym Cork znajduje się meczet. Ale po rozmowie z imamem zarzuciłem ten pomysł.

Gdybyś mógł złupić, ograbić i spalić dowolne miasto, jaki byłby Twój wybór?

Hull w północno-wschodniej Anglii. Choć musiałbym się ograniczyć do spalenia, bo nie ma tam czego grabić, chyba że lubisz McDonalda. Ludzie są wspaniali, ale miasto to prawdziwy śmietnik. Powinno zostać zrównane z ziemią i zbudowane od nowa – a następnie skorzystać na końcu obowiązywania wspólnej polityki rybołówstwa UE w Wielkiej Brytanii.

Którego bohatera swoich książek najbardziej nie lubisz?

Właśnie ukończyłem kontynuację mojej osiemnastowiecznej powieści kryminalnej „Szkarłatna wdowa”, gdzie rolę złego charakteru gra bogaty biznesmen – kłamca i oszust wykorzystujący bezbronne młode białogłowy. Nazywa się George Hazzard i szczerze drania nie cierpię.

Jaką radę miałbyś dla osób zaczynających z pisaniem?

Pierwsza zasada: bez agenta ani rusz! To właśnie w pierwszej kolejności pomogłem załatwić Dawn. Poza tym nie słuchaj rad innych pisarzy. Stephen King twierdzi, że piekło wybrukowane jest przysłówkami? Zignoruj Stephena Kinga. Pisz po swojemu. Osobiście staram się pisać w taki sposób, by czytelnicy zapomnieli, że czytają, by znaleźli się w samym środku powieści i stamtąd ją przeżywali. Jak wspominałem, pracowałem nad tą techniką z Williamem Burroughsem całymi dniami. Jej istotnymi elementami są prosty język i bezbłędny rytm, zupełnie jak w muzyce. Tu powtórzę jednak, że podczas pisania nie warto słuchać muzyki. Rytm Chopina z pewnością zaburzy Twój własny. I ostatnia rada: co 45 minut wstań i przejdź choć kilka kroków, by odciążyć kręgosłup. Pamiętaj też o nawilżaniu oczu – jeśli coś ma z tego wyjść, musisz gapić się w ekran naprawdę długo!

Czy autor z takim dorobkiem miał kiedyś blokadę twórczą?

Nigdy. Zawsze myślałem, że Blokada Twórcza to kilka palących się opon na drodze i stojący za nimi z groźnymi minami pisarze, którym brak pomysłów. Przypominam, że byłem za młodu dziennikarzem, a w tym zawodzie nie możesz powiedzieć naczelnemu „Motyla noga, chyba nie jestem dziś w nastroju do pisania”. Mój problem polega raczej na tym, że mam zdecydowanie więcej pomysłów niż czasu na ich spisywanie. Zejdę z tego świata z setkami nienapisanych książek, co zdrowo mnie wkurza.

Kiedy skończysz pisać książkę i czytasz całość, co czujesz?

Smutek pewnego rodzaju, bo żegnam się z postaciami, z którymi mocno się zżyłem. Z drugiej strony, kolejna książka zawsze czeka! Byłem akurat w połowie nowego horroru, gdy wydawca zmusił mnie do przerwania pracy i napisania kontynuacji „Szkarłatnej wdowy”. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy, więc już nie mogę się doczekać, aż siądę do przerwanej książki, co uczynię natychmiast po powrocie z Polski.

Życzę zatem powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję, szczególnie tym Waszym czytelnikom, którzy ułożyli tak interesujące pytania. Mam wrażenie, że Statek Głupców niedługo znowu o mnie usłyszy [tajemniczy śmiech].

Rozmawiał: Zenon z L.A.

Zdjęcia: Marta Boska.

Kijem po mrowisku / Andrzej Sapkowski i jego (nie)sławna afgańska żmija

Oj, zaskoczyła mnie ta Żmija… A po ukąszeniu, chcąc nie chcąc, poddałem się jej urokowi cały…

Dopiero po dobrych kilku latach od wydania niniejszej pozycji, zdecydowałem się w końcu na jej czytelniczą konsumpcję. A odradzali mi ją wszyscy! Wcześniej czytający. Recenzje jej wszelakie, odnajdywane i czytane to tu, to tam, również do zachęcających w żaden sposób nie należały. A jednak zwyczajna ludzka ciekawość finalnie przeważyła. Jak i chęć wyrobienia sobie swojej własnej opinii w tymże to, żmijowym temacie.

Przygotowany zatem na najgorsze katusze i totalny badziew, skąpany obficie w zarzucanej Autorowi, od czasu do czasu, grafomanii, zasiadłem ci ja do lektury. Pierwsze stronice tej opowieści wydawały się potwierdzać owe nędzne noty czytających „to” sfrustrowanych maniaków historii o Geralcie, czy późniejszym Reynevanie.

