Stephen King: „To”, „To” i „To”.

Minęło 27 lat od ostatniej wersji filmowej „To” (nie bez powodu, gdyż „To” atakuje co 27 lat). Kiedy więc usłyszałam, że ktoś wymyślił sobie odświeżenie jednego z moich najukochańszych filmów dzieciństwa, młodości i dorosłości również (bo „To” widziałam już dobrych kilkanaście razy, jak nie więcej), na podstawie jednej z moich najukochańszych książek, moją jedyną reakcją było: „pffff”. No bo po co? Po co brać coś, co jest idealne i na siłę próbować to ulepszyć? No po co? Bo czasem może się udać…

Fabuła – bez spoilerów

Dla tych, którzy jakimś cudem ominęli każdą wersję „To” (książkową, filmową z 1990 i tegoroczną), w skrócie: w Derry (bo gdzieżby indziej, to w końcu King), jest coś złego. Co 27 lat dochodzi tam do dużej ilości zaginięć i śmierci dzieci, a ilość przestępstw generalnie jest procentowo wyższa niż gdziekolwiek indziej w USA. Grupa dzieciaków („Klub Frajerów”), po śmierci brata jednego z nich i po bardzo dziwacznych rzeczach, które im się przydarzają, postanawia drążyć temat i bliżej poznaje Pennywise’a. „To” lubi się ukazywać jako klown, ale jest czymś więcej: ucieleśnieniem zła żerującym na strachu, najchętniej strachu najmłodszych. Bez większych spoilerów: dzieciakom udaje się pokonać „To” i obiecują sobie, że jeśli kiedykolwiek powróci, oni również wrócą do Derry. Po 27 latach muszą się wywiązać z obietnicy i już jako dorośli, ponownie stawić mu czoła.

Pennywise – Bill Skarsgard vs Tim Curry

Powiem wprost: postać Pennywise’a w nowej kinowej wersji podobała mi się najmniej z całego filmu, nie tylko dlatego, że Tim Curry w 1990 był po prostu idealny. Powodów jest wiele, a pierwszym z nich jest wygląd (nie ocenia się ludzi po wyglądzie, ale Pennywise’a jak najbardziej można).

old-an-new-pennywise-the-clown-it

Przeczytałam wypowiedź reżysera na temat tego, że uważa klowny XX wieku za tandetne i tanie i znacznie bardziej podoba mu się wizerunek klowna z poprzednich wieków, a poza tym „To” istnieje od tysięcy lat, więc dlaczego niby ma się dostosować do bieżącego pokolenia? Wypowiedź była krótka i kompletnie bezsensowna. Po pierwsze: „To” może i istnieje od tysięcy lat, ale jego sposobem na przetrwanie jest dostosowywanie się do bieżących czasów. Dlaczego więc miałby się wizerunkowo zatrzymać w poprzednich wiekach? Bo lubi spódniczki i getry? Po drugie, Pennywise miał wabić dzieci i dopiero, kiedy miał je już w zasięgu, pokazywał swoją „prawdziwą twarz”. Od którego klowna wzięlibyście balonika?

No dobra, ja bym od żadnego nie wzięła, klowny są wstrętne, ale wydaje mi się, że wybór jest dość prosty. Nowy Pennywise zobaczyłby tylko, jak się za mną kurzy.
Kolejną dość rażącą (mnie osobiście) rzeczą w nowej odsłonie klowna są oczy i zęby. Stary Pennywise przeważnie ma oczy normalne, wprawdzie konkretnie przekrwione, ale normalne. Kiedy go ponosi, oczy również się zmieniają. Nowy Pennywise ma cały czas żółte, gadzie oczy, które również nie zachęciłyby nikogo, żeby się do niego zbliżył. Stary Pennywise nie ma hollywoodzkiego uśmiechu, ale jego zęby przeważnie wyglądają brzydko, ale dość standardowo, a w kły i inne dziwne rzeczy zmieniają się, kiedy jest to uzasadnione. Nowy Pennywise ma zęby królicze. Niepotrzebnie groteskowy efekt i z oczami i z zębami.

Podobno przesadzam, ale sam głos Pennywise’a też mi trochę przeszkadzał, w swojej „przyjaznej” wersji brzmiał trochę jak nastolatek  przechodzący mutację.
Moje generalne nastawienie „na nie” w stosunku do nowego Pennywise’a zakończę ciekawostką, że twórcy myśleli o tym, że do tej roli znakomicie nadawałby się Tilda Swinton. W sumie „To” jako takiej płci nie posiada, a pod koniec walki z dzieciakami jest płci żeńskiej (w książce). Ja ją w tej roli widzę. Mogłaby być miazga. A jest Bill Skarsgard.

[zostałam skrytykowana, że za bardzo pojechałam Pennywise’a, więc spieszę z informacją, że nie był on totalnie beznadziejny i nie popsuł wszystkiego. Jego postać natomiast bardzo kłóci się i z moją miłością do Tima Curry’ego i z moim wyobrażeniem Pennywise’a z książki.]

Dzieciaki

Filmowa wersja „To” z tego roku opowiada połowę historii, dzieciństwo naszych bohaterów. Pozostała część ma się ukazać w przyszłym roku i już zacieram ręce. Tutaj sprawa jest prosta: w starym „To” dzieciaki były świetne, w nowym są absolutnie rewelacyjne. Na szczególną uwagę zasługują Finn Wolfhard (który podbił moje serce już w „Stranger Things”) i Jack Grazer, filmowi Richie i Eddie. Znakomite decyzje castingowe. Oby ich dorosłe wersje w przyszłym roku były równie udane.

it-2017-kids-group-670-380The-Losers-Club

Czy jest się czego bać?

Nowe „To” ma przewagę efektów specjalnych, którą wykorzystuje, ale nie do przesady. W kinie kilka razy podskoczyłam ze strachu. Stare „To” pomimo wieku również miało parę ciekawych efektów (choćby krwawiący album fotograficzny czy znakomita scena pod szkolnymi prysznicami). W nowym „To” bardziej straszyły inne odmiany „Tego” niż klown: potwór dostosowywał się do indywidualnych lęków naszych bohaterów i było to znakomite. Dla mnie straszne było każde pojawienie się zaginionego brata Billa, Georgiego (mam coś z dziećmi w horrorach). Sam Pennywise również ma swoje momenty, bazujące przede wszystkim na zaskoczeniu i bardzo szybkich ruchach. Jestem zadowolona z tego, że nie ma tu zbyt dużo tanich sztuczek ani epatowania przemocą. Film jest straszny w odpowiedni sposób do tematyki. Na pewno za to nie trzeba się bać, że film jest słaby. Jest naprawdę dobry.

