Graham Masterton / Motyla noga, chyba nie jestem dziś w nastroju do pisania


Przed Wami wywiad złożony z pytań, które sami wymyśliliście. Zadaliśmy je brytyjskiemu pisarzowi, a on udzielił szczegółowych i niekiedy zaskakujących odpowiedzi. Zdradził między innymi, że na tyle pokochał Wrocław, by umieścić tu wkrótce akcję swojej powieści.

Zapraszamy do (długiej) lektury!

Jesteś niezwykle płodnym pisarzem. Czy masz jakieś „rytuały”, które praktykujesz przy pisaniu książek? Może jakieś osobiste dziwactwa z tym związane?

Wstaję. Przyrządzam dawkę końskiej kawy (w której nie zatonęłaby podkowa). Odpowiadam na wszystkie emaile i wiadomości na Facebooku. Następnie zaczynam pisać i robię to w ciszy do około 17.00, choć w porze obiadowej robię krótką przerwę, by kupić gazetę i rozprostować nogi. Nigdy nie słucham przy tym muzyki. Philip Pullman też tego nie robi. Pisanie ma swój własny rytm i nie chciałbym, aby zaburzał go rytm Koncertu Cesarskiego Beethovena, choć bardzo go lubię.
Wieczorem wybieram się czasem do pubu na drinka i spotkanie z przyjaciółmi. Niekiedy spotykam się też z Dawn Harris, która jest pisarką i oczekuje na publikację swej pierwszej powieści, nad którą pomagałem jej pracować przez ostatnich pięć lat.
Ale nie mam żadnych dziwacznych rytuałów. Zaczynałem jako dziennikarz w wieku 17 lat, później zostałem redaktorem naczelnym i szybko nauczyłem się, że powodzenie pisarskie nie bierze się z niczego dziwnego, tylko z codziennego, konsekwentnego stukania w klawiaturę.

Czy któryś z bohaterów Twoich książek odwiedził Cię w koszmarze sennym? A może wciąż Cię odwiedza?

Bardzo rzadko miewam sny. To znaczy zapewne je miewam, ale niezmiernie rzadko coś z nich pamiętam. Kładę się do łóżka, zasypiam, budzę się. Być może spowodowane jest to faktem, że podczas procesu pisania opróżniam swój umysł ze wszelkich trosk czy wątpliwości. Gdy mam jakiś problem w pracy nad fabułą powieści, zdarza mi się jednak zapadać w poranne drzemki i wówczas przytrafiają mi się sny pomagające go rozwiązać. Trzeba jednak wiedzieć, że w tych snach zawsze odgrywam rolę głównego bohatera, nawet jeśli jest to kobieta jak Katie Maguire. Te poranne sny są bardzo realistyczne i niezmiernie pomocne w rozwijaniu fabuły.

Neil McCormick marzył o zabiciu Bono, a o uśmierceniu kogo marzy Graham Masterton?

Nie sądzę, by zabójstwo było dobrym rozwiązaniem, nieważne jak bardzo się kogoś nie cierpi. Są jednak ludzie tak toksyczni, że chętnie zdegradowałbym ich do roli pomocy kuchennej w McDonaldzie albo recepcjonistki w podupadającym ośrodku wczasowym na północno-zachodnim wybrzeżu Anglii. Jednym z takich ludzi jest John McDonnell, Kanclerz Skarbu w gabinecie cieni Brytyjskiej Partii Pracy. Określa sam siebie jako marksistę, a ja dobrze pamiętam, co uczynił marksizm z Polską, NRD oraz pozostałymi państwami tzw. bloku sowieckiego. Gdy dziś rozmawiam z młodymi warszawianami, nie mają oni świadomości, jaka bieda panowała w ich mieście trzydzieści lat temu, kiedy ludzie sprzedawali na Marszałkowskiej własne meble, by mieć za co wyżyć. Nie pamiętają trującego, żółtego powietrza nad Katowicami.
A jeśli już wolno mi puścić wodze fantazji, to wynająłbym również snajpera do ”zdjęcia” Jeremiego Corbyna, lidera laburzystów, siwobrodego komunisty z zamierzchłych czasów, który dla niewiadomych powodów stał się idolem młodej generacji.
No i nie miałbym nic przeciwko własnoręcznemu zastrzeleniu Eda Sheerana.

Czy związujesz się emocjonalnie z postaciami?