Zmasowany i litości niemający atak specjalistycznego, wojskowego nazewnictwa i słownictwa, w połączeniu z ciągle sprawiającymi mi trudności i odpychającymi mnie co nieco – już od czasów Mistrza i Małgorzaty – trójczłonowymi nazwiskami radzieckich bohaterów, spowodowały myśl, iż późniejsze me refleksje, lektury tej się tyczące, będą bardzo zgrabne, krótkie i nad wyraz treściwe, a zamkną się w jednym, jedynym zdaniu: „A… nie chce mi się nawet o tym pisać…”

Jednak stało się inaczej. Zadałem sobie pewien trud i zapoznałem się sumiennie ze słowniczkiem z tyłu tej, dość niewielkiej książeczki, pozwalając jednocześnie na to, aby opowieść ta jakoś mnie wciągnęła. Niezawodnie pomógł mi w tym klimat, jakim Sapkowski okadził swoją Żmiję. Na wskroś: afgański i wojenny, brutalny, żywy i realny, a jednocześnie… magiczny!

zmija-300dpi

Podziękować muszę tutaj prozie Mai Lidii Kossakowskiej, której to wcześniejsza lektura Upiora Południa, przygotowała mnie znakomicie na tego rodzaju nastrojowe harce i figle. Bo poczułem znowu magię. Magię Słowa, tworzącą specyficzny klimat w Żmii zawarty. Poddałem się mu bezkrytycznie, a dalej poszło już szybko i całkiem też przyjemnie! Choć niewątpliwie, cały czas niełatwo! Książka, jak i sam Autor, wymagają od czytelnika dość szerokiej wiedzy, tudzież jej szybkiego – bo już w trakcie liturgii czytania – uzupełniania!

Gdyż nie jest to na pewno pozycja dla masowego odbiorcy. Wiedźmin-maniacy, do których zresztą i ja się zaliczam, odbić się mogą, lub nawet muszą, od tej książki dość brutalnie a niesmacznie bardzo. Bo to nie klasyczna magia i czary, nie potwory, nie akcja sama nawet, czy inna intryga są tutaj najważniejsze i grają pierwsze skrzypce.

Żmija to krótka, żołnierska historia, tocząca się podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie. Bardzo sugestywnie napisana i tak też opowiedziana. Rzetelnie nad wyraz, a szczegółowo aż do bólu! To także opowieść o afgańskiej ziemi (i jej tubylcach w tle), zmaltretowanej przez różne wojny, ciągnące się tam przez kilka okresów historycznych. Naprawdę świetnie, dzięki owej tytułowej Żmii, czytelnikowi przedstawionych i przybliżonych.

Bo ten złoty gad zdecydowanie bardziej pełni tutaj rolę katalizatora wątku historycznego, niźli jakiegoś specjalnie magicznego bohatera.

Dzięki praporszczykowi (chorążemu) Lewartowi i jego żmii, poznać możemy okrucieństwo, jak i bezsens niemających końca wojen (których to Lewart doświadcza normalnie, jak i para-normalnie), na tym umęczonym historycznie i politycznie, pustynno-górskim terenie. To mocno realna, a jednocześnie chwilami oniryczna opowieść. Specyficzna, klimatyczna i faktycznie zupełnie inna od dotychczasowych. Wymagająca zdecydowanie przestudiowania jej niezwykłej zawartości.

I dopiero wtedy Żmija pokazać może całą swoją wartość i bogactwo! A nawet piękno. Jak ów rozpoczynający książkę, świt nad Hindukuszem… Mówcie se co chcecie – do mnie to trafiło!

Kapitan MO

Grafika w tle: http://culture.pl/pl/tworca/andrzej-sapkowski
Grafika w tekście: Andrzej Sapkowski, Żmija, Wydawnictwo SuperNOWA, 2009

Pomarudźmy dzisiaj / Stanisław Lem – Obłok Magellana

„Obłok Magellana”, trzecia dopiero powieść Lema, wydana w 1955 roku, daleka jest od doskonałości. Sam autor długo nie zgadzał się na jej wznawianie, mówiąc po latach o „kwieciu stylistycznym” i „przesłodzonej fabule”. Podniosłość odnajdziemy zresztą nie tylko w stylu, ale i w treści. Napuszony chwilami dydaktyzm „Obłoku” wprost wynika z założeń komunizmu, który okresowo staje się głównym bohaterem książki. Na szczęście da się to przełknąć bez większej niestrawności, może poza epizodem, który obnaża zgniliznę zachodniego świata w niewybrednie paszkwilanckim ataku.

Mieszane uczucia budzą też pierwsze rozdziały powieści, mające w założeniu pozwolić czytelnikowi zżyć się z bohaterem. W moim przypadku skutek był jednak odwrotny, bo właśnie w tych pierwszych rozdziałach jawi się ów bohater jako superbohater rodem z amerykańskich komiksów, zmieniający w złoto wszystko, czego się dotknie. No, może poza swą relacją z bliską kobietą. Tu pojawia się jednak kolejny zarzut – bo choć sporo uwagi poświęca Lem sprawom damsko-męskim, czyni to w trochę spłyconym ujęciu. Z drugiej strony, „Obłok” zawiera jedno z piękniejszych wyznań miłosnych, jakie wyczytałem w literaturze.