Wierność adaptacji

„To” ma ponad tysiąc stron. Czy zrobimy z książki mini serial trwający ponad trzy godziny czy dwuczęściową wersję kinową, wszystko się nie załapie. W tym przypadku zdecydowanie godzę się z ominięciem wielu książkowych kwestii. Niektóre były tak odjechane, że ciężko byłoby je z sensem w filmie umieścić, brak innych nie wpływa na całokształt. Ciężko ocenić nowe „To”, bo znamy tylko połowę, ale już mogę powiedzieć, że obie wersje filmowe są wystarczająco dobre, żeby doskonale oddać klimat i ogólną treść książki. A dociekliwym pozostaje zmierzenie się z grubym tomiszczem, a zaręczam, że to sama przyjemność.

Ciekawostki o „To”

Kilka ciekawostek ze świata obu ekranizacji oraz książki:
– inspiracją do książkowej postaci Pennywise’a był ponoć John Wayne Gacy – seryjny morderca, skazany za zamordowanie 33 chłopców i mężczyzn, podejrzany o wiele więcej, który charytatywnie przebierał się za klowna. Jest to zgrabna plotka, ale King jej zaprzecza: na fabułę „To” wpadł, kiedy na odludziu zepsuł mu się samochód i idąc po pomoc przechodził przez stary, drewniany most. Pomyślał o trollach, które w baśniach czaiły się na dzieciaki pod mostami i tak zaczęło się „To”.
– reżyserem „To” z 1990 miał zostać George A. Romero (seria o żywych trupach). Nie został, z powodu obaw przed zbyt dużą ilością makabry.
– dzieciaki wybrały sobie aktorów, których chętnie widziałyby w ich rolach w drugiej części „To”. Choć ich wybory nie będą pewnie miały wiele wspólnego z rzeczywistością, są dość ciekawe: https://youtu.be/3Wt3XD8biVM
– zarówno Stephen King, jak i jego syn, Joe Hill, bardzo polubili nową odsłonę „To”. W przypadku Kinga, który uważa, że nikt nie zrozumie, jak zrobić film na podstawie książki, oprócz autora (zapewne kolejny przytyk do „Lśnienia” Kubricka), reakcja jest wyjątkowo pozytywna. Po obejrzeniu filmu, wcale się nie dziwię.
– włosy Tima Curry’ego w „To” z 1990 ponoć były prawdziwe.
– Pennywise’a w pierwszej wersji miał zagrać Alice Cooper.

Jeśli zastanawiacie się, czy obejrzeć nowe „To” w kinach, nie ma się nad czym zastawiać. Film jest naprawdę świetny. Choć jestem miłośniczką wersji z 1990 roku, nie mam nic do zarzucenia nowej wersji (poza samym klownem, ale jego było naprawdę na tyle niewiele, żeby filmu nie zepsuć). Podkreślę natomiast, że z trzech odsłon „To”, najlepsza pozostaje książka. Nic nie może się jej równać.

Wasza Betoniarka

21427240_1469870016393958_9033707583155252603_o

 

Zdjęcia:
http://horrorfreaknews.com/director-differences-new-old-pennywise-sinister-vs-cartoonish
http://www.gamesradar.com/the-new-it-clip-is-all-sewers-balloons-pennywise-and-nope/
https://www.financialsense.com/contributors/patrick-schotanus/inside-markets-mind-halloween-edition
https://moviepilot.com/p/it-2017-tilda-swinton-perfect-pennywise/4336229
http://za.ign.com/stephen-kings-it/106839/feature/pennywise-explained-who-is-the-creepy-it-clown
https://moviepilot.com/p/it-2017-tilda-swinton-perfect-pennywise/4336229
https://www.goodreads.com/book/show/830502.It
http://www.contactmusic.com/news/bill-skarsgard-it-clown_5712729

 

 

Reklamy

Graham Masterton / Motyla noga, chyba nie jestem dziś w nastroju do pisania


Przed Wami wywiad złożony z pytań, które sami wymyśliliście. Zadaliśmy je brytyjskiemu pisarzowi, a on udzielił szczegółowych i niekiedy zaskakujących odpowiedzi. Zdradził między innymi, że na tyle pokochał Wrocław, by umieścić tu wkrótce akcję swojej powieści.

Zapraszamy do (długiej) lektury!

Jesteś niezwykle płodnym pisarzem. Czy masz jakieś „rytuały”, które praktykujesz przy pisaniu książek? Może jakieś osobiste dziwactwa z tym związane?

Wstaję. Przyrządzam dawkę końskiej kawy (w której nie zatonęłaby podkowa). Odpowiadam na wszystkie emaile i wiadomości na Facebooku. Następnie zaczynam pisać i robię to w ciszy do około 17.00, choć w porze obiadowej robię krótką przerwę, by kupić gazetę i rozprostować nogi. Nigdy nie słucham przy tym muzyki. Philip Pullman też tego nie robi. Pisanie ma swój własny rytm i nie chciałbym, aby zaburzał go rytm Koncertu Cesarskiego Beethovena, choć bardzo go lubię.
Wieczorem wybieram się czasem do pubu na drinka i spotkanie z przyjaciółmi. Niekiedy spotykam się też z Dawn Harris, która jest pisarką i oczekuje na publikację swej pierwszej powieści, nad którą pomagałem jej pracować przez ostatnich pięć lat.
Ale nie mam żadnych dziwacznych rytuałów. Zaczynałem jako dziennikarz w wieku 17 lat, później zostałem redaktorem naczelnym i szybko nauczyłem się, że powodzenie pisarskie nie bierze się z niczego dziwnego, tylko z codziennego, konsekwentnego stukania w klawiaturę.

Czy któryś z bohaterów Twoich książek odwiedził Cię w koszmarze sennym? A może wciąż Cię odwiedza?

Bardzo rzadko miewam sny. To znaczy zapewne je miewam, ale niezmiernie rzadko coś z nich pamiętam. Kładę się do łóżka, zasypiam, budzę się. Być może spowodowane jest to faktem, że podczas procesu pisania opróżniam swój umysł ze wszelkich trosk czy wątpliwości. Gdy mam jakiś problem w pracy nad fabułą powieści, zdarza mi się jednak zapadać w poranne drzemki i wówczas przytrafiają mi się sny pomagające go rozwiązać. Trzeba jednak wiedzieć, że w tych snach zawsze odgrywam rolę głównego bohatera, nawet jeśli jest to kobieta jak Katie Maguire. Te poranne sny są bardzo realistyczne i niezmiernie pomocne w rozwijaniu fabuły.

Neil McCormick marzył o zabiciu Bono, a o uśmierceniu kogo marzy Graham Masterton?