Oczywiście, ponieważ wszyscy moi bohaterowie są w jakimś stopniu mną. Tym najbliższym memu sercu jest chyba Harry Erskine z „Manitou”, ponieważ ma zdrowy dystans zarówno do siebie, jak i do świata. Przepowiada też przyszłość za pomocą kart, by zwabić atrakcyjne kobiety, co jest niestety również moją słabością. Sam posiadam talię kart zwanych La Sybille des Salons, które są zdolne zaczarować młode panie [śmiech]. A jednak chciałbym podkreślić, że mocno wspieram kobiety w walce o ich prawa. I robię to od bardzo dawna, a konkretnie od czasu mojej pracy jako wydawca magazynów dla mężczyzn takich jak „Mayfair” czy „Penthouse”, kiedy to w przeciwieństwie do większości mężczyzn traktowałem modelki podmiotowo, a nie przedmiotowo. Większość moich przyjaciół to kobiety i pewnie dlatego odczuwam silną więź z Katie Maguire, która musi walczyć nie tylko z przestępcami, ale i z seksizmem wewnątrz policji. Robię jednak wszystko, by wyszła z tej walki obronną ręką.

Kto zwykle zostaje pierwszym krytykiem Twoich dzieł? Wydawca? Ktoś
z rodziny?

Moja zmarła żona Wieśka zwykła czytywać każdy napisany przeze mnie rozdział i poddawać go surowemu osądowi, co było bardzo pomocne. Po jej śmierci nie wiedziałem, co zrobić, ale z pomocą przyszła mi ówczesna szefowa promocji wydawnictwa Albatros, Marysia Raczkowska, która zgodziła się czytać na bieżąco moją nową powieść „Śpiączka” w miarę jej powstawania. Jej wsparcie w tym trudnym okresie było dla mnie bardzo ważne i do dziś pozostajemy przyjaciółmi.
Obecnie sam jestem swoim krytykiem, i to bardzo wymagającym. Codziennie zaczynam pracę od przeczytania tego, co napisałem poprzedniego dnia, i poprawiania. W końcu sam wydawałem gazetę i potrafię bezbłędnie rozpoznać ścierwo.

o+éawa_0060

Czego się najbardziej boisz?

Osobiście nie boję się niczego. Nie wierzę w duchy, demony czy Szatana. Ale zawsze martwię się trochę o moich trzech synów oraz jedenaścioro wnuków. Chcę, żeby byli szczęśliwi i bezpieczni.

Czy byłeś kiedyś w kopalni pod ziemią? Czy taka sceneria i miejsce to dobry sposób na nową koncepcję do nowej książki?

Byłem kiedyś w kopalni, w Walii. Było kurewsko ciemno. Napisałem o tym doświadczeniu opowiadanie pt. „Men of Maes”. Czytałem też powieść Juliusza Verne’a o ludziach w kopalni, ale było to tak dawno temu, że nie pamiętam żadnych szczegółów. Mój dziadek był generalnym inspektorem szkockich kopalni, więc wielu członków mojej rodziny ze strony ojca pracowało na dole. Kilku straciło tam nawet życie. Mój cioteczny dziadek wpadł do szybu w wieku 17 lat. Również mój teść Kazimierz był górnikiem, ale później przekwalifikował się na ogrodnika, bo w szklarni było jaśniej. Niestety, niewiele mu to pomogło, bo w końcu zamordował swoją kochankę, a sam się powiesił.

Czy przyjąłbyś zaproszenie H.P. Lovecrafta na wspólne picie wódki na brzegu morza, o północy, podczas pełni?

Raczej nie pijam już wódki, choć nie pogardzę szklanką krupniku od czasu do czasu. Ale nie przyjąłbym jego zaproszenia. Nie żebym miał cokolwiek przeciwko brzegowi morza, pełni czy północy, tylko nie sądzę, byśmy mieli się ze starym H.P. dogadać. Za młodu lubiłem jego opowiadania – i oczywiście przywłaszczyłem sobie jego pomysły na potrzeby „Manitou” i „Drapieżców”. Ale miał tak potężny podbródek, że nie sądzę, byśmy zdołali zmieścić się obaj na jednej plaży.

Jakie książki czytał Graham Masterton w dzieciństwie / wczesnej młodości?