I tak to pogrążałem się podczas lektury w ambiwalencji. Niby nie docenił Lem gwałtownego postępu technicznego, umieszczając za tysiąc lat kilka wynalazków obecnie już przestarzałych. A przecież warto podkreślić, że już w 1955 roku antycypował internet. Nie tylko zresztą wymyślił internet, ale i coś, co jest z nim silnie powiązane – pustkę emocjonalną, uosabianą tu przez kosmiczną próżnię. W walce z nią – dokładnie jak zagubieni w dzisiejszym świecie ludzie – załoganci „Gei” intymność zastępują namiętnością, a bliskość jej pozorami.

Fascynująca – choć w kategoriach przewidywań zupełnie chybiona – jest też przedstawiona w powieści wizja przepełnienia bibliotek, przy której i tak nie doszacował niestety autor galopującego przyrostu grafomanii połączonego ze wzrostem dostępu do narzędzi wydawniczych. Nie wątpię, że panoszący się obecnie trend vanity publishing skwitowałby celnie i bardzo dosadnie.

Dość jednak marudzenia (gdyby to zresztą nie był Lem, marudziłbym mało albo wcale). Schemat, w którym człowiek wyrusza w kosmos, by zmierzyć się z nieznanym, a w zamian musi się mierzyć z samym sobą, nie jest niczym nowym. Mało kto odgrywa go jednak tak udanie jak Lem. Większa część powieści to tak naprawdę eksperyment społeczno-psychologiczny zamiast kosmicznej przygody i przy zachowaniu stosownych środków zmylających, członkowie wyprawy mogliby równie dobrze zostać zamknięci na Ziemi w przekonaniu, iż pokonują przestrzeń. O ile oczywiście ktokolwiek byłby w stanie skutecznie zmylić śmietankę intelektualną Ziemi XXX wieku.

„Obłok Magellana” to próba dywagacji na temat wpływu zupełnie nowych warunków zewnętrznych na zupełnie starą ludzką psychikę. Próba śmiała i nowatorska. Co charakterystyczne, finał powieści, sam w sobie bardzo ciekawy i mający przynieść rozwiązanie wielkiej tajemnicy obcej cywilizacji, został przez Lema potraktowany po macoszemu, skrótowo, co dowodzi właśnie, iż głównym obiektem zainteresowania autora jest człowiek w sytuacji nietypowej, nie zielony ludek w sytuacji, której typowości bądź atypowości czytelnik, wobec braku danych, nie jest w stanie ocenić.

I na koniec dwie refleksje, powracające przy okazji Lema jak nudne bumerangi. Jak pisałem już po lekturze „Niezwyciężonego”, jego autor posiadł umiejętność stosowania takich środków literackich, które umieszczają czytelnika nie obok, lecz w centrum opisywanej kosmicznej przygody, dzięki czemu nawet tak mało wrażliwy odbiorca jak ja czuje się znowu niczym nastolatek, dzięki zespoleniu wyobraźni twórcy i własnej osobiście stawiający czoła kosmicznym wyzwaniom.

Druga uwaga, zrobiona już przy okazji „Edenu”, dotyczy niezwykłej „filmowości” Lemowej twórczości, dostarczającej gotowe, rozbudowane opisy dekoracji i przygodową fabułę. I mimo że akurat „Obłok” został w 1963 roku sfilmowany przez Czechów, największy polski pisarz SF wciąż pozostaje twórcą, z którym filmowcy boją się zmierzyć. Obawa ta jest akurat co najmniej słuszna, ale liczę, że ogromny postęp techniczny, który dokonał się w kinie od 1955 roku, ułatwi podejmowanie dalszych prób, spośród których choć niektóre nie będą chybione.

utracjusz

Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza / Tolkien / Bractwo Pierścienia

Pierwszy tom Władcy Pierścieni to opowieść o wchodzeniu w ciemność. Na ilu poziomach można go odczytywać i ile rzeczy zeń wyciągać, zliczyć się nie da. Ja zostanę przy swoim wchodzeniu w ciemność. Nawet dziś, ponad sześćdziesiąt lat po wydaniu, dzieło Tolkiena zdaje się być literą świeżą, wciąż zaskakującą. Tolkien napisał książkę pełną, zamkniętą, każdą stroną, każdym zdaniem wywołującą mój zachwyt. Dał początek wielkiemu i popularnemu gatunkowi, w którym do dziś wiedzie prym. Nawet najwięksi dzisiejsi fantaści przy Tolkienie robią wrażenie albo błahych, albo efekciarskich.