Nie sądzę, by zabójstwo było dobrym rozwiązaniem, nieważne jak bardzo się kogoś nie cierpi. Są jednak ludzie tak toksyczni, że chętnie zdegradowałbym ich do roli pomocy kuchennej w McDonaldzie albo recepcjonistki w podupadającym ośrodku wczasowym na północno-zachodnim wybrzeżu Anglii. Jednym z takich ludzi jest John McDonnell, Kanclerz Skarbu w gabinecie cieni Brytyjskiej Partii Pracy. Określa sam siebie jako marksistę, a ja dobrze pamiętam, co uczynił marksizm z Polską, NRD oraz pozostałymi państwami tzw. bloku sowieckiego. Gdy dziś rozmawiam z młodymi warszawianami, nie mają oni świadomości, jaka bieda panowała w ich mieście trzydzieści lat temu, kiedy ludzie sprzedawali na Marszałkowskiej własne meble, by mieć za co wyżyć. Nie pamiętają trującego, żółtego powietrza nad Katowicami.
A jeśli już wolno mi puścić wodze fantazji, to wynająłbym również snajpera do ”zdjęcia” Jeremiego Corbyna, lidera laburzystów, siwobrodego komunisty z zamierzchłych czasów, który dla niewiadomych powodów stał się idolem młodej generacji.
No i nie miałbym nic przeciwko własnoręcznemu zastrzeleniu Eda Sheerana.

Czy związujesz się emocjonalnie z postaciami?

Oczywiście, ponieważ wszyscy moi bohaterowie są w jakimś stopniu mną. Tym najbliższym memu sercu jest chyba Harry Erskine z „Manitou”, ponieważ ma zdrowy dystans zarówno do siebie, jak i do świata. Przepowiada też przyszłość za pomocą kart, by zwabić atrakcyjne kobiety, co jest niestety również moją słabością. Sam posiadam talię kart zwanych La Sybille des Salons, które są zdolne zaczarować młode panie [śmiech]. A jednak chciałbym podkreślić, że mocno wspieram kobiety w walce o ich prawa. I robię to od bardzo dawna, a konkretnie od czasu mojej pracy jako wydawca magazynów dla mężczyzn takich jak „Mayfair” czy „Penthouse”, kiedy to w przeciwieństwie do większości mężczyzn traktowałem modelki podmiotowo, a nie przedmiotowo. Większość moich przyjaciół to kobiety i pewnie dlatego odczuwam silną więź z Katie Maguire, która musi walczyć nie tylko z przestępcami, ale i z seksizmem wewnątrz policji. Robię jednak wszystko, by wyszła z tej walki obronną ręką.

Kto zwykle zostaje pierwszym krytykiem Twoich dzieł? Wydawca? Ktoś
z rodziny?

Moja zmarła żona Wieśka zwykła czytywać każdy napisany przeze mnie rozdział i poddawać go surowemu osądowi, co było bardzo pomocne. Po jej śmierci nie wiedziałem, co zrobić, ale z pomocą przyszła mi ówczesna szefowa promocji wydawnictwa Albatros, Marysia Raczkowska, która zgodziła się czytać na bieżąco moją nową powieść „Śpiączka” w miarę jej powstawania. Jej wsparcie w tym trudnym okresie było dla mnie bardzo ważne i do dziś pozostajemy przyjaciółmi.
Obecnie sam jestem swoim krytykiem, i to bardzo wymagającym. Codziennie zaczynam pracę od przeczytania tego, co napisałem poprzedniego dnia, i poprawiania. W końcu sam wydawałem gazetę i potrafię bezbłędnie rozpoznać ścierwo.

o+éawa_0060

Czego się najbardziej boisz?

Osobiście nie boję się niczego. Nie wierzę w duchy, demony czy Szatana. Ale zawsze martwię się trochę o moich trzech synów oraz jedenaścioro wnuków. Chcę, żeby byli szczęśliwi i bezpieczni.

Czy byłeś kiedyś w kopalni pod ziemią? Czy taka sceneria i miejsce to dobry sposób na nową koncepcję do nowej książki?

Byłem kiedyś w kopalni, w Walii. Było kurewsko ciemno. Napisałem o tym doświadczeniu opowiadanie pt. „Men of Maes”. Czytałem też powieść Juliusza Verne’a o ludziach w kopalni, ale było to tak dawno temu, że nie pamiętam żadnych szczegółów. Mój dziadek był generalnym inspektorem szkockich kopalni, więc wielu członków mojej rodziny ze strony ojca pracowało na dole. Kilku straciło tam nawet życie. Mój cioteczny dziadek wpadł do szybu w wieku 17 lat. Również mój teść Kazimierz był górnikiem, ale później przekwalifikował się na ogrodnika, bo w szklarni było jaśniej. Niestety, niewiele mu to pomogło, bo w końcu zamordował swoją kochankę, a sam się powiesił.

Czy przyjąłbyś zaproszenie H.P. Lovecrafta na wspólne picie wódki na brzegu morza, o północy, podczas pełni?

Raczej nie pijam już wódki, choć nie pogardzę szklanką krupniku od czasu do czasu. Ale nie przyjąłbym jego zaproszenia. Nie żebym miał cokolwiek przeciwko brzegowi morza, pełni czy północy, tylko nie sądzę, byśmy mieli się ze starym H.P. dogadać. Za młodu lubiłem jego opowiadania – i oczywiście przywłaszczyłem sobie jego pomysły na potrzeby „Manitou” i „Drapieżców”. Ale miał tak potężny podbródek, że nie sądzę, byśmy zdołali zmieścić się obaj na jednej plaży.

Jakie książki czytał Graham Masterton w dzieciństwie / wczesnej młodości?

Edgar Allan Poe, Juliusz Verne, Bram Stoker. Później wziąłem się za twardych amerykańskich pisarzy jak Nelson Algren. A potem zafascynowali mnie bitnicy – Jack Kerouac, Allan Ginsberg i William Burroughs. Oczywiście z tym ostatnim zaprzyjaźniłem się, gdy przeprowadził się do Londynu. Godzinami rozmawialiśmy o tym, jak umieścić czytelnika wewnątrz opowieści. Przyznam, że mój styl pisarski wykuł się, a przynajmniej okrzepł dzięki tym dyskusjom.

I czy spał przy włączonym świetle?

Nigdy nie bałem się ciemności. Ciemność to tylko brak światła.

Bobry czy jeże?

Zakładając, że masz na myśli prawdziwe zwierzęta, a nie żeńskie organy płciowe, wyznam, iż nie zaliczam się do szczególnych miłośników zwierzaków. Bywałem wypraszany z pubów za narzekanie na nachalnie obwąchujące mnie psy.
Ale wstrząsnęła mną informacja o brutalnych walkach psów w Irlandii. Zainspirowało mnie to do umieszczenia mocnych scen o tej tematyce w mojej najnowszej powieści o Katie Maguire pt. „Living Death”. Podczas występu w programie telewizyjnym w Cork poznałem też bardzo popularną (i bardzo ładną) irlandzką psycholog Sabinę Brennan, która, jak się okazało, jest posiadaczką czterech psów ze schroniska. Zasugerowałem jej, że powinniśmy rozpocząć w Irlandii kampanię medialną zachęcającą ludzi do zgłaszania znanych im przypadków walk psów. Kiedy jednak porozmawiałem na ten temat ze znajomym byłym członkiem Gardy, irlandzkiej policji, stanowczo mi to odradził jako zbyt ryzykowne, szczególnie dla Sabiny, która mieszka w Dublinie. Gangi kontrolujące walki psów są bardzo bezwzględne. Okazuje się, że walki te są bardziej dochodowe niż handel narkotykami czy napady na banki. Musiałem więc porzucić ten pomysł ze względów bezpieczeństwa.