Edgar Allan Poe, Juliusz Verne, Bram Stoker. Później wziąłem się za twardych amerykańskich pisarzy jak Nelson Algren. A potem zafascynowali mnie bitnicy – Jack Kerouac, Allan Ginsberg i William Burroughs. Oczywiście z tym ostatnim zaprzyjaźniłem się, gdy przeprowadził się do Londynu. Godzinami rozmawialiśmy o tym, jak umieścić czytelnika wewnątrz opowieści. Przyznam, że mój styl pisarski wykuł się, a przynajmniej okrzepł dzięki tym dyskusjom.

I czy spał przy włączonym świetle?

Nigdy nie bałem się ciemności. Ciemność to tylko brak światła.

Bobry czy jeże?

Zakładając, że masz na myśli prawdziwe zwierzęta, a nie żeńskie organy płciowe, wyznam, iż nie zaliczam się do szczególnych miłośników zwierzaków. Bywałem wypraszany z pubów za narzekanie na nachalnie obwąchujące mnie psy.
Ale wstrząsnęła mną informacja o brutalnych walkach psów w Irlandii. Zainspirowało mnie to do umieszczenia mocnych scen o tej tematyce w mojej najnowszej powieści o Katie Maguire pt. „Living Death”. Podczas występu w programie telewizyjnym w Cork poznałem też bardzo popularną (i bardzo ładną) irlandzką psycholog Sabinę Brennan, która, jak się okazało, jest posiadaczką czterech psów ze schroniska. Zasugerowałem jej, że powinniśmy rozpocząć w Irlandii kampanię medialną zachęcającą ludzi do zgłaszania znanych im przypadków walk psów. Kiedy jednak porozmawiałem na ten temat ze znajomym byłym członkiem Gardy, irlandzkiej policji, stanowczo mi to odradził jako zbyt ryzykowne, szczególnie dla Sabiny, która mieszka w Dublinie. Gangi kontrolujące walki psów są bardzo bezwzględne. Okazuje się, że walki te są bardziej dochodowe niż handel narkotykami czy napady na banki. Musiałem więc porzucić ten pomysł ze względów bezpieczeństwa.

Razem z Wieśką stanowiliście udane małżeństwo – czy masz jakieś rady, wskazówki dla par, jak stworzyć perfekcyjny związek?

Zawsze próbuj zrozumieć punkt widzenia swojego partnera, i to na wszystko, poczynając od kolacji, a kończąc na seksie. Spróbuj przeniknąć jej / jego myśli. Nie oznacza to bynajmniej słabości i braku asertywności. Wręcz przeciwnie. Ale oznacza to bycie dobrym i tolerancyjnym.
Chociaż prawdopodobnie nie jestem najlepszym adresatem tego pytania. Jak mówiłem wcześniej, zawsze najbardziej przyjaźniłem się z kobietami i nie znoszę rozmów o piłce nożnej, golfie czy samochodach. Zawsze omijam też w gazecie dział sportowy. Sport to dzieło Szatana.

+-migr+-d_0053

Co sprawia, że straszna historia naprawdę straszy?

Jeśli podważa wszystko, co uważałeś za bezpieczne i odbiera twoim bohaterom zdolność obrony – jesteś w domu. Klasycznym przykładem jest pierwszy rozdział mojej powieści „Czarny anioł”, w którym cała rodzina zostaje zamordowana przez niespodziewanego sprawcę. Autor horrorów Brian Keene powiedział ostatnio, że to był mistrzowska lekcja horroru absolutnego, bo przedstawia ojca, którego rodzina jest mordowana na jego oczach, a on nic nie może na to poradzić. Bezradność, oto, co jest przerażające.

Dlaczego zakończenia zawsze są pozytywne?

Nie wydaje mi się, żebym szczególnie lubił szczęśliwe zakończenia. No, może za wyjątkiem wizyt w salonie masażu tajskiego [śmiech]. Zawsze staram się postawić ciemny znak zapytania na końcu moich książek. W „Koszmarze” bohaterka zostaje zastrzelona na ostatniej stronie, za co spadła na mnie ogromna krytyka ze strony czytelników.

Jaka była najdziwniejsza rzecz, na jakiej złożył autograf Graham Masterton?

Były dwie takie rzeczy: robiona na zamówienie psia obroża z moją facjatą i lewy pośladek dziewczyny na basenie w Napa w Kalifornii.

Co jest dla Ciebie najbardziej inspirującą rzeczą na świecie?