Pierwsze rozdziały Bractwa Pierścienia, to czysta sielanka i błogość. Momentami razi w oczy ta ich jasność i radość, zwyczaje rządzące w Shire i obyczaje Hobbitów sprawiają wrażenie, że trzymamy w rękach książkę swojską, przyjemną, miłą. Ale to wszystko dla kontrastu. Tolkien maluje krainę przesadnie wręcz idylliczną, po to, by czytelnik z całym przejęciem mógł odczuć nadciągającą grozę. Wesołe śpiewy hobbitów gasną bowiem, nastaje noc i owa wstrząsająca scena, w której pewien Czarodziej wyjawia pewnemu Hobbitowi naturę pewnego Pierścienia. Ta scena jest wręcz czarna i wcale nie dziwimy się małemu bohaterowi, gdy ten z rozpaczą krzyczy: „Obym nigdy na oczy nie widział tego Pierścienia!”.

Władca jest wielkim traktatem o naturze zła. Zła i dobra, bo to właśnie powolne dążenie dobra, wśród ogarniających go ciemności jest rdzeniem książki. „Światło świeci w ciemnościach”, można by podsumować całość. Dobro wraz z Orszakiem Pierścienia przemierza cienie Śródziemia, ale też w znacznie mniejszej skali – kiełkuje w każdym z bohaterów, przezwyciężając zwątpienie, wrogość, słabości. Zło jest u Tolkiena czymś, co się światu przytrafia, czymś na co, być może nie mamy wpływu, ale też czymś, wobec czego nie możemy być obojętni. Każda obojętność to bowiem sprzyjanie mu.

Tolkien był niezwykle dokładnym obserwatorem. A to, co możemy zobaczyć na kartach jego powieści, to nic więcej, jak skrócona historia XX wieku. Czerń przemysłu, pożerającego naturę, ale przede wszystkim wielka groza doniosłych wydarzeń najczarniejszego ze stuleci – wszystko to tutaj pobrzmiewa. „Rzeka światła / wejdzie / w dolinę ciemną”, napisze Różewicz, również będący świadkiem tych samych czasów. I w tych zdaniach ta sama myśl dźwięczy, czyż nie?

Czy światło zwycięża? W każdej z tych skal i kontekstów – w połowie dwudziestego wieku, w ludzkiej naturze, w sercach bohaterów… w nas? Nie mogę otrząsnąć się po ostatniej rozmowie Froda i Boromira. Jakże kuszące jest dobro, do którego dąży się siłą, przez zło. Logicznie uzasadnione, usprawiedliwione jakimiś większymi wartościami (którym przecież paradoksalnie przeczy!) Ale czy takie dobro jest jeszcze coś warte?

Śródziemie to tylko przykrywka, Tolkien tak naprawdę opowiada o naszym świecie. Władca to jest wielka refleksja nad tym, dokąd zmierzamy. Rozlewająca się czerń, Elfowie porzucający swoje siedziby i odpływający za morze, pieśni pełne tęsknoty… i jeden mały hobbit niosący za duże dla niego brzemię. I niech czytelnik sam sobie zadecyduje, czy będzie tu widział opowieść o człowieku w paszczy XX wieku, o tym, że trzeba nieść dobro, o tęsknocie za odchodzącym światem i ciążącej świadomości tego, że wszystko się zmienia, wszystko odchodzi… To wszystko tutaj jest. To, i wiele, wiele więcej.

Wasz Paweł M.

Ray Bradbury / Tam gdzie przeszłość i przyszłość płoną w 233 stopniach Celsjusza

Niezwykle ważna to pozycja w światowej science-fiction. To ponura, mroczna, przygnębiająca i przerażająca antyutopia. To fantastyczny dodatek do „Roku 1984” Orwella, czy nawet „Procesu” Kafki. To również przytłaczający klimat beznadziei i znów jednostka kontra (wszechmocny) system. 

„451° Fahrenheita” Bradbury’ego to także, a może i przede wszystkim, głębokie i przemożne pragnienie życia wolnego i powolnego, spokojnego, prostego oraz życia „małych szczęść” w miłości.

We wszechogarniającym klimacie ogłupiającej papko-rozrywki – telewizji około 451-calowej i ze siedem wymiarów mającej – gdzie relacje ludzkie są spłycone do minimalnego banału, chłodu emocjonalnego, gdzie wiedza tak naprawdę nikomu do „szczęścia” potrzebna nijak nie jest, gdzie śmierć na ulicy nie jest niczym nadzwyczajnym, a miłość wydaje się być zbędnym luksusem – najważniejszą rolę pełni dążenie społeczeństwa do upragnionego przez wszystkich SZCZĘŚCIA!

Osiągane ono jest poprzez centralnie sterowany terror, ogłupiającą i płytką hiper-rozrywkę, oraz totalną bierność ludzi, w sprawach tyczących się losów państwa, czy świata całego. Będzie wojna? Widocznie być musi i tyle.. Byleby tylko zdążyć po robocie na następny odcinek Ojca Mateusza, Klanu, czy innej opery mydlanej. 

451-fahrenheita-b-iext44614647

Ludzie zamknięci w domach, w swoich pokojach, interesują się już tylko swoim własnym jestestwem, swoim wyścigiem do pustego szczęścia, a rozmowa z kimś innym wydaje się zupełnie czymś nienormalnym, niepotrzebnym, nieinteresującym. O ile przecież ciekawej jest móc odpalić sobie ultra-interaktywną grę!