Razem z Wieśką stanowiliście udane małżeństwo – czy masz jakieś rady, wskazówki dla par, jak stworzyć perfekcyjny związek?

Zawsze próbuj zrozumieć punkt widzenia swojego partnera, i to na wszystko, poczynając od kolacji, a kończąc na seksie. Spróbuj przeniknąć jej / jego myśli. Nie oznacza to bynajmniej słabości i braku asertywności. Wręcz przeciwnie. Ale oznacza to bycie dobrym i tolerancyjnym.
Chociaż prawdopodobnie nie jestem najlepszym adresatem tego pytania. Jak mówiłem wcześniej, zawsze najbardziej przyjaźniłem się z kobietami i nie znoszę rozmów o piłce nożnej, golfie czy samochodach. Zawsze omijam też w gazecie dział sportowy. Sport to dzieło Szatana.

+-migr+-d_0053

Co sprawia, że straszna historia naprawdę straszy?

Jeśli podważa wszystko, co uważałeś za bezpieczne i odbiera twoim bohaterom zdolność obrony – jesteś w domu. Klasycznym przykładem jest pierwszy rozdział mojej powieści „Czarny anioł”, w którym cała rodzina zostaje zamordowana przez niespodziewanego sprawcę. Autor horrorów Brian Keene powiedział ostatnio, że to był mistrzowska lekcja horroru absolutnego, bo przedstawia ojca, którego rodzina jest mordowana na jego oczach, a on nic nie może na to poradzić. Bezradność, oto, co jest przerażające.

Dlaczego zakończenia zawsze są pozytywne?

Nie wydaje mi się, żebym szczególnie lubił szczęśliwe zakończenia. No, może za wyjątkiem wizyt w salonie masażu tajskiego [śmiech]. Zawsze staram się postawić ciemny znak zapytania na końcu moich książek. W „Koszmarze” bohaterka zostaje zastrzelona na ostatniej stronie, za co spadła na mnie ogromna krytyka ze strony czytelników.

Jaka była najdziwniejsza rzecz, na jakiej złożył autograf Graham Masterton?

Były dwie takie rzeczy: robiona na zamówienie psia obroża z moją facjatą i lewy pośladek dziewczyny na basenie w Napa w Kalifornii.

Co jest dla Ciebie najbardziej inspirującą rzeczą na świecie?

Pomaganie ludziom w wyrażeniu siebie. Na przykład kiedy poznałem Dawn Harris, powiedziała mi, że chce zostać pisarką i pomogłem jej w pracy nad jej pierwszą książką. Byłem zaciekłym krytykiem, ale ona się nie poddawała, przerabiała, poprawiała, aż w końcu powieść była tak dobra, że bez trudu znalazłem jej agenta i wydawcę. Podobna motywacja stała za moim ogólnopolskim konkursem literackim o nagrodę Grahama Mastertona „Pisane w więzieniu”, w którym zaprosiłem pensjonariuszy polskich zakładów karnych do napisania opowiadania liczącego tysiąc słów. Zależało mi na tym, by dać im możliwość wyrażenia siebie światu na zewnątrz murów, w których są zamknięci – możliwość, której normalnie nie mają. Odzew był fantastyczny – 130 bardzo niekiedy wzruszających opowiadań, których jakość była imponująca. W przyszłym roku planuję więc kolejną edycję konkursu.

Do jakiej książki zawsze wracasz?

Nie czytuję już fikcji. Jak możesz sobie wyobrazić, spędzam całe dnie na pisaniu własnej i ostatnią rzeczą, jaką chcę jeszcze robić, jest czytanie cudzej. To jakby szef kuchni wracał do domu po całym dniu pracy w restauracji i musiał jeszcze pichcić kolację albo, co gorsza, odgrzewać w mikrofali jakieś mrożonki. Nie przeczytałem żadnej książki Stephena Kinga ani choć jednego słowa z „Harry’ego Pottera”. Ale w 1970 roku otrzymałem „The Process”, powieść Briona Gysina, artysty, pisarza i przyjaciela Williama Burroughsa. Opowiada ona o podróży czarnoskórego profesora przez Saharę. Zawsze do niej wracam, bo do tej pory nie wyszedłem poza dwudziestą drugą stronę. Jest po prostu tak dobra, że rozkoszuję się każdym zdaniem i nie czuję potrzeby dalszego czytania. Brion mówi, że pudełko zapałek chichocze, gdy nim potrząsnąć. Jego proza jest bardzo inspirująca.

Skąd bierzesz pomysły na tak realistyczne przedstawienie postaci, otoczenia?

Odbyłem niezły trening jako dziennikarz, więc jestem przyzwyczajony do wynajdywania historii w doniesieniach medialnych, nawet w najkrótszych zajawkach. Mam więcej pomysłów na książki, niż kiedykolwiek będę w stanie zrealizować. Ale jako reporter nauczyłem się jeszcze czegoś: jak rozmawiać z ludźmi o najbardziej intymnych sprawach w ich życiu – czego się boją, dlaczego rozpadają się ich związki, jakie są ich ambicje. Jest mi więc łatwo opisywać te prawdziwe uczucia w moich książkach. Jeśli zaś chodzi o środowisko, lubię wybierać nietypową scenerię – jak Cork w serii o Katie Maguire – i opisywać ją tak szczegółowo, by wydała się czytelnikowi prawdziwa. Napisałem „Dziecko ciemności” po swoim pierwszym pobycie w Warszawie w 1989 roku, ale chciałbym stworzyć więcej powieści, których akcja toczy się w Polsce, tak bardzo Wasz kraj się zmienił. Wrocławiu, miej się więc na baczności – diabeł już po ciebie idzie! [śmiech]

Czy gdybyś nie był pisarzem, bałbyś się czytając takie książki, które sam piszesz?

Nie wydaje mi się. Gdybym nie został pisarzem, byłbym komikiem występującym na scenie. Mój pradziadek ze strony matki był Polakiem, synem kupca winnego. Może dlatego tak bardzo lubię wino [śmiech]. Ale pod koniec XIX wieku przybył do Anglii i został agentem teatralnym. Chyba odziedziczyłem po nim część skłonności do showbiznesu, toteż raczej nie bałbym się takich książek jak moje. Prędzej bym się z nich śmiał.