Pomaganie ludziom w wyrażeniu siebie. Na przykład kiedy poznałem Dawn Harris, powiedziała mi, że chce zostać pisarką i pomogłem jej w pracy nad jej pierwszą książką. Byłem zaciekłym krytykiem, ale ona się nie poddawała, przerabiała, poprawiała, aż w końcu powieść była tak dobra, że bez trudu znalazłem jej agenta i wydawcę. Podobna motywacja stała za moim ogólnopolskim konkursem literackim o nagrodę Grahama Mastertona „Pisane w więzieniu”, w którym zaprosiłem pensjonariuszy polskich zakładów karnych do napisania opowiadania liczącego tysiąc słów. Zależało mi na tym, by dać im możliwość wyrażenia siebie światu na zewnątrz murów, w których są zamknięci – możliwość, której normalnie nie mają. Odzew był fantastyczny – 130 bardzo niekiedy wzruszających opowiadań, których jakość była imponująca. W przyszłym roku planuję więc kolejną edycję konkursu.

Do jakiej książki zawsze wracasz?

Nie czytuję już fikcji. Jak możesz sobie wyobrazić, spędzam całe dnie na pisaniu własnej i ostatnią rzeczą, jaką chcę jeszcze robić, jest czytanie cudzej. To jakby szef kuchni wracał do domu po całym dniu pracy w restauracji i musiał jeszcze pichcić kolację albo, co gorsza, odgrzewać w mikrofali jakieś mrożonki. Nie przeczytałem żadnej książki Stephena Kinga ani choć jednego słowa z „Harry’ego Pottera”. Ale w 1970 roku otrzymałem „The Process”, powieść Briona Gysina, artysty, pisarza i przyjaciela Williama Burroughsa. Opowiada ona o podróży czarnoskórego profesora przez Saharę. Zawsze do niej wracam, bo do tej pory nie wyszedłem poza dwudziestą drugą stronę. Jest po prostu tak dobra, że rozkoszuję się każdym zdaniem i nie czuję potrzeby dalszego czytania. Brion mówi, że pudełko zapałek chichocze, gdy nim potrząsnąć. Jego proza jest bardzo inspirująca.

Skąd bierzesz pomysły na tak realistyczne przedstawienie postaci, otoczenia?

Odbyłem niezły trening jako dziennikarz, więc jestem przyzwyczajony do wynajdywania historii w doniesieniach medialnych, nawet w najkrótszych zajawkach. Mam więcej pomysłów na książki, niż kiedykolwiek będę w stanie zrealizować. Ale jako reporter nauczyłem się jeszcze czegoś: jak rozmawiać z ludźmi o najbardziej intymnych sprawach w ich życiu – czego się boją, dlaczego rozpadają się ich związki, jakie są ich ambicje. Jest mi więc łatwo opisywać te prawdziwe uczucia w moich książkach. Jeśli zaś chodzi o środowisko, lubię wybierać nietypową scenerię – jak Cork w serii o Katie Maguire – i opisywać ją tak szczegółowo, by wydała się czytelnikowi prawdziwa. Napisałem „Dziecko ciemności” po swoim pierwszym pobycie w Warszawie w 1989 roku, ale chciałbym stworzyć więcej powieści, których akcja toczy się w Polsce, tak bardzo Wasz kraj się zmienił. Wrocławiu, miej się więc na baczności – diabeł już po ciebie idzie! [śmiech]

Czy gdybyś nie był pisarzem, bałbyś się czytając takie książki, które sam piszesz?

Nie wydaje mi się. Gdybym nie został pisarzem, byłbym komikiem występującym na scenie. Mój pradziadek ze strony matki był Polakiem, synem kupca winnego. Może dlatego tak bardzo lubię wino [śmiech]. Ale pod koniec XIX wieku przybył do Anglii i został agentem teatralnym. Chyba odziedziczyłem po nim część skłonności do showbiznesu, toteż raczej nie bałbym się takich książek jak moje. Prędzej bym się z nich śmiał.

+-migr+-d_0030

Najtrudniejsze słowo po polsku, jakie słyszałeś?

Było to nie tyle słowo, ile nazwa miasta – Szczytno. Spędziłem tam cudowny dzień, ale Anglikowi ciężko wymówić samą nazwę, by nie zabrzmiała „Shit! No!” [śmiech]. Być może do moich trudności przyczynił się nieco poprzedni wieczór spędzony w “Stajni” w Białymstoku, gdzie barman Adam Tequila (!) poił mnie bez umiaru wódką poziomkową – „bo czytałem Twoje książki, odkąd skończyłem trzynaście lat!”. Nie bolała mnie wprawdzie głowa, za to mój mózg zmienił się w gigantyczną poziomkę [śmiech].