Taka wizja, na początku lat 50, wydawać by się mogła faktycznie przerysowaną mocno fikcją, przestrogą na odległą bardzo metę, horrorem! Jednak finalnie – czymś pewnie mało realnym. W czasach nam obecnych jednak, owa wizja co raz wyraźniej staje się naszą rzeczywistością..

Książek zapewne nikt palić nie będzie. Same bowiem znikają już z rynku, wypierane powoli, acz systematycznie, przez elektroniczne wydania, ale nade wszystko przez samych zainteresowanych nimi, czyli czytelników, których zwyczajnie jest coraz mniej. Owszem, różnorakie i modne, ostatnimi czasy, wampirologie mają się dobrze, ale..

OK! Niech każdy sobie czyta (i robi) to co lubi – niech i tak będzie! Jednak wydaje się, iż wkrótce do obcowania czytelniczego pozostaną nam już tylko pozycje typu: szybko, łatwo i nad wyraz też przyjemnie! Fajnie, ale czy nie prowadzi to aby, niczym równia pochyła, wprost ku kulturowej zapaści, spłyceniu i zidioceniu społeczeństwa? Znamy to wszak i z Lema i z Zajdla i pewnie z wielu innych przedstawicieli fantastyki. I nie tylko. 

„451° Fahrenheita” Raya Bradbury’ego to kolejna, znakomita i realna przestroga przed tym co może nas czekać, i przed tym co już dzieje się na naszych oczach, w naszych światach, w naszych życiach. A napisana naprawdę niebanalnie, chwilami wręcz lirycznie! Oryginalny klasyk SF!

Kapitan MO

Grafika w tle: http://excess1ve.deviantart.com/art/Fahrenheit-451-Cover-341584020
Grafika w tekście: Ray Bradbury, 451° Fahrenheita, Wydawnictwo Solaris, 2012

Lektury uzupełniające #8 Fantastyka obsesyjna, rzeczywistość kwantowa i za dużo seksu panie Harrison

książki: Droga serca, Światło;  autor: M. John Harrison  powód czytania: poszukiwania dobrej fantastyki

Droga serca

Chronologicznie Droga serca jest dziesięć lat wcześniejsza. Harrison napisał ją w 1992 roku, Światło -pierwszy tom cyklu Traktat Kefahuchiego w 2002 roku. W Polsce wychodziły w odwrotnej kolejności, Światło w 2010 roku, Droga serca w 2014. Harrisona konsekwentnie wydaje w Polsce Mag w serii Uczta wyobraźni.

Droga serca rozczarowała mnie okrutnie. Zawiniłam, bo pochopnie, z góry, założyłam, że to będzie dobra książka. Przesłanki miałam raczej słabe, otóż 7 lat temu czytałam Światło, pamiętałam Harrisona dość niejasno, jako autora trudnego, specyficznego, rozmiłowanego w abstrakcjach. Takiego, pogrążonego we własnym szaleństwie, następcę Dicka.

Tymczasem trzeba pewnej dozy dobrej woli, żeby w ogóle nazwać Drogę serca fantastyką. Bo cóż mamy  w fabule? Trójka bohaterów bierze w młodości udział w magicznym rytuale – o którego przebiegu (to już byłaby fantastyka) nie dowiemy się niczego i przez to wszyscy doświadczają w dalszym życiu koszmarów. Elementy fantastyczne: jeden z bohaterów drugoplanowych tytułowany jest magiem, halucynacje (które możemy traktować jako coś realnego) i  snuta przez jedną z postaci opowieść o wymyślonej alternatywnej rzeczywistości.  Zdecydowanie bliżej tej opowieści do horroru. Harrison  konsekwentnie buduje nastrój grozy – tyle że jest to koszmar  zbudowany na uczuciu osamotnienia. Ono, trzeba to przyznać, przenika całą tę książkę, niczym klasyczną rozprawkę egzystencjalisty.

Widać tu warsztat dobrego pisarza, co powodowało, że czytanie Drogi wkurzało mnie jeszcze bardziej. Dobre są wstawki obyczajowe: umieranie na raka, samotność w małżeństwie, brzydota codzienności, starzenie się. A ja z zasady nie czytam literatury stanowiącej wyczerpujące obserwowanie tonących. Jeśli już muszę się męczyć, to w inny sposób. Zresztą Harrison nie ma zwyczaju nadawać bohaterom pełni osobowości, nie wzbudzą w nas uczuć, skoro obserwujemy ich tylko jako ciągi zdarzeń. Ale najgorsze jest, że to bezosobowe podejście w Drodze nie służy niczemu, istnieje tylko ono, żadnej puenty, zagadki, przygody, czy choćby głębszej analizy – tylko prześlizgiwanie się po powierzchni zdarzeń z podkreśleniem i udziwnianiem ich brzydoty. Najważniejsza mądrość książki: gdy zrozumiesz, nigdy nie odnajdziesz. I zaprawdę pomyślałam sobie, dzięki ci świecie za Paolo Coelho, który tak pięknie skonkretyzował i urzeczywistnił kategorię ckliwych pseudomądrości, że zwolnił mnie z obowiązku tłumaczenia czym jest banał i dlaczego mi od takich aforyzmów niedobrze.