+-migr+-d_0030

Najtrudniejsze słowo po polsku, jakie słyszałeś?

Było to nie tyle słowo, ile nazwa miasta – Szczytno. Spędziłem tam cudowny dzień, ale Anglikowi ciężko wymówić samą nazwę, by nie zabrzmiała „Shit! No!” [śmiech]. Być może do moich trudności przyczynił się nieco poprzedni wieczór spędzony w “Stajni” w Białymstoku, gdzie barman Adam Tequila (!) poił mnie bez umiaru wódką poziomkową – „bo czytałem Twoje książki, odkąd skończyłem trzynaście lat!”. Nie bolała mnie wprawdzie głowa, za to mój mózg zmienił się w gigantyczną poziomkę [śmiech].

Wymień proszę wady bycia pisarzem.

Nie wydaje mi się, by jakieś były. Nie potrafię wymyślić dla siebie lepszego zajęcia. Na siłę można by wspomnieć o tym, że cały dzień siedzę sam, otoczony jedynie przez swoich bohaterów (którzy i tak są wszyscy mną!). Z drugiej strony, zyskałem tylu nowych znajomych, szczególnie odkąd powstały Facebook i Twitter. Własne strony internetowe w Anglii i w Polsce też bynajmniej nie przeszkadzają w zawieraniu nowych znajomości.

Jeśli Twoje życie byłoby książką Twojego autorstwa, jaki nosiłoby tytuł?

“Zapłacę ci, gdy wyjdę na prostą” [śmiech].

Czy istnieje pomysł na książkę, którą zawsze chciałeś napisać, a z jakichś powodów jeszcze tego nie zrobiłeś?

Tak. Zamierzałem napisać powieść w serii o Katie Maguire z wątkiem terroryzmu islamskiego. W Irlandii jest społeczność muzułmańska, a w samym Cork znajduje się meczet. Ale po rozmowie z imamem zarzuciłem ten pomysł.

Gdybyś mógł złupić, ograbić i spalić dowolne miasto, jaki byłby Twój wybór?

Hull w północno-wschodniej Anglii. Choć musiałbym się ograniczyć do spalenia, bo nie ma tam czego grabić, chyba że lubisz McDonalda. Ludzie są wspaniali, ale miasto to prawdziwy śmietnik. Powinno zostać zrównane z ziemią i zbudowane od nowa – a następnie skorzystać na końcu obowiązywania wspólnej polityki rybołówstwa UE w Wielkiej Brytanii.

Którego bohatera swoich książek najbardziej nie lubisz?

Właśnie ukończyłem kontynuację mojej osiemnastowiecznej powieści kryminalnej „Szkarłatna wdowa”, gdzie rolę złego charakteru gra bogaty biznesmen – kłamca i oszust wykorzystujący bezbronne młode białogłowy. Nazywa się George Hazzard i szczerze drania nie cierpię.

Jaką radę miałbyś dla osób zaczynających z pisaniem?

Pierwsza zasada: bez agenta ani rusz! To właśnie w pierwszej kolejności pomogłem załatwić Dawn. Poza tym nie słuchaj rad innych pisarzy. Stephen King twierdzi, że piekło wybrukowane jest przysłówkami? Zignoruj Stephena Kinga. Pisz po swojemu. Osobiście staram się pisać w taki sposób, by czytelnicy zapomnieli, że czytają, by znaleźli się w samym środku powieści i stamtąd ją przeżywali. Jak wspominałem, pracowałem nad tą techniką z Williamem Burroughsem całymi dniami. Jej istotnymi elementami są prosty język i bezbłędny rytm, zupełnie jak w muzyce. Tu powtórzę jednak, że podczas pisania nie warto słuchać muzyki. Rytm Chopina z pewnością zaburzy Twój własny. I ostatnia rada: co 45 minut wstań i przejdź choć kilka kroków, by odciążyć kręgosłup. Pamiętaj też o nawilżaniu oczu – jeśli coś ma z tego wyjść, musisz gapić się w ekran naprawdę długo!

Czy autor z takim dorobkiem miał kiedyś blokadę twórczą?

Nigdy. Zawsze myślałem, że Blokada Twórcza to kilka palących się opon na drodze i stojący za nimi z groźnymi minami pisarze, którym brak pomysłów. Przypominam, że byłem za młodu dziennikarzem, a w tym zawodzie nie możesz powiedzieć naczelnemu „Motyla noga, chyba nie jestem dziś w nastroju do pisania”. Mój problem polega raczej na tym, że mam zdecydowanie więcej pomysłów niż czasu na ich spisywanie. Zejdę z tego świata z setkami nienapisanych książek, co zdrowo mnie wkurza.

Kiedy skończysz pisać książkę i czytasz całość, co czujesz?

Smutek pewnego rodzaju, bo żegnam się z postaciami, z którymi mocno się zżyłem. Z drugiej strony, kolejna książka zawsze czeka! Byłem akurat w połowie nowego horroru, gdy wydawca zmusił mnie do przerwania pracy i napisania kontynuacji „Szkarłatnej wdowy”. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy, więc już nie mogę się doczekać, aż siądę do przerwanej książki, co uczynię natychmiast po powrocie z Polski.

Życzę zatem powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję, szczególnie tym Waszym czytelnikom, którzy ułożyli tak interesujące pytania. Mam wrażenie, że Statek Głupców niedługo znowu o mnie usłyszy [tajemniczy śmiech].

Rozmawiał: Zenon z L.A.

Zdjęcia: Marta Boska.

Dżentelmeński horror czyli Graham Masterton idzie do więzienia

Od osób znanych oczekuje się, że będą się angażować w działalność charytatywną czy społeczną. I owe osoby oczekiwania te spełniają. A ponieważ osoby znane, podobnie jak osoby nieznane, to osoby bardzo różne, czynią to z rozmaitych pobudek. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, iż za zaangażowaniem większości z nich stoi raczej swoista presja społeczna niż własna, niezachwiana wola działania. Szczególnie że popularności towarzyszy zazwyczaj tak zwana woda sodowa i oderwanie od życia w jego wydaniu codziennym i przyziemnym.

Tym bardziej cenię więc Grahama Mastertona. Ten brytyjski pisarz, autor horrorów, thrillerów, kryminałów i poradników seksualnych, odnoszący sukcesy od ponad czterdziestu lat, miał dość czasu, by upoić się swą sławą i odlecieć w kosmos, pozostawiając na Ziemi istoty pośledniejszego gatunku, chodzące codziennie do pracy i z utęsknieniem wyglądające wypłaty. A jednak nigdzie nie poleciał.

