Dżentelmeński horror czyli Graham Masterton idzie do więzienia

Od osób znanych oczekuje się, że będą się angażować w działalność charytatywną czy społeczną. I owe osoby oczekiwania te spełniają. A ponieważ osoby znane, podobnie jak osoby nieznane, to osoby bardzo różne, czynią to z rozmaitych pobudek. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, iż za zaangażowaniem większości z nich stoi raczej swoista presja społeczna niż własna, niezachwiana wola działania. Szczególnie że popularności towarzyszy zazwyczaj tak zwana woda sodowa i oderwanie od życia w jego wydaniu codziennym i przyziemnym.

Tym bardziej cenię więc Grahama Mastertona. Ten brytyjski pisarz, autor horrorów, thrillerów, kryminałów i poradników seksualnych, odnoszący sukcesy od ponad czterdziestu lat, miał dość czasu, by upoić się swą sławą i odlecieć w kosmos, pozostawiając na Ziemi istoty pośledniejszego gatunku, chodzące codziennie do pracy i z utęsknieniem wyglądające wypłaty. A jednak nigdzie nie poleciał.

Gdy w październiku ubiegłego roku układałem program jego wizyty na Dolnym Śląsku, nie miałem jednak pojęcia, czego spodziewać się po tym doświadczonym angielskim dżentelmenie. Postanowiłem zrobić mu niespodziankę i wspólnie z biblioteką w Wołowie zorganizować jedno ze spotkań w miejscowym więzieniu, w którym prężnie działa dyskusyjny klub książki. Marsowa mina pisarza, gdy po raz pierwszy mu to oznajmiłem, kazała mi już szukać w myślach innego zatrudnienia. Była to jednak zła mina do dobrej gry.

Ze spotkania w wołowskim więzieniu Masterton wyszedł zachwycony. Po pierwsze, mimo pokaźnego życiowego bagażu, nigdy jeszcze nie miał okazji się w takim przybytku znaleźć. Po drugie i najważniejsze, osadzeni w tym przybytku zachwycili go w dwójnasób – zarówno wysoką jakością swoich pytań, jak i faktem, iż większość z nich zadali od razu po angielsku.

GM_wolow_08.jpg

W kilka dni po powrocie do Anglii zadzwonił z gotowym pomysłem na konkurs literacki dla osadzonych w polskich zakładach penitencjarnych. Oświadczył, że sam ufunduje nagrody, przyleci też na własny koszt do Polski, by osobiście wręczyć je zwycięzcom. Wszystko po to, by zaktywizować ludzi przebywających za kratkami i dać im szansę podzielenia się swoimi nierzadko niebanalnymi historiami.

Przy wydatnej pomocy dyrekcji wołowskiego więzienia udało się ten zamysł ziścić. Konkurs został ogłoszony i wpłynęło na niego aż 130 prac, bardzo zróżnicowanych tak pod względem formy, jak i treści. Następnie rozpoczął się żmudny proces tłumaczenia opowiadań na język angielski, choć w kilkunastu przypadkach nie było to konieczne, gdyż ich autorzy nadesłali je od razu w mowie Szekspira.

Graham Masterton przeczytał je co do jednego i, jak zapewnia, nie tylko wielokrotnie się przy tym wzruszył, ale i sporo się dowiedział, co może nie pozostać bez wpływu na kształt jego przyszłej twórczości. Tymczasem zaś szykuje się do podróży do Polski na początku lipca, by, zgodnie ze swą obietnicą, uścisnąć te trzy dłonie, które spisały najlepsze w jego ocenie historie.

A gdy zobaczycie gdzieś zdjęcie brytyjskiego (choć z polskimi korzeniami!) mistrza horroru i będziecie się zastanawiać, czy jego firmowy uśmiech jest szczery, wspomnijcie moje zapewnienie, że – w przeciwieństwie do większości publicznych uśmiechów – jest.

Zenon z L.A.

Zdjęcia – Liquid Studio

Reklamy