Śmierć i seks przeplatają się w Drodze konsekwentnie. Seks puentuje prawie każdy rozdział, szybko uczymy się przewidywać, kiedy jego kolej.  Paskudny wątek kazirodczy służy tylko temu, żeby szokować – albo ładniej ujmując – wywołać w czytelniku uczucie dyskomfortu. Bo, prawdopodobnie, wyrywani z rutynowego postrzegania rzeczywistości, mamy tu spróbować zajrzeć pod ukryty za pozorem rzeczy sens, wraz z bohaterami odnaleźć jedyny sposób żeby zwyciężyć/zrozumieć śmierć. I znowu mam mdłości.

Jest to powieść melodramatyczna, przegadana, pusta w środku. Dygresje erudycyjne, a właściwie wtręty, bo dygresja zajmuje jakiś obszar, tu zaś mamy tylko napomknięcia (polski akcent: Bruno Schulz) nie czynią niestety z niej uczty intelektualnej (nie czynią nawet przystawki). To tylko obsesyjne autorskie motywy splecione w jedną materię bez żadnego klucza.

Przymiotnik oniryczny na określenie powieści (tę określa bardzo trafnie) już dawno stał się dla mnie synonimem pustosłowia. Wspominam o tym, bo istnieje grupa czytelników, którzy traktują go poważnie. Im Droga serca może się podobać.

Kusiło mnie żeby wystawić temu na portalu Lubimy czytać jedną gwiazdkę (w dziesięciostopniowej skali) choć oceniałam wyżej gorsze książki.

No i po lekturze Drogi serca postanowiłam się przekonać, jakim cudem Światło siedem lat temu uznałam za interesującą książkę.

Światło

Przeżyłam ponowne zdziwienie, bo Światło podobało mi się (znowu) od początku. Zdziwienie tym większe, że zdecydowanie nie da się uciec przed świadomością (a szkoda), że to ten sam pisarz (o znaczących podobieństwach między książkami będzie później).

Może w ogóle tę recenzję powinnam zacząć od tego, że John Harrison, dziś już pisarz ponad siedemdziesięcioletni, to bardzo ważny przedstawiciel  nurtu na tyle już wrośniętego w fantastykę, że obecnie może w niej podstawowego, czyli new weird. New weird ze swoim eklektyzmem, łączącym sf i starożytne mitologie, horror i literaturę dziecięcą, fantasy i powieść psychologiczną chyba po prostu odpowiada naszym czasom, codziennemu pomieszaniu bodźców i chaosowi współczesnych umysłów. Uczta wyobraźni wydaje kilku tuzów tego gatunku: Jeffa Noona, VanderMerra również Jeffa, Hala Duncuna (przydałoby się wznowienie Welinu, naprawdę trudno go kupić) i M. Johna Harrisona, gdzie M pisane zawsze na okładkach z kropką oznacza Michaela.

Światło, choć to pierwszy tom cyklu, sprawdza się czytany pojedynczo, bo zamyka pewną historię. U mnie zostawił uczucie niedosytu, ale nie wzięło się ono z cliffhangera, tylko z nadmiaru metafizyki.   

Mamy 25 stulecie, ludzkość lata w kosmos od 400 lat,  200 lat temu dotarła do największej tajemnicy Galaktyki: Traktu Kefahuchiego. To śmietnisko wymarłych cywilizacji: sztuczne i przemieszczone układy planetarne, gwiazdy i czarne dziury, porzucone miliony lat temu tysiące artefaktów,  wszystkie skupione wokół niepojętego centrum: otwartej osobliwości, miejsca, gdzie nie obowiązują żadne znane prawa przyrody (ewentualnie obowiązują wszystkie znane i nieznane, i wzajemnie wykluczające się prawa), „obiekt, który był już stary, kiedy w młodym wszechświecie w niepojętej ciemności rozpaliły się pierwsze wielkie kwazary”.

Nie jest to sf, bo Harrison żadnych teorii naukowych tu nie rozwija. Z pewnością jednak jest to opowieść gładko posługująca się językiem fizyki. I wiele jej obrazów, w tym Trakt, jest w swym szaleństwie niezwykle pięknych. „Kosmos był duży i chłopcom z Ziemi mimo woli imponował wszystkim (…). Każda rasa, jaką spotkali, miała napęd międzygwiezdny opierający się na innej teorii. Wszystkie działały, nawet jeśli nawzajem wykluczały swoje fundamentalne założenia. Zaczynało wyglądać na to, że można latać między gwiazdami, założywszy sobie cokolwiek. Jeśli twoja teoria mówi, że trzeba działać w przestrzeni o strukturze piany – i łapać w niej falę – nie wyklucza to, że w tym samym kwadrancie pustej przestrzeni może sobie żeglować inny statek, dla którego jest ona idealnie gładka i einsteinowska.