Gdy w październiku ubiegłego roku układałem program jego wizyty na Dolnym Śląsku, nie miałem jednak pojęcia, czego spodziewać się po tym doświadczonym angielskim dżentelmenie. Postanowiłem zrobić mu niespodziankę i wspólnie z biblioteką w Wołowie zorganizować jedno ze spotkań w miejscowym więzieniu, w którym prężnie działa dyskusyjny klub książki. Marsowa mina pisarza, gdy po raz pierwszy mu to oznajmiłem, kazała mi już szukać w myślach innego zatrudnienia. Była to jednak zła mina do dobrej gry.

Ze spotkania w wołowskim więzieniu Masterton wyszedł zachwycony. Po pierwsze, mimo pokaźnego życiowego bagażu, nigdy jeszcze nie miał okazji się w takim przybytku znaleźć. Po drugie i najważniejsze, osadzeni w tym przybytku zachwycili go w dwójnasób – zarówno wysoką jakością swoich pytań, jak i faktem, iż większość z nich zadali od razu po angielsku.

GM_wolow_08.jpg

W kilka dni po powrocie do Anglii zadzwonił z gotowym pomysłem na konkurs literacki dla osadzonych w polskich zakładach penitencjarnych. Oświadczył, że sam ufunduje nagrody, przyleci też na własny koszt do Polski, by osobiście wręczyć je zwycięzcom. Wszystko po to, by zaktywizować ludzi przebywających za kratkami i dać im szansę podzielenia się swoimi nierzadko niebanalnymi historiami.

Przy wydatnej pomocy dyrekcji wołowskiego więzienia udało się ten zamysł ziścić. Konkurs został ogłoszony i wpłynęło na niego aż 130 prac, bardzo zróżnicowanych tak pod względem formy, jak i treści. Następnie rozpoczął się żmudny proces tłumaczenia opowiadań na język angielski, choć w kilkunastu przypadkach nie było to konieczne, gdyż ich autorzy nadesłali je od razu w mowie Szekspira.

Graham Masterton przeczytał je co do jednego i, jak zapewnia, nie tylko wielokrotnie się przy tym wzruszył, ale i sporo się dowiedział, co może nie pozostać bez wpływu na kształt jego przyszłej twórczości. Tymczasem zaś szykuje się do podróży do Polski na początku lipca, by, zgodnie ze swą obietnicą, uścisnąć te trzy dłonie, które spisały najlepsze w jego ocenie historie.

A gdy zobaczycie gdzieś zdjęcie brytyjskiego (choć z polskimi korzeniami!) mistrza horroru i będziecie się zastanawiać, czy jego firmowy uśmiech jest szczery, wspomnijcie moje zapewnienie, że – w przeciwieństwie do większości publicznych uśmiechów – jest.

Zenon z L.A.

Zdjęcia – Liquid Studio

Niesamowitości w obfitości / „Dziecko na niebie” Jonathana Carrolla

Wyobraźnia to dar cokolwiek niebezpieczny. Posiadana w nadmiarze, może przywieść właściciela na skraj szaleństwa i do myśli –  a w konsekwencji czynów – które nie będą mieściły się w żadnych kategoriach, jakimi operuje człowiek normalny. Może w końcu przywieść do tworzenia takich dziwacznych i pokręconych fabuł, jakie serwuje swoim czytelnikom Jonathan Carroll.

Jest więc „Dziecko na niebie” poniekąd powieścią autotematyczną, której sporą część poświęcił autor bliskim z konieczności swemu sercu zagadnieniom: jaką cenę płaci artysta za swój talent, jaka jest odpowiedzialność twórcy wobec jego odbiorców, co by wreszcie było, gdyby zasłona między rzeczywistością a fikcją okazała się przenikalna i wybitnie silna wyobraźnia potrafiła materializować swe wytwory – nie tylko na kartce papieru czy taśmie filmowej.

Tak właśnie dzieje się w dziele Carrolla, co stanowi przyczynek do szerszych rozważań o naturze zła, jego komplementarności i nie-zawsze-rozróżnialności z dobrem, czy jego atrakcyjności dla człowieka, który – niczym bohaterka utworu Edyty Bartosiewicz – za dużo widzi, zbyt mocno czuje. Tak zarysowany problemat domaga się wręcz wykorzystania motywu faustowskiego – i Carroll istotnie nie odmówił sobie kilku stosownych wzmianek.

Trzeba pochwalić zarówno konstrukcję powieści, jak i kryjącą się za nią, przemyślaną i dość pociągającą koncepcję. Carroll bardzo swobodnie żongluje perspektywami i planami, a szczególne mistrzostwo – i chyba zarazem swój znak firmowy – osiągnął w stopieniu świata niesamowitego z samowitym. Przejście między nimi jest łagodne, niekiedy wręcz niedostrzegalne, za to mocne kontrasty pojawiają się w obrębie każdego z nich. Wywołuje to w czytelniku bardzo silne wrażenie, że czarno-biały świat to niedopuszczalne poznawcze uproszczenie, możliwe co najwyżej w „Bolku i Lolku”, gdzie Bolek zawsze rozrabia, Lolek nieodmiennie łagodzi, a Tola gotuje obiad. Ale niemożliwe w życiu czy w prawdziwej literaturze.

Trzeba też podkreślić niezwykłą filmowość „Dziecka na niebie”. Pal sześć, że dwaj główni bohaterzy są reżyserami; ta historia aż prosi się o sfilmowanie! Tymczasem profil Carrolla na IMDb ujawnia tylko jedną realizację na podstawie jego tekstu, do tego ocenioną wyjątkowo mizernie. Muszę przyznać, że nie rozumiem braku zainteresowania Hollywood tak intrygującymi i znakomicie skrojonymi historiami.

Żeby jednak nie było tak czołobitnie: są tu dwa mankamenty, które sprowadzają tę powieść na zdecydowanie ziemski poziom. Pierwszym z nich jest styl, amerykański aż do bólu. Półtorej dekady w Europie (liczone do momentu publikacji książki) najwyraźniej nie wystarczyło autorowi na przejęcie europejskiej ogłady; stąd prostota oraz przesadna familiarność, objawiająca się, co gorsza, poprzez zwracanie się do czytelnika w liczbie mnogiej, jak gdyby Carroll podważał doniosłość jednej z najcenniejszych wartości – indywidualności.

Problemem są też nader liczne ustępy, w których narrator, odchodząc od relacjonowania akcji, zaczyna się dzielić swoimi przemyśleniami, nierzadko stanowiącymi pewną interpretację zachodzących wydarzeń. Po pierwsze, pozostawia to czytelnikowi za mało przestrzeni na własne myśli. Po drugie, przy bliższym oglądzie, wynurzenia narratora ujawniają przesadną liczbę porównań i skłonność do banału, zakamuflowaną w formie sentencji gotowych do użycia i dobrych na każdą okazję. Dobry redaktor część tych ustępów by powycinał i powieść byłaby jeszcze lepsza.