Wymień proszę wady bycia pisarzem.

Nie wydaje mi się, by jakieś były. Nie potrafię wymyślić dla siebie lepszego zajęcia. Na siłę można by wspomnieć o tym, że cały dzień siedzę sam, otoczony jedynie przez swoich bohaterów (którzy i tak są wszyscy mną!). Z drugiej strony, zyskałem tylu nowych znajomych, szczególnie odkąd powstały Facebook i Twitter. Własne strony internetowe w Anglii i w Polsce też bynajmniej nie przeszkadzają w zawieraniu nowych znajomości.

Jeśli Twoje życie byłoby książką Twojego autorstwa, jaki nosiłoby tytuł?

“Zapłacę ci, gdy wyjdę na prostą” [śmiech].

Czy istnieje pomysł na książkę, którą zawsze chciałeś napisać, a z jakichś powodów jeszcze tego nie zrobiłeś?

Tak. Zamierzałem napisać powieść w serii o Katie Maguire z wątkiem terroryzmu islamskiego. W Irlandii jest społeczność muzułmańska, a w samym Cork znajduje się meczet. Ale po rozmowie z imamem zarzuciłem ten pomysł.

Gdybyś mógł złupić, ograbić i spalić dowolne miasto, jaki byłby Twój wybór?

Hull w północno-wschodniej Anglii. Choć musiałbym się ograniczyć do spalenia, bo nie ma tam czego grabić, chyba że lubisz McDonalda. Ludzie są wspaniali, ale miasto to prawdziwy śmietnik. Powinno zostać zrównane z ziemią i zbudowane od nowa – a następnie skorzystać na końcu obowiązywania wspólnej polityki rybołówstwa UE w Wielkiej Brytanii.

Którego bohatera swoich książek najbardziej nie lubisz?

Właśnie ukończyłem kontynuację mojej osiemnastowiecznej powieści kryminalnej „Szkarłatna wdowa”, gdzie rolę złego charakteru gra bogaty biznesmen – kłamca i oszust wykorzystujący bezbronne młode białogłowy. Nazywa się George Hazzard i szczerze drania nie cierpię.

Jaką radę miałbyś dla osób zaczynających z pisaniem?

Pierwsza zasada: bez agenta ani rusz! To właśnie w pierwszej kolejności pomogłem załatwić Dawn. Poza tym nie słuchaj rad innych pisarzy. Stephen King twierdzi, że piekło wybrukowane jest przysłówkami? Zignoruj Stephena Kinga. Pisz po swojemu. Osobiście staram się pisać w taki sposób, by czytelnicy zapomnieli, że czytają, by znaleźli się w samym środku powieści i stamtąd ją przeżywali. Jak wspominałem, pracowałem nad tą techniką z Williamem Burroughsem całymi dniami. Jej istotnymi elementami są prosty język i bezbłędny rytm, zupełnie jak w muzyce. Tu powtórzę jednak, że podczas pisania nie warto słuchać muzyki. Rytm Chopina z pewnością zaburzy Twój własny. I ostatnia rada: co 45 minut wstań i przejdź choć kilka kroków, by odciążyć kręgosłup. Pamiętaj też o nawilżaniu oczu – jeśli coś ma z tego wyjść, musisz gapić się w ekran naprawdę długo!

Czy autor z takim dorobkiem miał kiedyś blokadę twórczą?

Nigdy. Zawsze myślałem, że Blokada Twórcza to kilka palących się opon na drodze i stojący za nimi z groźnymi minami pisarze, którym brak pomysłów. Przypominam, że byłem za młodu dziennikarzem, a w tym zawodzie nie możesz powiedzieć naczelnemu „Motyla noga, chyba nie jestem dziś w nastroju do pisania”. Mój problem polega raczej na tym, że mam zdecydowanie więcej pomysłów niż czasu na ich spisywanie. Zejdę z tego świata z setkami nienapisanych książek, co zdrowo mnie wkurza.

Kiedy skończysz pisać książkę i czytasz całość, co czujesz?

Smutek pewnego rodzaju, bo żegnam się z postaciami, z którymi mocno się zżyłem. Z drugiej strony, kolejna książka zawsze czeka! Byłem akurat w połowie nowego horroru, gdy wydawca zmusił mnie do przerwania pracy i napisania kontynuacji „Szkarłatnej wdowy”. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy, więc już nie mogę się doczekać, aż siądę do przerwanej książki, co uczynię natychmiast po powrocie z Polski.