Bardzo to było obraźliwe odkrycie.”

Dostajemy jednak od Harrisona kilka „twardych” motywów sf. Na przykład nowe rasy. Nastykowie są intrygujący, szkoda, że na razie potraktowani ogólnikowo. Nowi Ludzie, moim zdaniem, fenomenalni. Cały wątek tanka Eda Chianese wspaniale dickowski. Świetna, jako obraz, jest Seria Mau – dziewczynka połączona z K-statkiem, międzygwiezdnym pojazdem istniejącym w czternastu wymiarach: dziesięciu przestrzennych i czterech czasowych. Cudowna, niepokojąco pisana małą literą (budząca pytania o to, czym jest świadomość) matematyka. Do tego krawcy genetyczni, operatory cienie, kultywary, nadchodząca wojna między rasami.

Niestety żeglujemy w kierunku tłumaczącej wszystko metafizyki. Można próbować poukładać sobie opowieść w logiczną całość, tylko po co,  kiedy na koniec autor i tak nas rozbije o (pół)boskie byty i ich nienaruszalną przestrzeń. Dla mnie to pójście na łatwiznę.

Podobieństwa

(i tu będą, ale bardzo niewielkie, spoilery)

Przede wszystkim bohater. Narrator Drogi serca, dla mnie od początku postać niezwykle antypatyczna, został przeniesiony do Światła w całości jako Michael Kearney (Światło ma trójkę równorzędnych głównych bohaterów). W obydwu przypadkach mamy identyczny, rzutujący na osobowość punkt z dzieciństwa (kuzynki), tak samo opisywane demony (para kochanków i Shrander), obsesyjne podążanie za podejrzanym (i znowu tym samym, choć w każdej książce o innym nazwisku i historii) guru oraz niezwykle podobny voyerowski stosunek do seksu. Przez całą Drogę serca miałam wrażenie, że powieść ta nabrałaby odrobinę sensu, gdyby narrator okazał się zabójcą swoich przyjaciół (w czasach u progu opowiadanej historii), o Kearneyu ze Światła od początku wiemy, że jest seryjnym mordercą.

W obydwu książkach występuje wstrętny i, co ważniejsze, niepotrzebny motyw kazirodczy. W ogóle ma Harrison skłonność do irytującej, freudowskiej potrzeby tłumaczenia wszystkiego w człowieku jego seksualnością. 

Niemniej to interesujące, zobaczyć jak coś naprawdę słabego wyewoluowało w pełny, dobry pomysł na historię.

Podsumowanie

Trudne to były poszukiwania, ale będę Harrisona czytać. Już wiem od kogo pożyczyć Viriconium, a dalsze tomy Traktu Kefahuchiego zapewne kupię. Postaram się, z pokładu Statku, w przyszłości, podzielić spostrzeżeniami.

Dla tych, którzy czytają takie elaboraty głównie dla porad: ze wszystkich wymienionych tu (mimochodem) pisarzy i rzeczy, najgoręcej polecam Hala Duncana. W stwierdzeniu, że jego cykl (Welin i Atrament) wnosi w fantastykę nową jakość, nie ma dla mnie nic przesadnego.

Zdjęcie tytułowe za wikimedia commons; ramię Drogi Mlecznej widziane z Cerro Paranal w Chile; autor: Bruno Gilli/ESO

Jakub Ćwiek – Grimm City. Bestie / Krótko acz treściwie #3

Grimm City to miasto wzniesione na ciele olbrzyma, który pewnego dnia runął z nieba. Z jego przypominającej ropę krwi, całe miasto czerpie zyski, stosując ją nie tylko do napędzania wszystkich możliwych pojazdów, ale i do oświetlania miasta. Jak i do wielu innych rzeczy. Nad miastem wisi wieczny smog, a mieszkańcy próbują tylko przetrwać, nurzając się codziennie w beznadziei. Tutaj nie ma sprawiedliwości, chociaż trzeba przyznać, że niektórzy stróże prawa robią, co mogą, aby tę sytuację zmienić.

W takiej ponurej scenerii toczą się równolegle dwie opowieści. Jedna to sprawa Drwala. Osławionego seryjnego mordercy, który porywa niewiasty, a następnie rąbie je na małe kawałki. Miasto ogarnia strach. Druga to skomplikowana sprawa morderstwa pewnego prominentnego mieszkańca, który jest także szychą w jednej z rodzin mafijnych.

Wszystkie te sprawy łączą pewien inspektor, wściubiająca nos w nieswoje sprawy dziennikarka, pewien były bokser zwany Bestią, oraz jego córka. Poznajemy także kolejną ofiarę Drwala, Cherry, która zupełnie jak Szeherezada snuje swoje opowieści, którymi może ocali życie swoje, a być może czyjeś jeszcze? Ale po więcej zapraszam już do książki!