Ale i tak jest bardzo dobra. Cieszę się więc, iż już za dwa tygodnie będzie miała polską premierę najnowsza książka Carrolla. Ma ona wprawdzie niejednolitą, eklektyczną formę, ale to akurat w ogóle mi nie przeszkadza. Będę mógł przekonać się na własne modre oczy, czy jest to pisarz stojący w miejscu, czy podążający w (czytelnikowi) nieznane.

utracjusz

Jaki ojciec taki syn?/Stephen King vs Joe Hill

Jako osoba, która napisała pracę magisterską o Stephenie Kingu, mam nieustającą potrzebę być na bieżąco. Ze wszystkim. I kiedy kilka lat temu dowiedziałam się, że syn Kinga, piszący pod pseudonimem Joe Hill (a tak naprawdę Joseph King) postanowił pójść w ślady ojca i pisać książki o zbliżonej tematyce, pomyślałam, że zwariował. No bo powiedzmy sobie szczerze: udawanie, że nie jest się tym, kim się jest, w obecnych czasach może działać najwyżej przez kilka dni. Robienie dokładnie tego samego, co robi genialny ojciec jest skazywaniem samego siebie na ciągłe porównywanie. I jest się na przegranej pozycji, niestety. Dlatego pokusiłam się o próbę porównania. Żeby nie było, obu bardzo lubię.

1c0e130eca2f44100b078c8114f22b4b

No są do siebie podobni. We wcześniejszych latach tak bardzo nie rzucało się to w oczy. Teraz Hill ma 44 lata, King 69 i upodabniają się do siebie fizycznie coraz bardziej.

Czy Hill miał w ogóle szansę pójść w inną stronę niż pisanie? Chyba nie. Sam mówi, że największy wpływ miało na niego to, że kiedy wracał ze szkoły i mama i tata siedzieli i pisali, przez co w jego głowie powstała idea, że tak powinno być, że każdego dnia powinno się poświęcać trochę czasu na wymyślanie historii. Ponadto, rodzinne rozmowy przy posiłkach, zawsze schodziły na literaturę, dyskusje o autorach, o książkach. W wolnym czasie wspólnie książki czytali. Ciężko się otrząsnąć z takiego wychowania.

Po co pseudonim? Hill miał moment, kiedy oficjalnie chciał zmienić imię i nazwisko, bo czuł się przytłoczony sławą ojca. Wiedział, że wybrał trudną drogę. Sam mówi, że każdy pisarz w pewnym sensie jest dzieckiem innego, że samo pisanie rodzi się z podziwu dla czyichś dzieł. Jako przykład wymienia „narodziny” Kinga z dzieł Mathesona (dopiero poznaję Mathesona, więc jeszcze nie wiem, czy to trafne porównanie). W przypadku Hilla problemem było, że nie tylko jako pisarz, ale również jako człowiek, jest po prostu dzieckiem swojego ojca.  Hill wspomina również, że kiedyś, jeszcze w latach osiemdziesiątych, wszedł do księgarni, w której regał z horrorami nazywał się „Stephen King”. Zawierał wprawdzie książki wielu innych autorów, ale Hill odebrał to jako wiadomość „tu są książki Kinga i wszystkich innych którzy chcieliby nim być”. Ciężki orzech do zgryzienia.

Autorska płodność. Stephen King w wieku 44 lat miał opublikowane 21 książek. Hill ma 4, trochę opowiadań i 6 zeszytów komiksów.  Można by było powiedzieć, że nie liczy się ilość, ale jakość, ale wśród książek Kinga napisanych do wieku 44 lat, są takie znakomitości jak „Bastion”, „Talizman”, „Misery”, „To”, „Lśnienie” czy „Christine”. Na temat autorskiej płodności Hill również ma coś do powiedzenia: jest po prostu autorem nieśmiałym. Zanim cokolwiek opublikuje w nieskończoność się zastanawia, szlifuje, myśli, poprawia. Jak sam mówi, jeśli w książce jest jakakolwiek scena, która mogłaby spowodować, że czytelnik książkę porzuci i już do niej nie wróci, będzie ją poprawiał w nieskończoność aż uzna, że jest dobra. King chyba już nie ma takiego pisarskiego stresu. Chyba nigdy go specjalnie nie miał.

„Pudełko w kształcie serca”. Jest to pierwsza i jedyna powieść Hilla, która jeszcze czeka u mnie w kolejce do przeczytania. Podobno całkiem niezła. Opowiada o gościu, który przez internet kupił sobie… ducha. Opublikowana w 2007 roku, kiedy Hill miał 35 lat w porównaniu do Kinga wypada słabo, bo on w takim wieku wydał I tom „Mrocznej Wieży”, a w bliskim sąsiedztwie „Cujo” i „Christine”. Od porównywania warsztatu powstrzymuje mnie to, że książki jeszcze nie czytałam, a w opinie tych, którzy przeczytali, nie do końca wierzę. Okładka za to mi się bardzo podoba.

20080223213546

„Rogi”. Rok 2010, Hill w wieku 38 lat. King w podobnym wieku publikuje „Talizman” i „To”. „Rogi” są świetne. Trzymają w napięciu, powodują gęsią skórkę i moim zdaniem książkę całkowicie spieprzyła ekranizacja. Harry Potter w horrorze psuje całkowicie klimat, który w książce wylewa się z każdej strony. Wyobraźcie sobie, że budzicie się na kacu, ze strachem podchodzicie do lustra spodziewając się, że wyglądacie jak żywy trup i nagle okazuje się, że jest gorzej, bo… rosną wam rogi. Pozytywna strona ekranizacji jest taka, że w ogóle była, co na pewno jest świetne dla początkującego pisarza, bo zawsze to jakaś forma uznania dla twórczości. Uszczypliwe wspomnę, że King mając lat 38 miał na swoim koncie już 14 ekranizacji swojej twórczości. Większość nie za dobra, ale ilość imponująca.

rogi

„NOS4A2”. 2013, Hill ma 41 lat. King w podobnym wieku wydał „Misery”, „Stukostrachy” i „Mroczną połowę”. W moim osobistym odczuciu zdecydowanie rok Hilla, bo od tej książki po prostu czytelniczo się w nim zakochałam. Czytałam ją w okresie świątecznym, a to właśnie horror świąteczny. Ale nie z morderczymi bałwanami, choinką, która ożywa, żeby dźgać mieszkańców swojego miasteczka ani szalonymi pierniczkami. Jest to horror, który wzbudza niepokój, sięga po lęki z dzieciństwa i wykręca psychikę tak, że nadchodzące święta traktowałam co najmniej podejrzliwie. Rewelacyjne 752 strony, pochłonięte przeze mnie w trzy dni. „NOS4A2” sprawiło mi taką czytelniczą frajdę, że uznałam, że w tym przypadku Kinga i Hilla nie ma co porównywać, bo nie wiadomo, kto by się okazał lepszy… Nie uważam oczywiście, że to książka lepsza niż wszystkie książki Kinga, ale wiele zdecydowanie przebija.