Życzę zatem powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję, szczególnie tym Waszym czytelnikom, którzy ułożyli tak interesujące pytania. Mam wrażenie, że Statek Głupców niedługo znowu o mnie usłyszy [tajemniczy śmiech].

Rozmawiał: Zenon z L.A.

Zdjęcia: Marta Boska.

Reklamy

Dżentelmeński horror czyli Graham Masterton idzie do więzienia

Od osób znanych oczekuje się, że będą się angażować w działalność charytatywną czy społeczną. I owe osoby oczekiwania te spełniają. A ponieważ osoby znane, podobnie jak osoby nieznane, to osoby bardzo różne, czynią to z rozmaitych pobudek. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, iż za zaangażowaniem większości z nich stoi raczej swoista presja społeczna niż własna, niezachwiana wola działania. Szczególnie że popularności towarzyszy zazwyczaj tak zwana woda sodowa i oderwanie od życia w jego wydaniu codziennym i przyziemnym.

Tym bardziej cenię więc Grahama Mastertona. Ten brytyjski pisarz, autor horrorów, thrillerów, kryminałów i poradników seksualnych, odnoszący sukcesy od ponad czterdziestu lat, miał dość czasu, by upoić się swą sławą i odlecieć w kosmos, pozostawiając na Ziemi istoty pośledniejszego gatunku, chodzące codziennie do pracy i z utęsknieniem wyglądające wypłaty. A jednak nigdzie nie poleciał.

Gdy w październiku ubiegłego roku układałem program jego wizyty na Dolnym Śląsku, nie miałem jednak pojęcia, czego spodziewać się po tym doświadczonym angielskim dżentelmenie. Postanowiłem zrobić mu niespodziankę i wspólnie z biblioteką w Wołowie zorganizować jedno ze spotkań w miejscowym więzieniu, w którym prężnie działa dyskusyjny klub książki. Marsowa mina pisarza, gdy po raz pierwszy mu to oznajmiłem, kazała mi już szukać w myślach innego zatrudnienia. Była to jednak zła mina do dobrej gry.

Ze spotkania w wołowskim więzieniu Masterton wyszedł zachwycony. Po pierwsze, mimo pokaźnego życiowego bagażu, nigdy jeszcze nie miał okazji się w takim przybytku znaleźć. Po drugie i najważniejsze, osadzeni w tym przybytku zachwycili go w dwójnasób – zarówno wysoką jakością swoich pytań, jak i faktem, iż większość z nich zadali od razu po angielsku.

GM_wolow_08.jpg

W kilka dni po powrocie do Anglii zadzwonił z gotowym pomysłem na konkurs literacki dla osadzonych w polskich zakładach penitencjarnych. Oświadczył, że sam ufunduje nagrody, przyleci też na własny koszt do Polski, by osobiście wręczyć je zwycięzcom. Wszystko po to, by zaktywizować ludzi przebywających za kratkami i dać im szansę podzielenia się swoimi nierzadko niebanalnymi historiami.

Przy wydatnej pomocy dyrekcji wołowskiego więzienia udało się ten zamysł ziścić. Konkurs został ogłoszony i wpłynęło na niego aż 130 prac, bardzo zróżnicowanych tak pod względem formy, jak i treści. Następnie rozpoczął się żmudny proces tłumaczenia opowiadań na język angielski, choć w kilkunastu przypadkach nie było to konieczne, gdyż ich autorzy nadesłali je od razu w mowie Szekspira.

Graham Masterton przeczytał je co do jednego i, jak zapewnia, nie tylko wielokrotnie się przy tym wzruszył, ale i sporo się dowiedział, co może nie pozostać bez wpływu na kształt jego przyszłej twórczości. Tymczasem zaś szykuje się do podróży do Polski na początku lipca, by, zgodnie ze swą obietnicą, uścisnąć te trzy dłonie, które spisały najlepsze w jego ocenie historie.

A gdy zobaczycie gdzieś zdjęcie brytyjskiego (choć z polskimi korzeniami!) mistrza horroru i będziecie się zastanawiać, czy jego firmowy uśmiech jest szczery, wspomnijcie moje zapewnienie, że – w przeciwieństwie do większości publicznych uśmiechów – jest.

Zenon z L.A.

Zdjęcia – Liquid Studio