Druga część wydaje się jeszcze lepsza od tomu poprzedniego. Ten wyrywek z historii Grimm City można czytać bez konieczności znajomości wcześniejszych opowieści. Tamta sprawa – utalentowanego muzyka – jest tylko wspomniana.

Sama powieść skojarzyła mi się z czarno-białymi filmami, w których szlachetny bohater walczył z resztą świata. Choć być może nie jest to do końca całkiem dobre porównanie. Mamy tu mnóstwo nawiązań do znanych baśni i legend, jak choćby słynny olbrzym, czy Zła Królowa, która w tym przypadku jest tylko trochę inna, niż ta ze znanej baśni. Albo Święta Księga, zawierająca opowieści takie, jak ta o pewnej księżniczce, która po ukłuciu wrzecionem…

Nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko książkę polecić i zachęcić do lektury!

eR_

Zdjęcie: http://moviesroom.pl/popkultura/ksiazki/11104-grimm-city-2-grafika-okladkowa-do-powiesci-jakuba-cwieka-gotowa

Dżentelmeński horror czyli Graham Masterton idzie do więzienia

Od osób znanych oczekuje się, że będą się angażować w działalność charytatywną czy społeczną. I owe osoby oczekiwania te spełniają. A ponieważ osoby znane, podobnie jak osoby nieznane, to osoby bardzo różne, czynią to z rozmaitych pobudek. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, iż za zaangażowaniem większości z nich stoi raczej swoista presja społeczna niż własna, niezachwiana wola działania. Szczególnie że popularności towarzyszy zazwyczaj tak zwana woda sodowa i oderwanie od życia w jego wydaniu codziennym i przyziemnym.

Tym bardziej cenię więc Grahama Mastertona. Ten brytyjski pisarz, autor horrorów, thrillerów, kryminałów i poradników seksualnych, odnoszący sukcesy od ponad czterdziestu lat, miał dość czasu, by upoić się swą sławą i odlecieć w kosmos, pozostawiając na Ziemi istoty pośledniejszego gatunku, chodzące codziennie do pracy i z utęsknieniem wyglądające wypłaty. A jednak nigdzie nie poleciał.

Gdy w październiku ubiegłego roku układałem program jego wizyty na Dolnym Śląsku, nie miałem jednak pojęcia, czego spodziewać się po tym doświadczonym angielskim dżentelmenie. Postanowiłem zrobić mu niespodziankę i wspólnie z biblioteką w Wołowie zorganizować jedno ze spotkań w miejscowym więzieniu, w którym prężnie działa dyskusyjny klub książki. Marsowa mina pisarza, gdy po raz pierwszy mu to oznajmiłem, kazała mi już szukać w myślach innego zatrudnienia. Była to jednak zła mina do dobrej gry.

Ze spotkania w wołowskim więzieniu Masterton wyszedł zachwycony. Po pierwsze, mimo pokaźnego życiowego bagażu, nigdy jeszcze nie miał okazji się w takim przybytku znaleźć. Po drugie i najważniejsze, osadzeni w tym przybytku zachwycili go w dwójnasób – zarówno wysoką jakością swoich pytań, jak i faktem, iż większość z nich zadali od razu po angielsku.

GM_wolow_08.jpg

W kilka dni po powrocie do Anglii zadzwonił z gotowym pomysłem na konkurs literacki dla osadzonych w polskich zakładach penitencjarnych. Oświadczył, że sam ufunduje nagrody, przyleci też na własny koszt do Polski, by osobiście wręczyć je zwycięzcom. Wszystko po to, by zaktywizować ludzi przebywających za kratkami i dać im szansę podzielenia się swoimi nierzadko niebanalnymi historiami.

Przy wydatnej pomocy dyrekcji wołowskiego więzienia udało się ten zamysł ziścić. Konkurs został ogłoszony i wpłynęło na niego aż 130 prac, bardzo zróżnicowanych tak pod względem formy, jak i treści. Następnie rozpoczął się żmudny proces tłumaczenia opowiadań na język angielski, choć w kilkunastu przypadkach nie było to konieczne, gdyż ich autorzy nadesłali je od razu w mowie Szekspira.

Graham Masterton przeczytał je co do jednego i, jak zapewnia, nie tylko wielokrotnie się przy tym wzruszył, ale i sporo się dowiedział, co może nie pozostać bez wpływu na kształt jego przyszłej twórczości. Tymczasem zaś szykuje się do podróży do Polski na początku lipca, by, zgodnie ze swą obietnicą, uścisnąć te trzy dłonie, które spisały najlepsze w jego ocenie historie.

A gdy zobaczycie gdzieś zdjęcie brytyjskiego (choć z polskimi korzeniami!) mistrza horroru i będziecie się zastanawiać, czy jego firmowy uśmiech jest szczery, wspomnijcie moje zapewnienie, że – w przeciwieństwie do większości publicznych uśmiechów – jest.

Zenon z L.A.

Zdjęcia – Liquid Studio