d_2589

„Strażak”. Rok 2016 (czyżby Hill miał zasadę, że publikuje co trzy lata?). Hill ma 44 lata. W podobnym wieku King wydaje „Mroczną Wieżę III” i „Sklepik z marzeniami”. „Strażaka” czytam, jestem na jakiejś 150 stronie, ale już wiem, że zachwyci mnie tak, jak zachwyciło „NOS4A2”. 800-stronicowe tomiszcze działa podobne do swojego poprzednika: bardzo ciężko książkę odłożyć. Skrótowo: traktuje o chorobie, która prędzej czy później powoduje spontaniczne samospalenie chorego i ma już skalę globalnej epidemii.

d_3782

I tak się kończy moje krótkie zestawienie Stephena Kinga i Joe Hilla. Zestawienie, które może miejscami jest troszkę uszczypliwe, ale które dało mi sporo do myślenia. Kinga uwielbiam. Od wielu lat. Bezkrytycznie łykam wszystko, co wyjdzie pod jego nazwiskiem, kolekcjonuję książki, mam świra. Hill musi naprawdę powalczyć, żeby się przebić, ale się przebija. Zaczynam go coraz bardziej doceniać, jako odrębnego autora, przestaję wiecznie porównywać, choć w samym pisaniu nietrudno zauważyć podobieństwa. Końcowy wniosek mam taki, że King oczywiście jest autorem bardziej płodnym, ale Hill jest autorem mniej niechlujnym, większym perfekcjonistą. Sceptykom polecam po prostu go poczytać, bo naprawdę warto.

Zdjęcia:
http://www.gram.pl/artykul/2008/02/23/joe-hill-pudelko-w-ksztalcie-serca-recenzja.shtml
http://www.proszynski.pl/Rogi-p-30379-.html
http://www.dailymail.co.uk/home/event/article-3586818/Joe-Hill-following-footsteps-father-Stephen-King.html
http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazka,1688,3782,strazak.html

Zbigniew Herbert – miłosny oszust?

1

Spójrz na twarz, którą po raz pierwszy ukochałeś. Tak, dobre mgiełki obudzonej pamięci. Będziesz teraz śnił, bo czas oddalił cię od twarzy.

I oddalenie zamknęło ci powieki. Będziesz teraz widział jakby przez sen.

2

Mam pod powiekami trzy twarze. Trzy twarze z czasu, który ukochuje tak mocno, jak żywioł. Z czasu, który uprowadza, ale w pewnej – nie znajdziemy teraz innego słowa – w pewnej chwili porwanego niestety uwalnia.

Z trzeciej twarzy pamiętam między innymi oczy. To oczy otwarte na oścież pod siedemnastowiecznym niebem Holandii. Oczy zakochane w płótnach mistrzów zwanych dużymi i małymi. Oczy, które z szacunkiem, ale bez żalu opędzają się od akademickich soczewek i próbują złożyć na skórze przedmiotu możliwie czuły pocałunek.

No tak. Tak widzi zakochana pamięć. Dzisiaj widzę na tamtej twarzy coś więcej; widzę szczeliny, bruzdy, zmarszczki i kratery po utraconych krajobrazach. Czy to dlatego, że zacząłem się bliżej przyglądać? Niewykluczone. Myślę jednak, że i miłość ma swoje prawa grawitacji.

Pytam sam siebie, co staje się z wodą, która opadła na ziemię, wznosi się oparami i ma podobno powrócić. Na pewno nie powitam jej jako ten-sam. A jak ona powita mnie?

3

Eseista Zbigniew Herbert uprowadził mnie starymi poetyckimi sposobami. Póki nie umiałem ich nazwać, było mi po ludzku bosko. Tropienie zastawionych na siebie zasadzek jest zawsze czymś dwuznacznym, ale przecież koniecznym jak kolista podróż wody.

Jak to się robi? Jak rozstawić poetyckie sidła eseju? Najpierw trzeba uwierzyć we własną opowieść. Potem idzie łatwiej: zestawia się słowa, fakty i wyobrażenia na służbie opowieści. Malarz Torrentius z „nieco” tajemniczego staje się „arcytajemnicą”. Nawet jeśli o życiu malarza wiemy (podobno) niemal nic, z kilku starannie dobranych „nic” składa się pociągające nieokreślonością „coś”. Powiedzmy też, że dawne kroniki miejskie są często przytomne jak oczy księgowego. Nie ma to jak legenda. Jej uroku nie ubezpłodnią liczby. Gorączka tulipanowa – czyż to nie brzmi donośnie?

Martwą naturę z wędzidłem nadziewa autor – niejako w epilogu – apokryfami. To zapożyczone (można i tak: uprowadzone) słowo mruży do czytelnika co najmniej jedno oko. Czytajcie do woli te rozkołysane mikrobaśnie. Tutaj odwiązuję dobrej wyobraźni wszystkie lejce, w esejach byłem – mimo wszystko – zdyscyplinowany.

Czytałem co nieco o eseistycznych sztuczkach Zbigniewa Herberta. Ostatnio jednak – chyba po raz pierwszy – przeczytałem głos miłosnego zawodu, a nie świętego oburzenia. Niderlandysta con amore Piotr Oczko napisał naukowy esej. „Martwa natura w wędzidle stereotypu. Wizje sztuki holenderskiej Zbigniewa Herberta i problem z ich recepcją”.

Nie dajmy się zwieść wężowemu rozmachowi tytułu. Dochodzenie jest nader obiecujące, świadomie zminiaturyzowane. Nie jest to jednak śledztwo prokuratorskie. Nie ma obrony i nie ma ataku. Jest za to konfuzja, jaką odczuwa każdy, kto przeciera oczy po zakochaniu. Dodajmy: przetarł już jakiś czas temu, więc mówi spokojnie i cicho.

4

Wielu jest takich, którzy odradzają spotkanie po latach z pierwszą miłością. Byłbym nawet skłonny przyznać im ocalającą zmysły słuszność, gdyby nie jedna maleńka jak kryształek lodu wątpliwość.

Jeśli przyjmiemy, że miłość jest snem – nie budźmy go. Twarz pozostanie ukochana przez pamięć jako ta pierwsza. Jeśli jednak miłość jest nie tylko snem – kochajmy nie tylko przez sen.

I pisze to człowiek, który wciąż kocha wyobraźnię poety-eseisty. Gdzieś między jawą a snem.

Mersault

*Piotr Oczko, Martwa natura w wędzidle stereotypu. Wizje sztuki holenderskiej Zbigniewa Herberta i problem z ich recepcją [Biuletyn Historii Sztuki, Nr 1 (2016), s. 93-116, Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2016]